Reklama

Od kiedy przeszłam na emeryturę, miałam nadzieję, że wreszcie odpocznę. Że zacznę chodzić na spotkania koła różańcowego, może wyjadę raz w roku z koleżankami do sanatorium. Ale życie szybko zweryfikowało moje plany. Moja córka co weekend zostawiała mi pod opieką dwójkę swoich dzieci. Wnuki bardzo kochałam, ale potrafiły wywrócić cały dom do góry nogami.

Sobota nie jest już moja

– Mamo, wrócę po nich w niedzielę wieczorem, dobrze? – słyszałam ten sam ton w jej głosie. Uprzejmy, ale nieznoszący sprzeciwu.

Stałam wtedy w progu, jeszcze w szlafroku, z kubkiem zimnej kawy w ręku. Patrycja wręczyła mi torbę z ubraniami dzieci, po czym szybko odwróciła się na pięcie i zniknęła za drzwiami, zanim zdążyłam coś powiedzieć. Piotruś już w tym czasie wdrapywał się po mojej kanapie, a mała Laura bawiła się moimi kapciami.

Nie miałam nic przeciwko spędzaniu czasu z wnukami, ale co tydzień? Bez pytania, bez ustaleń, bez podziękowania?

– Babciu, a zrobisz racuchy? – zapytał Piotruś, z miną niewiniątka.

– Zrobię – westchnęłam, idąc do kuchni.

Kiedyś soboty spędzałam inaczej. Jeździłam na bazarek, spotykałam się z Teresą i Haliną, chodziłyśmy razem na spacery. Odkąd pojawiły się weekendowe dyżury babci, wszystko się zmieniło. Nie chodziło nawet o to, że było ciężko. Było po prostu... samotnie. Bo nie byłam już pytana o zdanie. Moje plany przestały mieć znaczenie.

W tamten wieczór, gdy dzieci już spały, zadzwoniłam do Patrycji. Chciałam porozmawiać, zapytać, czy może mogłaby chociaż raz na dwa tygodnie załatwić sobie opiekę. Nie odebrała. Odesłała wiadomość: „Zajęta jestem. Pogadamy później”. Później nigdy nie nadeszło.

Kiedy opieka staje się obowiązkiem

Patrycja była jedynaczką. Zawsze robiłam wszystko, żeby niczego jej nie brakowało. Kiedy wychowywałam ją sama, nie było lekko – noce przy szyciu, poranki w pracy w sklepie spożywczym, popołudnia w kolejkach po mięso. Jednak nigdy nie żałowałam. Kocham ją i zawsze chciałam jej pomóc. Nawet teraz.

Niestety to, co kiedyś było pomocą, z czasem stało się narzuconym obowiązkiem. Niewypowiedzianym, ale bardzo wyraźnym.

– Babciu, a czemu mama nie może z nami zostać na noc? – zapytała któregoś razu Laura, gdy czytałam jej bajkę do snu.

Zaniemówiłam. Zamiast odpowiedzieć, pogładziłam ją po włosach i pocałowałam w czoło. Bo co miałam powiedzieć? Że mama ma randkę? Że mama jest zmęczona?

– Bo mama też musi czasem odpocząć – mruknęłam tylko, gasząc lampkę nocną.

Zaczęłam zauważać, że Patrycja nie tylko przestała mnie pytać, ale też nie interesowała się tym, jak sobie radzę. W tygodniu dzwoniła rzadko, a jak już, to tylko po to, żeby coś przekazać. Bez „jak się czujesz”, bez „czy czegoś ci trzeba”.

Pewnej niedzieli, gdy przyszła po dzieci, powiedziałam spokojnie:

– Może byście zostali kiedyś w domu? Żebym mogła wreszcie wyjść na spacer, do kościoła...

– Mamo, nie zaczynaj. Masz wszystko, co trzeba. Ja mam swoje życie.

I zniknęła za drzwiami, zostawiając mnie z uczuciem, że coś się między nami psuje. Że już nie jestem matką – tylko darmową opiekunką.

Pomysł z pielgrzymką

Zbliżał się długi weekend sierpniowy. W parafii organizowano pielgrzymkę do Kalwarii Pacławskiej – trzy dni modlitwy, śpiewów, noclegów w remizach i salach gimnastycznych.

Zawsze marzyłam, żeby zabrać w taką drogę wnuki. Pokazać im coś więcej niż ekran telefonu. Poczuć razem, jak pachnie las o świcie, jak wspólna modlitwa może zbliżać. No i – choć przyznam to z lekkim poczuciem winy – miałam też nadzieję na chwilę oddechu.

W piątek, kiedy jak zwykle zostawiła mi dzieci pod drzwiami, nawet nie zapytałam, co zamierza robić. Wcześniej spakowałam plecaki, kanapki, butelki z wodą. Wnuki były zachwycone. Dla nich to była przygoda życia.

– Babciu, a czy będziemy spać w namiocie? – zapytał Piotruś, trzymając mnie za rękę.

– Prawie, kochanie. Będzie sala z karimatami i śpiworami.

Ruszyliśmy pieszo spod kościoła o szóstej rano. Było nas może trzydzieści osób. Dzieci od razu zaprzyjaźniły się z innymi maluchami. Ja poczułam się znowu... potrzebna. Nie tylko jako kucharka i opiekunka, ale jako przewodnik. Jako ktoś, kto daje coś od siebie z serca.

Nie informowałam Patrycji. Wiedziałam, że gdyby wiedziała, zrobiłaby wszystko, żeby mi to wyperswadować. A ja byłam zbyt zmęczona jej tonem i wiecznym niezadowoleniem. Chciałam raz w życiu zrobić coś po swojemu. Nie przewidziałam tylko jednego: że ta decyzja odbije się tak głośnym echem.

Nie spodziewałam się takiej reakcji

Wróciliśmy w niedzielę wieczorem. Zmęczeni, brudni, ale szczęśliwi. Dzieci spały już w autobusie, a ja – choć nogi miałam jak z waty – czułam w sercu coś na kształt radości. Prawdziwej. Takiej, jakiej nie czułam od dawna.

Na wyświetlaczu telefonu miałam pięć nieodebranych połączeń i trzy wiadomości od Patrycji. Odczytałam je w milczeniu, siedząc na ławce przed blokiem. „Gdzie ty jesteś???” „Nie odbierasz telefonu, dzieci zniknęły!” „Co ty sobie wyobrażasz, mamo?!”. Zadzwoniłam. Odrzuciła połączenie. Zadzwoniłam raz jeszcze. Bez skutku.

Odprowadziłam dzieci pod jej drzwi. Patrycja otworzyła, spojrzała na mnie chłodno, bez słowa. Wzięła dzieci za ręce, odwróciła się i... trzasnęła drzwiami. Nawet nie zapytała, jak było. Nie zajrzała do plecaków, nie spojrzała na rysunki, które dzieci narysowały w czasie postojów. Nie obchodziło jej to.

Próbowałam jeszcze kilka razy zadzwonić, napisać. Bez odpowiedzi. Minął tydzień, potem drugi. Nie przyszła z dziećmi w sobotę. Ani w trzeci weekend. Z jednej strony poczułam ulgę – mogłam coś zaplanować dla siebie. Ale była też cisza. Taka, której nie potrafiłam znieść.

Zaczęłam się zastanawiać, czy nie przesadziłam. Czy nie powinnam jednak uprzedzić. Ale czy naprawdę zasłużyłam na takie potraktowanie?

Rozmowa przy furtce

Minął prawie miesiąc, zanim ją zobaczyłam. Wyszłam akurat z warzywniaka, niosąc siatki z ziemniakami i dynią, kiedy zauważyłam znajomy samochód zaparkowany pod moim blokiem. Stała przy furtce z Laurą i Piotrusiem, jakby niepewna, czy wejść.

– Patrycja – powiedziałam cicho, podchodząc. – Cześć, dzieci.

Laura rzuciła mi się na szyję. Piotruś też przybiegł, wykrzykując, że chce znowu spać w śpiworze. A Patrycja... stała nieruchomo, z założonymi rękami, z tą swoją miną, jakby właśnie miała mi wygłosić wykład.

– Nie masz pojęcia, jak się wtedy wystraszyłam – rzuciła bez wstępu. – Myślałam, że coś się stało. Że ci się coś przydarzyło. A ty sobie, ot tak, zabierasz dzieci gdzieś bez słowa.

– Patrycjo, ale ja jestem ich babcią. Nie porwałam ich. Po prostu chciałam inaczej spędzić czas. Pokazać im coś więcej.

– Nie zrozum mnie źle. Ja ci jestem wdzięczna, że je bierzesz, że się nimi zajmujesz. Ale muszę wiedzieć, gdzie są moje dzieci.

Przez chwilę milczałyśmy. Patrzyłam na nią i widziałam nie tylko swoją córkę. Widziałam kobietę zmęczoną, rozdartą między pracą, życiem osobistym, a byciem matką. Może w tym wszystkim pogubiła się tak samo jak ja.

– To co? – zapytałam cicho. – Kawa u mnie?

– Tylko na chwilę – mruknęła, ale w jej głosie nie było już chłodu.

Weszłyśmy razem do domu. A dzieci, jakby nigdy nic, biegły przed nami, śmiejąc się i opowiadając o pielgrzymce.

Zaczęła mnie widzieć

Od tamtej rozmowy minęło kilka tygodni. Patrycja znów zaczęła przyprowadzać dzieci, ale już nie co weekend. Czasem zadzwoniła wcześniej, czasem zapytała, czy dam radę. Czasem... powiedziała nawet „dziękuję”. I to wystarczyło, bym poczuła się znowu nie tylko potrzebna, ale i szanowana.

Nie wracałyśmy więcej do tematu pielgrzymki. Dzieci co jakiś czas wspominały, że chciałyby znów pójść z babcią „do śpiewającego lasu”. A ja czułam, że zrobiłam coś dobrego – nie tylko dla nich, ale też dla siebie. Przypomniałam sobie, że mam prawo do własnych decyzji, do tego, by moje zdanie też się liczyło.

Patrycja nadal była zabiegana, wiecznie spóźniona, z telefonem w ręku. Ale zaczęła mnie widzieć. Już nie tylko jako wygodne rozwiązanie na weekend, ale jako matkę. Człowieka.

A ja? Ja nauczyłam się, że cisza nie zawsze oznacza spokój. Że czasem trzeba ją przerwać, nawet jeśli się boimy, że coś się przez to zepsuje. Bo milczenie potrafi bardziej oddalić ludzi niż najostrzejsze słowa.

Dziś mam znów swoje soboty. Czasem idę do kościoła, czasem spotykam się z koleżankami. A czasem – z własnej woli – robię racuchy dla wnuków. Bo chcę, nie dlatego, że muszę. I wiem, że wszystko mogło potoczyć się inaczej. Ale może właśnie dzięki tej pielgrzymce w końcu wróciłyśmy na wspólną drogę.

Zofia, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama