Reklama

Kurz zrywanej tapety mieszał się z zapachem świeżej farby, kiedy wierzyłam jeszcze, że każdy metr tego mieszkania skleja nas mocniej. Remont miał być początkiem – wspólnymi decyzjami, planami na lata. Z czasem jednak rozmowy ucichły, spojrzenia stały się obce, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy w tej układanej cegła po cegle przyszłości wciąż jest dla mnie miejsce.

Ściany, które miały nas połączyć

Pierwszego dnia remontu stałam w drzwiach kuchni z kubkiem zimnej kawy i patrzyłam, jak Marek mierzył coś nerwowo taśmą. Miał zmarszczone czoło, jakby od tego pomiaru zależało coś więcej niż tylko ustawienie szafek. Jeszcze kilka tygodni wcześniej śmiałby się, żartował, przyciągnął mnie do siebie. Teraz był skupiony i nieobecny.

– Mówiłam, że ta lodówka tu nie wejdzie – odezwałam się ostrożnie.

– Wejdzie. Tylko trzeba przesunąć ścianę wizualnie – odpowiedział, nawet na mnie nie patrząc.

– Marek, wizualnie nie da się przesuwać ścian wydaje mi się?

Westchnął głośno, jakbym to ja utrudniała wszystko od samego początku. Oparłam się o framugę i poczułam chłód starej farby na plecach. To mieszkanie miało być nasze. Kupione na kredyt, wybrane po miesiącach oglądania ogłoszeń. Wtedy trzymaliśmy się za ręce i spieraliśmy o drobiazgi z uśmiechem. Remont szybko przestał być wspólny. Marek decydował, ja miałam „nie przeszkadzać”. Gdy zaproponowałam jasne płytki do łazienki, pokręcił głową.

– To niepraktyczne. Zobaczysz, będziesz narzekać.

– Ale ja właśnie takie chciałam – powiedziałam ciszej.

– Teraz już za późno. Zamówiłem inne.

Poczułam ukłucie, które trudno było nazwać. To nie chodziło o płytki. Chodziło o to, że przestaliśmy pytać siebie nawzajem o cokolwiek. Wieczorami siedziałam w salonie między kartonami, słuchając, jak Marek rozmawia przez telefon z fachowcami. Mówił „ja”, rzadko „my”. Któregoś dnia wróciłam wcześniej z pracy. Zastałam go przy stole, pochylonego nad planami.

– Czemu nie zadzwoniłaś? – zapytał, zaskoczony.

– To też mój dom – odpowiedziałam.

Podniósł wzrok i przez chwilę patrzył na mnie, jakby próbował sobie przypomnieć, kim jestem. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że te ściany rosną szybciej niż nasze porozumienie. Że każdy wbity gwóźdź oddala mnie od miejsca, które miało być bezpieczne. Tamtego wieczoru zasnęłam na kanapie, przykryta kocem, słuchając dźwięków dochodzących z pustego jeszcze pokoju. I po raz pierwszy zamiast ekscytacji poczułam strach, że budujemy coś, w czym zabraknie dla mnie przestrzeni.

Decyzje zapadają bez świadków

Remont wszedł w etap, którego nie lubiłam najbardziej – ciągłych zmian planów. Co rano Marek wychodził wcześniej, zostawiając na stole karteczki z krótkimi komunikatami. „Hydraulik o dziesiątej”, „Nie ruszaj gniazdek”, „Wracam późno”. Brzmiały jak polecenia, nie jak wiadomości do kogoś bliskiego. Tego dnia zadzwoniła do mnie mama.

– I jak to wasze wspólne urządzanie? – zapytała z nadzieją w głosie.

Zawahałam się.

Dużo się dzieje – odpowiedziałam wymijająco.

Po południu przyszła ekipa od podłóg. Mężczyzna z notesem spojrzał na mnie pytająco.

– Pani zaakceptowała zmianę?

– Jaką zmianę?

Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

– No… rezygnujemy z drewna. Wchodzi panel, tańszy i szybciej. Pan Marek zatwierdził.

Poczułam, jak krew uderza mi do głowy. Drewno było jedną z niewielu rzeczy, na które naprawdę się upierałam. Czekałam na Marka do wieczora. Gdy wszedł, nawet się nie rozebrał.

– Czemu nikt mnie nie zapytał o podłogę? – zaczęłam bez przywitania.

– Bo nie było czasu – odparł spokojnie. – To rozsądniejsza opcja.

– Rozsądna dla kogo?

– Dla nas.

To „nas” zabrzmiało obco.

– Marek, ja czuję, że mnie tu nie ma – powiedziałam w końcu. – Jakbyś budował to mieszkanie sam.

– Przesadzasz – machnął ręką. – Robię to wszystko, żeby było dobrze.

Usiadłam ciężko na krześle.

– A zapytałeś mnie kiedyś, co dla mnie znaczy „dobrze”?

Milczał dłuższą chwilę. Widziałam, że szuka odpowiedzi, ale nie tej właściwej, tylko najszybszej.

– Nie możemy się kłócić o każdy detal – powiedział w końcu.

Zrozumiałam wtedy, że dla niego to były detale. Dla mnie – sygnały, że znikam z obrazu. W nocy długo nie spałam, licząc pęknięcia na suficie. Każde wydawało się mapą drogi, którą powoli się od siebie oddalaliśmy.

Puste miejsce przy stole

Z czasem nauczyłam się poruszać po mieszkaniu ostrożnie, jakby każdy krok mógł coś zburzyć. Stół stał już na swoim miejscu, nowy, ciężki, wybrany przez Marka bez konsultacji. „Solidny, na lata” – powiedział, gdy próbowałam ukryć rozczarowanie. Siadałam przy nim sama, jedząc kolację wśród zapachu świeżych materiałów i ciszy, która ciążyła bardziej niż hałas remontu. Któregoś wieczoru zaproponowałam, żebyśmy usiedli razem i omówili resztę prac.

– Teraz? – zapytał, nie odrywając wzroku od telefonu.

– Tak. Teraz.

Spojrzał na mnie z niechęcią, ale odłożył urządzenie. Rozłożyłam kartki z notatkami, próbując odzyskać choć namiastkę kontroli.

– Chciałabym mieć wpływ na sypialnię – zaczęłam. – To dla mnie ważne, żebym dobrze się tam czuła.

– Przecież będziesz – odpowiedział szybko. – Nie komplikuj.

– Dla ciebie to komplikowanie, a dla mnie… – zawahałam się – …to bycie zauważoną.

Zapadła cisza. Marek wstał i podszedł do okna.

– Ty zawsze wszystko bierzesz do siebie – powiedział cicho.

– Bo to mnie dotyczy – odparłam.

Odwrócił się gwałtownie.

– Nie mogę za każdym razem pytać o zgodę. Ktoś musi podejmować decyzje.

– A tym kimś zawsze jesteś ty.

Nie zaprzeczył. To bolało bardziej niż kłótnia. Tej nocy spałam w sypialni, ale czułam się tam jak gość. Patrzyłam na sufit i myślałam o tym, że kiedyś marzyłam o wspólnych porankach przy tym stole. Teraz był tylko meblem, przy którym brakowało miejsca dla mnie. Następnego dnia zauważyłam, że z planu zniknęła mała półka na książki, o którą prosiłam. Zamiast niej była gładka ściana. Wtedy coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że jeśli teraz nie postawię granicy, zniknę całkiem – między ścianami, które miały być naszym domem.

Granice, których nie widać

Decyzję nosiłam w sobie cały dzień, jak ciężki kamień w kieszeni. Przeszkadzał przy każdym ruchu, ale nie potrafiłam go wyjąć. Marek wrócił późnym popołudniem, zadowolony, jakby coś się wreszcie domknęło.

– Udało się – oznajmił od progu. – Ekipa skończy wcześniej.

– Dobrze – odpowiedziałam, choć wcale tak nie czułam.

Usiedliśmy przy stole. Tym samym, przy którym zawsze brakowało mi odwagi.

– Musimy porozmawiać – powiedziałam, zanim zdążył wstać.

Spojrzał na mnie uważniej niż zwykle.

– O czym?

– O nas. O tym, co tu się naprawdę buduje.

Westchnął.

– Znowu?

– Tak. Bo ja czuję, że nie mam tu głosu. Że wszystko dzieje się obok mnie.

– Przecież tu mieszkasz – odparł. – Wszystko robię z myślą o przyszłości.

– Tylko nie pytasz, czy ja w tej przyszłości chcę być, takiej, jak ją planujesz.

Zamilkł. Przez chwilę słyszałam tylko odgłosy z klatki schodowej.

– Nie rozumiem, czego ode mnie oczekujesz – powiedział w końcu.

– Partnerstwa – odpowiedziałam bez wahania. – Albo przynajmniej miejsca.

Oparł się o krzesło.

– Może po prostu za bardzo się różnimy.

Te słowa zawisły między nami. Nie były krzykiem, ale miały w sobie ostateczność.

– Może – zgodziłam się cicho. – Ale to nie znaczy, że mam się zgubić, żeby było spokojnie.

Wstałam i zaczęłam pakować kilka rzeczy do torby. Marek patrzył na mnie, jakby nie wierzył, że to się dzieje.

– Dokąd idziesz?

Tam, gdzie będę słyszana – odpowiedziałam.

Gdy zamknęłam za sobą drzwi, poczułam ulgę zmieszaną z żalem. Mieszkanie zostało za mną – niedokończone, obce. Wiedziałam, że to nie koniec historii, ale koniec pewnego etapu, w którym zbyt długo próbowałam dopasować się do cudzych decyzji.

Dom, który znalazłam w sobie

Przez kilka dni mieszkałam u przyjaciółki. Spałam na rozkładanej kanapie, piłam herbatę z wyszczerbionego kubka i pierwszy raz od dawna oddychałam spokojnie. Marek dzwonił. Najpierw krótko, rzeczowo. Potem dłużej, jakby nagle zrozumiał, że cisza też jest odpowiedzią. Spotkaliśmy się jeszcze raz, żeby ustalić formalności. Stał w tym samym przedpokoju, który kiedyś mierzył z zapałem.

– Szkoda, że tak wyszło – powiedział.

– Szkoda, że tak długo nie wychodziło inaczej – odpowiedziałam.

Oddałam klucze bez dramatów. Wiedziałam już, że nie chodzi o mieszkanie, stół ani podłogę. Chodziło o to, że zbyt długo próbowałam się zmieścić w wizji, w której mnie nie było. Odeszłam bez pewności, co dalej, ale z jasnością, kim jestem. Dziś wynajmuję małe mieszkanie. Sama wybierałam kolor ścian i miejsce na półkę z książkami. Czasem myślę o tamtym remoncie, ale bez żalu. Bo choć nie zbudowaliśmy wspólnej przyszłości, ja wreszcie zaczęłam budować swoją.

Anna, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama