„Zabrałem syna na ferie w Bieszczadach, ale to ja bawiłem się najlepiej. Gdy on szusował na stoku, ja nie próżnowałem”
„Uśmiechnąłem się, ale nie odpowiedziałem nic. Nie trzeba było. Zapiąłem pasy i ruszyliśmy dalej — każde w swoją stronę, ale już z myślą, że może niekoniecznie osobno. Nie wiem, czy to było coś więcej niż ferie. Może tylko chwila, której nie powinno się analizować. Ale pierwszy raz od dawna nie chciałem, żeby coś się kończyło”.

- Redakcja
Mam na imię Adam. Czterdzieści cztery lata, rozwiedziony, ojciec dziesięcioletniego Kuby, który jest… właściwie wszystkim, co mi zostało. Reszta — zgasła. Miłość, małżeństwo, nawet przyjaźnie gdzieś się rozmyły w międzyczasie, jakby życie podkładało kolejne kamienie pod nogi i patrzyło, jak sobie poradzisz. A ja? Ja raczej się potykałem.
Nie jestem typem, który mówi o uczuciach. Czasem wciąż śni mi się jej głos, jej chłodny dystans, ta wieczna obojętność mojej byłej żony. Choć minęły lata, wciąż za bardzo pamiętam, jak to było, gdy obok ciebie ktoś mieszkał, ale czułeś się bardziej samotny niż dziś w pustym mieszkaniu.
Nie planowałem tych ferii. Dla mnie to był obowiązek. Odwdzięczenie się Kubie za jego cierpliwość, za pytania, na które nie zawsze mam odpowiedź. Chciałem, żeby miał coś, czego ja nie miałem — wspomnienia. Nie tylko szkołę i osiedle.
Wsiedliśmy w auto w piątek rano. Kuba był podekscytowany, gadał jak nakręcony o tym, jak to się będzie uczył jeździć na snowboardzie. Ja tylko prowadziłem, ściszając co chwilę radio. Jechaliśmy w milczeniu przez ostatnie kilometry, kiedy zaczęły się zakręty Bieszczad i coraz rzadsze domy. I nagle poczułem coś dziwnego — ulgę. Jakby świat za nami został zawieszony.
Zatrzymaliśmy się w małym pensjonacie, gdzieś za Cisną. W środku było ciepło, pachniało drewnem i domową zupą. Kuba rzucił się na łóżko, jakby to był pięciogwiazdkowy hotel. A ja? Otworzyłem okno i wciągnąłem zimne powietrze. Nie musieliśmy nikomu nic udowadniać. Nikt nie patrzył, nie oceniał. Przez chwilę mogłem po prostu być. Ojcem, facetem. Człowiekiem.
To mnie zaskoczyło
Nie minęło pół godziny, odkąd wyszliśmy z pensjonatu, a Kuba już z impetem wpadł na dziewczynkę mniej więcej w jego wieku. Śnieg posypał się na wszystkie strony, ona aż podskoczyła, a on jak zwykle zamiast się przejąć, wybuchł śmiechem. Dziewczynka była szybka. Otrzepała się i spojrzała na niego z rozbawieniem, jakby takie wypadki przydarzały jej się codziennie.
– Przepraszam, nie zauważyłem cię – powiedział Kuba i podał jej rękę.
Podszedłem szybko, zanim któreś z nich zdążyło znów wpaść na kogoś.
– Wszystko w porządku? – zapytałem, nachylając się do dziewczynki.
Skinęła głową i wtedy pojawiła się kobieta. Wyłoniła się zza zaspy, z kijkami w dłoni i z miną kogoś, kto przez chwilę nie wie, czy powinien się złościć, czy raczej śmiać.
– Chyba nasi powinni dostać osobny tor przeszkód – powiedziała, patrząc na mnie z lekkim uśmiechem.
– Albo własnych instruktorów – odparłem, nieco zaskoczony, że zdołałem odpowiedzieć bez zbędnego napięcia w głosie.
Podeszła do córki, poprawiła jej czapkę i spojrzała znów na mnie. Miała jasne oczy, trochę zbyt poważne jak na kogoś, kto właśnie przyszedł się pośmiać. Ale uśmiech nie znikał z jej twarzy, jakby walczyła z czymś, co nie powinno się wyrywać na zewnątrz.
– Mam na imię Paulina. A to Maja – powiedziała, wskazując dziewczynkę.
– Adam. A to Kuba – odrzekłem. – Czasem zapomina, że inni też chcą jeździć po tym stoku.
Kuba z Mają już rozmawiali, coś pokazywali sobie palcami na trasie. Zaczęli zjeżdżać razem. Odwróciłem się do Pauliny, gotów się pożegnać, ale ona nie ruszyła się z miejsca.
– Jesteście tu długo? – zapytała.
– Dopiero przyjechaliśmy, na tydzień.
– My też jesteśmy tu na ferie. Może się jeszcze spotkamy.
Nie odpowiedziałem nic. Tylko skinąłem głową i poszedłem za dzieciakami. Wieczorem, kiedy Kuba leżał już w łóżku, zapytał z pełną powagą w głosie:
– Tato, mogę jutro zjeżdżać z Mają?
Nie wiem, dlaczego mnie to tak uderzyło. Może dlatego, że wypowiedział to z taką pewnością, jakby wiedział, że nie powiem nie.
– Jeśli ona będzie chciała, to czemu nie.
Kiedy zgasiłem światło, usiadłem jeszcze na chwilę przy oknie. Długo patrzyłem na ośnieżone drzewa, aż w końcu sam przed sobą musiałem to przyznać. Nie sądziłem, że mogę się jeszcze do kogoś uśmiechnąć bez wysiłku.
Nie musiałem udawać
Trzeciego dnia znałem już rytm tego miejsca. Śniadanie o ósmej, stok od dziesiątej, bufet o trzynastej, potem znowu zjazdy. Wieczorem dzieci znikały na świetlicy, a ja czytałem coś, czego i tak nie pamiętałem następnego dnia. Rytuał. Taki, który wreszcie miał sens.
Paulina pojawiała się zawsze chwilę później niż my. Maja najczęściej podbiegała do Kuby już w kasku i zapiętych butach, jakby całą noc czekała tylko na ten moment. Oni łapali kontakt bez słów. Biegli razem do wyciągu, czasem śmiali się tak głośno, że ludzie oglądali się za nimi z rozbawieniem. My siedzieliśmy z boku. Nie razem, ale nigdy też daleko.
Drugiego dnia zjedliśmy wspólnie frytki. Wzięła dużą porcję, usiadła przy naszym stoliku bez pytania. Kuba spojrzał na mnie z nadzieją w oczach, jakby to był jego cichy plan.
– Uważaj – powiedziała do Kuby, podsuwając mu talerz. – Twój tata zjada frytki w tempie ekspresowym.
– Frytki mają lepszy smak, jak się je bierze z cudzego talerza – powiedziałem.
– W takim razie bierz bez ograniczeń – rzuciła, nie patrząc na mnie, tylko rozgarniając majonez plastikowym widelcem.
– Dobrze, że nie powiedziałaś tego mojej byłej. Zabrałaby mi psa i ziemniaki.
Wtedy pierwszy raz spojrzała na mnie inaczej. Z zaciekawieniem, ale też z czymś, co próbowała ukryć. Może rozumiała więcej, niż powinna. Albo znała ten ton głosu.
Nie mówiła nic. Dzieci gadały o wszystkim — o tym, kto szybciej zjeżdża, kto się bardziej wywalił, o tym, że Maja ma lepszy kombinezon, a Kuba zna śmieszne słowa, których nie rozumieją dorośli. My tylko słuchaliśmy. I śmialiśmy się czasem w tych samych momentach.
Z Pauliną nie musiałem nic udawać. Nie musiałem się starać, żeby coś ukryć. Nie musiałem też nic mówić, a mimo to czułem się, jakby znała mnie lepiej niż ktokolwiek od lat. Wieczorem, kiedy Kuba zasnął, pomyślałem, że może wcale nie przyjechaliśmy tu tylko na ferie.
Zostały tylko spojrzenia
Zacząłem pakować nasze rzeczy rano, choć wyjazd był dopiero jutro. Robię tak zawsze. Potrzebuję porządku, kiedy coś się kończy. Kuba jeszcze spał, ale śnieg już topniał na parapecie i wiedziałem, że to ten dzień. Ten, po którym zostają tylko niedokończone rozmowy i plecak, który nigdy nie mieści tylu rzeczy co przy przyjeździe.
Dzieci zjeżdżały po raz ostatni, jakby chcąc maksymalnie wykorzystać ten czas. Ścigały się, przewracały, pokrzykiwały na siebie. Maja pożyczyła Kubie swój kask, bo stwierdziła, że jej przynosi szczęście. Paulina tylko wzruszyła ramionami, kiedy to usłyszała, a potem znów usiedliśmy obok siebie. Nie za blisko, ale też nie oddzielnie.
Wieczorem, kiedy dzieci spały, a w pensjonacie robiło się cicho, usiedliśmy razem w bufecie. Nikt już nie zamawiał jedzenia, kelnerka zbierała naczynia powoli, jakby nie chciała nam przeszkadzać. My piliśmy herbatę, choć i tak była już zimna. Paulina spojrzała na mnie. Nie uśmiechała się tym razem.
– Dziwne, że dopiero po tylu latach tak miło spędzam ferie – powiedziała, nie patrząc mi w oczy.
– Bo nikt nam nie przeszkadza – odparłem.
Zapadła cisza. Taka, w której nie wiesz, czy lepiej coś powiedzieć, czy może już wszystko zostało powiedziane.
– Czasem się zastanawiam, czy coś jeszcze mnie czeka – powiedziała cicho.
– Ja się przestałem zastanawiać – odpowiedziałem, może zbyt szybko.
Siedzieliśmy tak jeszcze długo. Nie trzymałem jej za rękę. Nie powiedziała, że zostanie. Nie zapytałem, czy się boi, ale wiedziałem, że boi się tak samo jak ja. Nie czegoś nowego. Tylko tego, co potem.
I może właśnie dlatego nic się nie wydarzyło. Żaden krok, żadne słowo więcej. Tylko spojrzenia. Tylko cisza, która znaczyła więcej niż wszystko, co moglibyśmy sobie powiedzieć.
Nie chciałem tego kończyć
Wyjechaliśmy bez pożegnania. Tak było łatwiej. Kuba zasnął zaraz po śniadaniu, wtulony w kurtkę jakby chciał nie wracać. Ja włączyłem silnik i ruszyłem, zanim zdążyłem się rozmyślić. Nie planowałem się zatrzymywać. Nie planowałem nic.
A jednak, kiedy minęliśmy pierwszą stację benzynową, zjechałem na kolejną. Wysiadłem tylko po kawę, ale wyszedłem z auta jakby ktoś mi kazał. I wtedy ją zobaczyłem. Stała przy dystrybutorze, uśmiechnięta, w tej samej kurtce, w której poznałem ją na stoku. Maja piła sok, Kuba już się z nią witał. Ich dziecięca logika — że wszystko trwa, jeśli się tego bardzo chce — znowu zadziałała.
– Przypadek? – zapytałem, podchodząc do niej.
– Może – odparła. – A może dzieci wiedzą więcej niż my.
Staliśmy chwilę w milczeniu, obserwując, jak nasze dzieci znikają gdzieś za stacją, pewnie w poszukiwaniu chipsów albo automatu z zabawkami. Paulina spojrzała na mnie z ukosa.
– Masz ochotę jeszcze kiedyś… pojeździć? – zapytałem.
Nie odpowiedziała od razu. Wzięła łyk kawy, jakby musiała przemyśleć coś bardzo skomplikowanego. W końcu powiedziała:
– Tylko jeśli będzie kawa po drodze.
Uśmiechnąłem się, ale nie odpowiedziałem nic. Nie trzeba było. Zapiąłem pasy i ruszyliśmy dalej — każde w swoją stronę, ale już z myślą, że może niekoniecznie osobno. Nie wiem, czy to było coś więcej niż ferie. Może tylko chwila, której nie powinno się analizować. Ale pierwszy raz od dawna nie chciałem, żeby coś się kończyło.
To było coś prawdziwego
Majówka przyszła z zaskoczenia. Niby czekałem na nią, ale kiedy rzeczywiście nadeszła, nie byłem gotów. Kuba pytał o Maję już od tygodni. Odpowiadałem wymijająco. Aż w końcu sam napisałem do Pauliny. Bez planu, bez oczekiwań. Odpisała po godzinie. „Chcecie wpaść na ognisko?”. Pojechaliśmy.
Maja wbiegła na podwórko z kijkiem w dłoni, wycelowanym w Kubę jakby walczyli o ostatni hot-dog świata. Kuba rzucił plecak i pobiegł za nią, nie oglądając się nawet na mnie. Zniknęli w lesie. Ja zostałem przy stole, gdzie Paulina nakrywała do kolacji. Cisza wokół była inna niż w Bieszczadach. Mniej dzika, ale równie potrzebna.
Rozpaliłem ogień. Drewno trzaskało pod moimi dłońmi, jakby też chciało coś powiedzieć. Paulina usiadła obok, owinęła się cienkim kocem. Długo nic nie mówiliśmy. Kuba wrócił pierwszy, czerwony na twarzy, z błotem na kolanie. Maja zaraz za nim. Oboje głodni, rozśmiani, szczęśliwi. Paulina podała im kiełbaski, a ja podałem pieczywo. Kuba spojrzał na mnie znad ogniska i powiedział z miną zupełnie poważną:
– Tato, ciocia Paulina piecze lepsze kiełbaski niż ty.
Pokiwałem głową, udając, że mnie to nie rusza. Ale odpowiedź przyszła sama.
– Bo nie miałem się od kogo nauczyć – powiedziałem.
Paulina spojrzała na mnie spokojnie, nie zaskoczona, nie współczująca.
– Zawsze można zacząć od nowa – powiedziała cicho.
Patrzyłem na nią długo. Zbyt długo, jak na zwykłą znajomość. Zbyt krótko, by coś zdecydować. Ale w tym spojrzeniu było więcej niż między słowami. Może to jeszcze nie była miłość. Ale było w tym coś prawdziwego. A może prawdziwszego niż wszystko, co znałem wcześniej.
Nie byłem już sam
Kiedy wróciliśmy do domu po majówce, Kuba natychmiast zapytał, kiedy znów pojedziemy do Pauliny. Odpowiedziałem, że zobaczymy. I rzeczywiście — zobaczymy. Nie powiedziałem mu, że sam też chciałbym wiedzieć.
Nie rozmawialiśmy z Pauliną o tym, czym to było. Nie nazwaliśmy niczego. Nie wyznaczyliśmy granic ani zasad. Spotykaliśmy się czasem — raz ona z Mają przyjechała do nas, raz my do nich. Dzieci traktowały to jak coś naturalnego. My, dorośli, byliśmy ostrożniejsi.
Czasem zastanawiałem się, czy nie powinienem był czegoś powiedzieć, czegoś więcej. Zapytać ją, czy też czuje to, co ja. Ale szybko sobie uświadamiałem, że pytania są niepotrzebne, jeśli odpowiedzi widać w gestach. W tym, że czekała przy drzwiach, gdy przyjeżdżaliśmy. W tym, że przynosiła dla mnie herbatę, zanim o nią poprosiłem. W tym, że nie mówiła nic o przeszłości, a ja nie musiałem niczego wyjaśniać.
Nie wiem, w co się to przerodzi. Nie jestem gotów na wielkie słowa. Nie jestem gotów na początek nowego życia. Ale może nie o to tu chodzi. Może chodzi tylko o to, że pierwszy raz od dawna nie byłem sam z własnymi myślami. Nie czułem tego ciężaru, który nosiłem przez tyle lat. Zniknął gdzieś pomiędzy stokiem a ogniskiem. Pomiędzy jej spojrzeniem a śmiechem naszych dzieci.
I kiedy siedziałem sam wieczorem w kuchni, patrząc przez okno na majowy deszcz, który spadał leniwie na podwórko, pomyślałem: nie wiem, czy jesteśmy gotowi. Ale może to nie jest ważne. Może wystarczy, że nikt nam nie przeszkadza.
Adam, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wydałam fortunę na luksusowy prezent z okazji Dnia Babci i Dziadka. Liczyłam na wdzięczność, a dostałam pogardę”
- „W Dzień Babci i Dziadka płakałam z wycieńczenia. Córka zrobiła sobie ze mnie pomoc domową, ale koniec z tym”
- „Synowa podrzuciła wnuki na ferie i zniknęła. Teraz przez 2 tygodnie w kółko mam tylko placki, klocki i pieluchy”