„Zaciskaliśmy pasa, by odłożyć na budowę domu. Myślałam, że jesteśmy ze sobą szczerzy, ale mąż skrywał brudny sekret”
„Sięgnęłam po wielki atlas świata. Był ciężki i zakurzony. Kiedy pociągnęłam go do siebie, wyślizgnął mi się i upadł na dywan. Książka otworzyła się mniej więcej w połowie. Spomiędzy stron wypadła biała koperta. A za nią kolejna”.

Zawsze uważałam się za osobę zorganizowaną, może nawet odrobinę pedantyczną, jeśli chodzi o finanse. Jerzy, mój mąż, doskonale o tym wiedział, kiedy braliśmy ślub pięć lat temu. Nasz układ był prosty i przejrzysty: wspólne konto na wydatki domowe, oddzielne konta na drobne przyjemności i to najważniejsze – konto oszczędnościowe, na które co miesiąc przelewaliśmy lwią część naszych wypłat.
Oszczędzaliśmy na dom
Cel był jasny. Własny dom z ogrodem na przedmieściach. Nie żaden wielki pałac, ale nasze miejsce na ziemi, z dala od zgiełku miasta i wynajmowanego mieszkania, w którym sąsiedzi z góry tupali tak głośno, że drżały szklanki w kredensie.
Żyliśmy skromnie. Zrezygnowaliśmy z zagranicznych wakacji, wybierając tanie wypady pod namiot na Mazury. Zamiast jadać w restauracjach, gotowałam w domu, pakując nam obojgu lunche do pracy. Nawet ubrania kupowałam głównie na wyprzedażach, tłumacząc sobie, że to tylko przejściowy etap. Przecież budujemy przyszłość.
Każdego miesiąca siadaliśmy przy kuchennym stole z laptopem i arkuszem kalkulacyjnym, by z satysfakcją obserwować, jak słupek oszczędności powoli, ale systematycznie rośnie. Jerzy zawsze przytakiwał, gdy mówiłam o konieczności zaciskania pasa.
– Masz rację, kochanie – mówił, głaszcząc mnie po dłoni. – Jeszcze rok, może dwa i wbijemy pierwszą łopatę.
Wierzyłam mu bezgranicznie
Sobota zapowiadała się leniwie. Jerzy pojechał pomóc swojemu ojcu w garażu, a ja zostałam w domu, planując generalne porządki. Lubiłam ten czas dla siebie. Włączyłam ulubioną muzykę, zaparzyłam kawę i zabrałam się za odkurzanie salonu. Wzrok padł na naszą biblioteczkę – stary, solidny regał, który przygarnęliśmy od znajomych. Książki były moją dumą, choć ostatnio rzadko miałam czas na czytanie. Postanowiłam, że najwyższy czas przetrzeć kurze za tomami, których nie ruszaliśmy od lat.
Zdejmowałam kolejne rzędy literatury faktu, kryminałów i podręczników ze studiów. W końcu dotarłam do najniższej półki, gdzie trzymaliśmy duże, nieporęczne albumy i stare encyklopedie. Sięgnęłam po wielki, granatowy atlas świata, który Jerzy dostał jeszcze w liceum. Był ciężki i zakurzony. Kiedy pociągnęłam go do siebie, wyślizgnął mi się z rąk i z głuchym uderzeniem upadł na dywan.
Książka otworzyła się mniej więcej w połowie. Spomiędzy stron wypadła biała koperta. A za nią kolejna. I jeszcze jedna. Było ich łącznie sześć. Zatrzymałam się, trzymając w ręku ścierkę do kurzu. Może to stare listy miłosne? Może pamiątki z dzieciństwa? Ale koperty wyglądały na nowe, urzędowe. Podniosłam jedną z nich. Nie była zaklejona. W środku znajdowało się pismo z firmy windykacyjnej.
Dosłownie oniemiałam
Moje dłonie zaczęły drżeć. Data na piśmie była sprzed dwóch tygodni. Adresatem był Jerzy. Kwota: dwa tysiące złotych. Sięgnęłam po kolejne koperty. Wezwania do zapłaty, potwierdzenia przelewów, harmonogramy spłat. Daty sięgały trzech lat wstecz. Kwoty były różne – pięćset, tysiąc, czasem trzy tysiące złotych.
Zaczęłam sumować liczby w głowie, a potem, nie wierząc własnym szacunkom, pobiegłam po kalkulator. Wynik był przerażający. Przez ostatnie trzy lata z naszego domowego budżetu wyparowało ponad czterdzieści tysięcy złotych. Pieniądze, które miały iść na fundamenty naszego domu, zniknęły w czarnej dziurze, o której istnieniu nie miałam pojęcia.
Czytałam te dokumenty w kółko, próbując zrozumieć, co się stało. W treści jednego z pism, drobnym drukiem, zauważyłam nazwisko dłużnika głównego, za którego Jerzy poręczył. Krzysiek, jego młodszy brat. Wszystko zaczęło układać się w bolesną całość. Krzysiek był złotym dzieckiem rodziny, a zarazem jej największym problemem. Przystojny, wygadany, z głową pełną pomysłów na biznesy, które kończyły się spektakularnymi klapami.
Nie radził sobie
Trzy lata temu Krzysiek ogłosił, że otwiera firmę. Potrzebował kapitału. Jerzy wtedy wspomniał mi, że brat prosił go o pomoc, ale kategorycznie odmówiłam.
– Nie mamy pieniędzy na ryzykowne inwestycje – powiedziałam wtedy twardo. – Oszczędzamy na dom. Poza tym znasz go. On nie potrafi zarządzać pieniędzmi.
Jerzy przyznał mi rację. Obiecał, że nie da mu ani grosza. Teraz zrozumiałam, jak bardzo byłam naiwna. Mój mąż nie dał mu gotówki. Zrobił coś gorszego. Został jego żyrantem. Podpisał papiery, biorąc na siebie odpowiedzialność za długi brata, wiedząc, że jeśli tamten nie spłaci – a było pewne, że nie spłaci – komornik przyjdzie do nas.
Nie sprzątnęłam papierów. Rozłożyłam je na stole w jadalni, tworząc oskarżycielski wachlarz dokumentów. Gniew mieszał się we mnie z rozpaczą. Czułam się tak, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch, a potem okradł. To nie była tylko zdrada finansowa. To była zdrada emocjonalna. Przez lata patrzył mi w oczy, udawał, że martwi się rosnącymi cenami materiałów budowlanych, a jednocześnie po cichu przelewał tysiące złotych na konto windykatora.
Przyłapałam go
Usłyszałam zgrzyt klucza w zamku.
– Alicja? Wróciłem! – zawołał wesoło z przedpokoju. – Ojciec dał nam słoik ogórków, twoje ulubione.
Wszedł do salonu, uśmiechnięty, ze słoikiem w ręku. Uśmiech zgasł w ułamku sekundy, gdy jego wzrok padł na stół. Zbladł tak bardzo, że przez chwilę bałam się, że zemdleje. Postawił słoik na komodzie, ręce mu drżały. Siedziałam nieruchomo, patrząc na niego zimnym wzrokiem.
– Wyjaśnij mi to – powiedziałam stanowczo. – Wyjaśnij mi, dlaczego przez trzy lata kłamałeś mi w żywe oczy. Dlaczego harowałam na dwa etaty, odmawiałam sobie wszystkiego, żebyśmy mogli spłacać długi twojego brata?
Jerzy opadł na krzesło naprzeciwko mnie. Schował twarz w dłoniach.
– Nie miałem wyjścia – wyszeptał. – Krzysiek wpadł w spiralę długów. Błagał mnie o pomoc. Rodzice płakali, matka dostała arytmii…
– I dlatego postanowiłeś zaryzykować naszą przyszłość? – przerwałam mu. – Dlaczego mi nie powiedziałeś? Dlaczego ukrywałeś te wezwania w atlasie?
– Bałem się, że mnie zostawisz. Wiem, jak bardzo zależy ci na domu. Wiem, jak ciężko pracujesz. Myślałem, że dam radę to spłacić po cichu, biorąc nadgodziny, dorabiając na boku…
Byłam wściekła
– Dorabiając? – zaśmiałam się gorzko. – Ty po prostu nas okradałeś.
– To nie była kradzież, to była pomoc rodzinie – próbował się bronić, ale brzmiało to żałośnie.
– Ja jestem twoją rodziną! A ty postawiłeś dobro swojego nieodpowiedzialnego braciszka ponad nasze małżeństwo. Ponad moje zaufanie. Ponad nasz dom.
Zaczęłam wyliczać każdy niezrealizowany wyjazd, każdą parę butów, której nie kupiłam, każdy weekend spędzony w domu przed telewizorem, bo nie mieliśmy pieniędzy na kino.
– Czterdzieści tysięcy złotych – powiedziałam, stukając palcem w stół. – Wiesz, co to jest? To jest nasz dach. To jest instalacja elektryczna i hydrauliczna. To są dwa lata mojego życia, które poświęciłam na oszczędzanie, podczas gdy Krzysiek bawił się w biznesmena.
Jerzy milczał. Wiedział, że nie ma argumentów.
– Czy on chociaż wie, że to spłacasz? – zapytałam.
– Wie – mruknął. – Obiecał, że odda, jak tylko stanie na nogi.
– Odda? – prychnęłam. – On nigdy nie stanie na nogi, bo zawsze ma ciebie i rodziców, którzy sprzątają po nim bałagan. A ty, zamiast pozwolić mu dorosnąć i ponieść konsekwencje, wciągnąłeś w to bagno mnie.
Nie miał argumentów
Najgorsze w tym wszystkim nie były nawet te pieniądze, choć kwota była zawrotna. Najgorsza była świadomość, że przez trzy lata żyłam w iluzji. Myślałam, że jesteśmy zespołem, że podejmujemy decyzje razem. Tymczasem on prowadził równoległe życie finansowe, w którym priorytetem był Krzysiek, a nie ja. Czułam się jak idiotka, która cieszy się z promocji na makaron w dyskoncie, podczas gdy jej mąż lekką ręką płaci raty za czyjeś błędy.
– Ile jeszcze zostało? – zapytałam rzeczowo.
Jerzy westchnął ciężko.
– Około piętnaście tysięcy.
Zamknęłam oczy. Kolejne miesiące wyrzeczeń. Kolejny rok oddalający nas od marzeń.
– Masz dwie opcje – powiedziałam chłodno. – Albo Krzysiek zaczyna spłacać to od dzisiaj, albo idę do prawnika i robimy rozdzielność majątkową. A ty wyprowadzasz się do brata. Może on cię przygarnie, skoro tak hojnie go sponsorujesz.
Tamten wieczór zmienił wszystko. Jerzy nie wyprowadził się, ale coś między nami się zepsuło. Wymusiłam na nim spotkanie z bratem i teściami. To była najtrudniejsza rozmowa w moim życiu. Musiałam patrzeć na ich zdziwione miny, gdy oświadczyłam, że kranik z pieniędzmi został zakręcony. Teściowa próbowała brać mnie na litość, płakała, że niszczę rodzinę.
– Rodzinę niszczą kłamstwa – odpowiedziałam jej wtedy.
Ustaliliśmy harmonogram
Ostatecznie ustaliliśmy plan naprawczy. Krzysiek, pod groźbą sprawy sądowej, podjął normalną pracę na etacie i co miesiąc przelewa nam ustaloną kwotę. Nie są to duże sumy, odzyskanie długu potrwa lata, ale to kwestia zasad.
Nasze małżeństwo trwa, ale jest inne. Zniknęła ta lekkość i bezgraniczne zaufanie. Przejęłam pełną kontrolę nad naszymi finansami. Jerzy nie ma już dostępu do konta oszczędnościowego, a każdy większy wydatek musi być konsultowany ze mną. Widzę, że to go upokarza, że czuje się jak dziecko pod kuratelą, ale nie potrafię inaczej. Za każdym razem, gdy patrzę na niego, widzę tamten stary atlas i ukryte koperty.
Budowa domu została przesunięta na czas nieokreślony. Pieniądze, które udało się uratować, są bezpieczne, ale entuzjazm opadł. Czasami zastanawiam się, czy w ogóle chcę budować z nim ten dom. Dom stawia się na solidnych fundamentach, a nasze okazały się kruche.
Kocham go, jest dobrym człowiekiem, który po prostu nie potrafił postawić granicy swojej toksycznej rodzinie. Ale finansowa zdrada boli specyficznie. To ból, który wraca przy każdej płatności kartą, przy każdym spojrzeniu na stan konta. To przypomnienie, że w najważniejszym dla mnie projekcie życia zostałam pominięta.
Alicja, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki czekałam na męża z kolacją, a on mną pogardził. Sąsiad miał większy apetyt”
- „Miałem dość fochów i marudzenia nawet w walentynki. Skoro kobieta mnie nie szanuje, niech sama za wszystko płaci”
- „Na walentynki mąż dał mi bukiet róż. Najpierw się ucieszyłam, ale gdy zabrał połowę kwiatów, byłam w szoku”