„Zaczęliśmy remont, bo zięć twierdził, że się zna na budowlance. Cwaniak znał się, ale tylko na wydawaniu cudzej kasy”
„Nie wiem, czy przekonała mnie jego pewność siebie, czy niechęć do obcych w domu. Zgodziłam się. Darek przyniósł kartkę z wyliczeniami. – Tu jest wstępny kosztorys – powiedział, przesuwając ją w moją stronę. – Materiały pójdą drożej, bo ceny skoczyły, ale za robociznę nie biorę ani grosza”.

- Redakcja
Od zawsze uważałam się za osobę rozsądną. Zanim podjęłam jakąkolwiek decyzję, analizowałam ją ze wszystkich stron. Dlatego do dziś nie potrafię zrozumieć, jak mogłam zgodzić się na remont domu pod kierownictwem własnego zięcia. Może dlatego, że to był mąż mojej jedynej córki, a ja tak bardzo chciałam wierzyć, że trafiła na kogoś zaradnego.
Czułam, że coś jest nie tak
Dom po moich rodzicach wymagał odświeżenia. Dach przeciekał przy większym deszczu, łazienka pamiętała czasy, gdy pralka była luksusem, a kuchnia miała jeszcze kafelki w kolorze zgniłej zieleni. Odkładałam remont latami, aż w końcu temat wypłynął podczas niedzielnego obiadu.
– Mamo, przecież to się samo nie zrobi – westchnęła moja córka Paulina, patrząc na sufit w salonie. – Tynk już odpada.
– Właśnie – wtrącił się jej mąż, Darek, odkładając widelec. – Ja mogę to ogarnąć. Znam się na budowlance.
Spojrzałam na niego z zaskoczeniem.
– Naprawdę? – zapytałam ostrożnie. – A gdzie pracowałeś?
– Tu i tam – machnął ręką. – Robiłem przy wykończeniach, przy dachach, przy instalacjach. Wszystko jest kwestią organizacji.
Paulina uśmiechnęła się szeroko.
– Widzisz, mamo? Nie musisz brać obcych ekip. Darek wszystkiego dopilnuje.
Nie wiem, czy bardziej przekonała mnie jego pewność siebie, czy niepokój, który wzbudzała wizja wpuszczania obcych ludzi do domu. Zgodziłam się. Kilka dni później Darek przyniósł kartkę z wyliczeniami.
– Tu jest wstępny kosztorys – powiedział, przesuwając ją w moją stronę. – Materiały pójdą drożej, bo ceny skoczyły, ale za robociznę nie biorę ani grosza.
Kwota i tak była wysoka. Zauważyłam to, ale uznałam, że skoro obejmie cały dach, łazienkę i kuchnię, to pewnie musi tyle kosztować.
– A jesteś pewien, że to wszystko potrzebne? – dopytałam.
– Jak już robić, mamo, to porządnie – odparł z lekkim uśmiechem. – Nie będziemy przecież odstawiać prowizorki.
To „mamo” zawsze mnie rozbrajało. Mówił tak do mnie od ślubu z Pauliną. Pierwsze tygodnie wyglądały obiecująco. Przyjeżdżał rano, przywoził materiały, rozkładał narzędzia. W domu pachniało świeżym drewnem i farbą. Czułam ekscytację, jakbym zaczynała nowe życie.
– Mamo, zobacz, jak pięknie będzie – mówiła Paulina, pokazując mi katalog z nowoczesnymi łazienkami. – Może zrobimy taką kabinę jak tu?
– To już dodatkowy koszt – wtrącał Darek. – Ale jak się zdecydujesz, to załatwię dobrą cenę.
I tak każde nasze spotkanie kończyło się nową „okazją”. A to droższe płytki, bo „trwalsze”, a to inny system ogrzewania, „bo bardziej ekonomiczny w dłuższej perspektywie”. Przelewałam kolejne kwoty, przekonana, że inwestuję w przyszłość. Pewnego popołudnia przyszła do mnie sąsiadka, pani Teresa.
– Pani Grażyno, kto robi ten dach? – zapytała, patrząc na rusztowanie.
– Zięć – odpowiedziałam z dumą. – Zna się na rzeczy.
Skrzywiła się lekko.
– Bo ja widziałam, jak wczoraj dwóch chłopaków coś poprawiało po nim. I tak się zastanawiałam…
– To jego pomocnicy – przerwałam szybko. – Wszystko jest pod kontrolą.
Wtedy jeszcze wierzyłam w każde słowo. Z czasem zaczęły pojawiać się drobne zgrzyty. Darek coraz częściej mówił, że „trzeba będzie coś dokupić”. Znikał na kilka dni, tłumacząc się innymi zleceniami.
– Ale przecież miałeś robić u mnie do końca – powiedziałam któregoś dnia.
– Muszę dorobić, żebyśmy nie przekroczyli budżetu – odparł spokojnie. – Spokojnie, wszystko ogarnę.
Nie podobało mi się to „spokojnie”. Wypowiadał je zawsze wtedy, gdy coś zaczynało wymykać się spod kontroli. Kulminacją był moment, gdy weszłam do łazienki i zobaczyłam krzywo położone płytki.
– Darek, to chyba nie jest równo – powiedziałam cicho.
Popatrzył na mnie z wyraźną irytacją.
– To tylko wrażenie. Ściany są nierówne. Nie da się inaczej.
Stałam tam chwilę, próbując przekonać samą siebie, że rzeczywiście „to tylko wrażenie”. Ale po raz pierwszy poczułam, że coś jest nie tak. Że może nie chodzi tylko o ceny materiałów, lecz o coś znacznie poważniejszego.
Remont musi kosztować
Z czasem przestałam czuć ekscytację, a zaczęłam odczuwać niepokój. Każde wejście do własnego domu wiązało się z pytaniem: co dziś będzie nie tak? Dach, który miał być „zrobiony porządnie”, przeciekał przy pierwszym większym deszczu. Woda kapała na schody prowadzące na strych, a ja stałam z miską w rękach, czując, jak serce bije mi szybciej.
– Darek! – zadzwoniłam do niego natychmiast. – Dach przecieka!
– To niemożliwe – odpowiedział bez chwili wahania. – Pewnie jakaś uszczelka się przesunęła. Przyjadę jutro.
Nie przyjechał jutro, ani pojutrze. Odezwał się po trzech dniach.
– Miałem pilne zlecenie. Wpadnę wieczorem.
Wieczorem obejrzał dach z ziemi, nawet nie wchodząc na górę.
– To drobiazg – stwierdził. – Trzeba dokupić jeden element. Około dwóch tysięcy.
– Dwa tysiące? – powtórzyłam, czując, jak robi mi się słabo. – Przecież mówiłeś, że wszystko już jest wliczone.
Wzruszył ramionami.
– Ceny się zmieniają. Poza tym nie przewidziałem, że konstrukcja jest w gorszym stanie.
To „nie przewidziałem” zabrzmiało jak wyrok. Coraz częściej słyszałam podobne zdania. A to instalacja wymagała wymiany, a to ściany trzeba było „wzmocnić”. Każda decyzja oznaczała kolejne przelewy. Zaczęłam prowadzić notatnik. Zapisywałam każdą kwotę, każdą rozmowę. Kiedy podliczyłam wszystko pewnego wieczoru przy kuchennym stole, ręce zaczęły mi drżeć. Wydałam już znacznie więcej, niż wynosił pierwotny kosztorys. Nazajutrz zaprosiłam Paulinę na kawę.
– Córeczko, czy ty wiesz, ile już przelałam Darkowi? – zapytałam, przesuwając w jej stronę notatnik.
Spojrzała na liczby i zmarszczyła brwi.
– No… remont musi kosztować.
– Ale aż tyle? I to w połowie prac?
Wzruszyła ramionami, choć widziałam, że jest spięta.
– Mamo, Darek się stara. Może nie wszystko idzie idealnie, ale przecież robi to dla ciebie.
To „dla ciebie” zabolało. Jakbym była niewdzięczna. Kilka dni później przyszła pani Teresa.
– Pani Grażyno, ja nie chcę się wtrącać, ale… – zaczęła cicho. – Mój szwagier jest dekarzem. Mówił, że te blachy są źle zamontowane. Że to długo nie wytrzyma.
Serce podeszło mi do gardła.
– Może się myli – odpowiedziałam, choć w głowie dudniło mi jedno pytanie. A jeśli nie?
Wieczorem, gdy Darek przyszedł po kolejną zaliczkę, zebrałam się na odwagę.
– Chciałabym, żeby ktoś niezależny obejrzał dach – powiedziałam spokojnie.
Zamarł.
– Nie ufasz mi?
– Chcę mieć pewność, że wszystko jest dobrze – odparłam.
– Czyli uważasz, że jestem niekompetentny? – podniósł głos.
W progu pojawiła się Paulina.
– Mamo, o co chodzi?
– O to, że chcę sprawdzić, czy wszystko jest dobrze zrobione – wyjaśniłam, czując, jak grunt usuwa mi się spod nóg.
Darek odłożył kopertę na stół.
– Skoro tak, to może znajdź sobie kogoś innego do dokończenia. Ja nie będę pracował tam, gdzie mi się nie ufa.
Wyszedł, trzaskając drzwiami.
Paulina spojrzała na mnie z wyrzutem.
– Naprawdę musiałaś to zrobić?
Zostałam sama w niedokończonym domu, z krzywymi płytkami, przeciekającym dachem i rosnącym poczuciem, że coś w naszej rodzinie właśnie pękło.
Nic nie zwalnia z myślenia
Po tamtej kłótni Darek nie pojawiał się przez tydzień. Dom stał rozgrzebany – w łazience brakowało części płytek, w kuchni wisiały gołe kable, a dach wciąż przeciekał przy każdym większym deszczu. Czułam się winna. Paulina przestała odbierać telefony. W końcu sama do mnie przyszła. Stała w progu z zaciśniętymi ustami.
– Darek mówi, że go upokorzyłaś – zaczęła bez przywitania.
– Poprosiłam tylko o sprawdzenie dachu – odpowiedziałam spokojnie. – To moje oszczędności. Całe życie odkładałam na ten dom.
– On się starał! – podniosła głos. – Robił to praktycznie za darmo.
– Za darmo? – sięgnęłam po notatnik i położyłam go przed nią. – Spójrz.
Przewracała kartki coraz wolniej. Jej twarz bladła.
– Mamo… To niemożliwe.
– A jednak.
Zapadła cisza, ciężka jak ołów. Widziałam, jak w jej oczach pojawia się coś, czego wcześniej nie było – wątpliwość. Dwa dni później zadzwonił do mnie szwagier pani Teresy. Przyjechał obejrzeć dach. Wszedł na górę, opukał kilka miejsc, coś zmierzył.
– Kto to robił? – zapytał, schodząc.
– Zięć.
Westchnął.
– Część blach jest źle przycięta. Mocowania są zbyt rzadko rozmieszczone. Przy silniejszym wietrze może być problem. Trzeba to poprawić.
Poczułam, jak kolana robią mi się miękkie. Wieczorem Darek przyszedł sam. Bez Pauliny. Był zdenerwowany.
– Słyszałem, że sprowadziłaś fachowca – rzucił od progu.
– Tak. I wiesz, co powiedział? – spojrzałam mu prosto w oczy. – Że trzeba poprawić większość dachu.
– Bzdura – odburknął. – Naciągacz.
– On nie wziął ode mnie ani złotówki – odpowiedziałam cicho. – W przeciwieństwie do ciebie.
Zamilkł. Po raz pierwszy nie miał gotowej odpowiedzi.
– Darek, czy ty naprawdę masz doświadczenie w takich pracach? – zapytałam wprost.
Przez chwilę patrzył w podłogę.
– Robiłem przy remontach – powiedział w końcu. – Pomagałem. Myślałem, że dam radę.
– A te dodatkowe koszty?
Wzruszył ramionami.
– Wyszło więcej, niż zakładałem. A my… mamy kredyt. Chciałem trochę odłożyć.
Zrozumiałam wtedy, że nie chodziło tylko o brak umiejętności. Chodziło o decyzje podejmowane ponad moją głową, o pieniądze traktowane jak wspólna pula, z której można czerpać bez pytania.
– To były moje oszczędności – powiedziałam spokojnie. – Nie fundusz ratunkowy dla waszego budżetu.
Nie podnosiłam głosu. Nie musiałam. Darek wyszedł bez słowa. Nazajutrz Paulina przyszła zapłakana.
– Mamo… Przejrzałam nasze konto. Część pieniędzy przelał na spłatę rat. Nie powiedział mi.
Usiadła przy stole i ukryła twarz w dłoniach.
– Ja naprawdę wierzyłam, że on to wszystko kontroluje.
Objęłam ją. Była moją córką, nawet jeśli po drodze zgubiła zdrowy rozsądek. Remont dokończyła profesjonalna ekipa. Zapłaciłam jeszcze raz za poprawki, ale tym razem wiedziałam, za co płacę. Dach przestał przeciekać, płytki w łazience ułożono od nowa. Kiedy po wszystkim weszłam do kuchni i zobaczyłam równe ściany oraz jasne kafelki, poczułam ulgę, nie radość. Paulina wyprowadziła się od Darka trzy miesiące później. Powiedziała, że nie potrafi żyć z kimś, kto zataja przed nią prawdę. Nie namawiałam jej ani w jedną, ani w drugą stronę. Musiała sama podjąć decyzję. Dziś, gdy siedzimy razem przy herbacie w mojej odnowionej kuchni, czasem wracamy do tamtych wydarzeń.
– Mamo, powinnam była to wszystko wcześniej zauważyć – mówi cicho.
– Ja też – odpowiadam. – Ale człowiek czasem widzi to, w co chce wierzyć.
Remont nauczył mnie więcej niż wszystkie poradniki finansowe. Zrozumiałam, że zaufanie jest bezcenne, ale nie zwalnia z myślenia. A rodzinne więzi nie mogą być usprawiedliwieniem dla braku uczciwości. Dom stoi teraz pewnie. I ja też stoję pewniej, choć zapłaciłam za to wysoką cenę.
Grażyna, 62 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dzień Singla udawałem, że bycie samemu to mój wybór. W głębi serca umierałem z tęsknoty za prawdziwą bliskością”
- „Ukochana powtarzała, że walentynki są przereklamowane. Nie rozumiem, czemu zrobiła aferę za to, że nie dostała kwiatów”
- „Na walentynki dostałam beznadziejny kurzołap. Liczyłam na pierścionek z diamentem, a nie tandetę z bazaru”