„Zadłużyłam się u sąsiada, żeby wnuki miały udane ferie i piękne wspomnienia. Nie usłyszałam ani 1 miłego słowa”
„Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, usiadłam ciężko na krześle. Zrozumiałam, że dług wobec sąsiada spłacę wcześniej czy później. Gorzej było z tym drugim – z poczuciem, że moje starania przeszły niezauważone”.

- Redakcja
Zawsze powtarzałam sobie, że pieniądze są tylko dodatkiem, a liczą się chwile. Kiedy patrzyłam na twarze moich wnuków, pełne oczekiwania na ferie, coś we mnie pękło. Wiedziałam, że nie powinnam, że to ryzykowne, ale serce wzięło górę. Jedna decyzja uruchomiła lawinę zdarzeń, których zupełnie się nie spodziewałam.
Zrobiłam to dla dzieci
Stałam w kuchni i liczyłam drobne na stole. Za oknem padał śnieg, a w telefonie migała wiadomość od córki:
„Mamo, dzieci już nie mogą się doczekać ferii”.
Westchnęłam ciężko. Wiedziałam, że to zdanie nie było wyrzutem, ale i tak poczułam ukłucie w sercu.
– Babciu, a pojedziemy gdzieś na ferie? – zapytał kilka dni wcześniej Franek, patrząc na mnie tymi swoimi wielkimi oczami.
– Zobaczymy, kochanie – odpowiedziałam wtedy, unikając jego spojrzenia.
Prawda była prosta i bolesna. Emerytura ledwo starczała na rachunki i jedzenie. O odkładaniu na przyjemności mogłam tylko pomarzyć. A jednak im bliżej było ferii, tym częściej myślałam o tym, że dzieci zapamiętają te dni na długo. Nie chciałam, żeby wspominały siedzenie w czterech ścianach. Wtedy pomyślałam o panu Stefanie z parteru. Sąsiad od lat, samotny, zawsze uprzejmy. Nieraz pomógł mi wnieść zakupy, czasem zamieniliśmy kilka słów na klatce schodowej. Tego dnia długo stałam pod jego drzwiami, zanim zapukałam. Serce waliło mi jak młot.
– Pani Heleno? Coś się stało? – zapytał zaskoczony, gdy mnie zobaczył.
– Panie Stefanie… ja… – głos mi zadrżał. – Czy mogłabym prosić o pożyczkę? Niewielką. Oddam, jak tylko będę mogła.
Zapadła krótka cisza, która wydawała się wiecznością. Bałam się, że zaraz usłyszę odmowę, a razem z nią wstyd, który będzie mnie palił jeszcze długo. On jednak tylko westchnął i odsunął się w drzwiach.
– Wejdźmy do środka – powiedział spokojnie. – Porozmawiamy.
Kiedy wracałam do siebie z kopertą w torebce, czułam jednocześnie ulgę i strach. Powtarzałam sobie, że to tylko na chwilę, że robię to dla dzieci. Nie przypuszczałam wtedy, jak bardzo ta decyzja odbije się na moich relacjach z najbliższymi.
Serce podeszło mi do gardła
W dniu przyjazdu wnuków krzątałam się po mieszkaniu od samego rana. Wstawiłam zupę, upiekłam ciasto, a na stole położyłam nowe kolorowe serwetki, kupione specjalnie na tę okazję. Kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi, serce podeszło mi do gardła.
– Babciu! – krzyknęła Zosia, wpadając do przedpokoju i niemal przewracając mnie z radości.
– Spokojnie, skarbie – zaśmiałam się, choć łzy same cisnęły mi się do oczu.
Przez chwilę było tak, jak sobie wymarzyłam. Córka zdjęła płaszcz i rozejrzała się po kuchni. Zauważyłam, że jej wzrok zatrzymał się na nowych naczyniach, które kupiłam „na raty” z tej pożyczki.
– O, widzę, że poszalałaś – rzuciła półżartem.
– Ot, drobiazg – odpowiedziałam szybko. – Dla dzieci.
Nie powiedziałam nic więcej. Uśmiechałam się, dolewałam herbaty, dokładałam ciasta. Opowiadałam o planach na ferie: o wycieczce, o lodowisku, o małym muzeum, które pamiętałam jeszcze z młodości. Dzieci słuchały z wypiekami na twarzy.
– Babcia jest najlepsza – powiedział Franek, a ja poczułam, jakby ktoś na moment zdjął mi z barków cały ciężar.
Wieczorem, kiedy dzieci poszły do pokoju, a ja zbierałam naczynia ze stołu, córka stanęła w drzwiach kuchni.
– Mamo, mam nadzieję, że nie przesadzasz z wydatkami – powiedziała cicho. – Wiesz, że nie musisz im nic udowadniać.
Spojrzałam na nią i nagle zabrakło mi słów. Chciałam usłyszeć jedno „dziękuję” albo „doceniam”, ale zamiast tego poczułam, jakby ktoś mnie pouczał. Pokiwałam tylko głową.
– Wiem – skłamałam.
Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o pieniądzach, które trzeba będzie oddać, i o ciszy, jaka zapadła po rozmowie z córką. Zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście robię to wszystko dla dzieci.
Coś mnie uwierało od środka
Kolejne dni mijały szybko, niemal za szybko. Rano ubierałam dzieci w pośpiechu, pilnując rękawiczek i czapek, a potem biegliśmy na przystanek, śmiejąc się i przepychając. Na lodowisku trzymałam Zosię za rękę, choć sama ledwo utrzymywałam równowagę. Franek jeździł w kółko i co chwilę wołał, żebym na niego patrzyła. Wieczorami bolały mnie nogi i plecy, ale nie narzekałam. Kiedy dzieci zasypiały, siadałam w fotelu i liczyłam w myślach wydatki. Bilety, obiad, drobne przyjemności. Każda złotówka miała swoje miejsce, a ja coraz częściej czułam niepokój, który ściskał mnie w środku.
– Mamo, nie musiałaś kupować im tych pamiątek – powiedziała córka trzeciego dnia, gdy rozpakowywały torby.
– Chciałam – odpowiedziałam krótko.
Zauważyłam wtedy, że jej ton nie był ani ciepły, ani wdzięczny. Raczej rzeczowy, jakby chodziło o zbędny zakup, a nie o moje starania. Nikt nie zapytał, jak się czuję, czy nie jestem zmęczona. Kulminacją był wieczór, kiedy dzieci opowiadały przy kolacji, co najbardziej im się podobało. Przekrzykiwały się, śmiały, a ja siedziałam cicho, słuchając.
– Babcia wszystko zorganizowała – rzuciła Zosia mimochodem.
– No, tak – odpowiedziała córka. – Ważne, żeby dzieci miały jakąś rozrywkę.
To było wszystko. Ani jednego miłego słowa. Ani „dziękujemy”, ani „doceniamy”. Poczułam, jak coś we mnie opada, jakbym nagle zrobiła się bardzo mała. Wstałam od stołu, tłumacząc się bólem głowy. W łazience spojrzałam w lustro. Zobaczyłam zmęczoną kobietę, która bardzo chciała dać radość innym, a zapomniała zapytać samą siebie, ile jeszcze jest w stanie unieść. Wtedy dotarło do mnie, że cisza i obojętność potrafią boleć bardziej niż najostrzejsze słowa.
Spojrzała na mnie z niedowierzaniem
Nazajutrz obudziłam się wcześnie. W mieszkaniu panowała cisza, taka gęsta, że aż dzwoniło mi w uszach. Usiadłam przy kuchennym stole z kubkiem herbaty i spojrzałam na kalendarz. Zaznaczyłam tam ołówkiem dzień, w którym obiecałam oddać panu Stefanowi pieniądze. Ten dług był konkretny, policzalny. Dużo trudniejszy okazał się ten drugi, którego nikt nie nazwał. Po południu spotkałam pana Stefana na klatce schodowej. Niósł siatkę z zakupami.
– Jak tam ferie? – zapytał życzliwie.
– Dobrze… dzieci zadowolone – odpowiedziałam, choć głos mi się załamał.
Spojrzał na mnie uważniej, jakby coś wyczuł.
– Proszę się nie martwić z oddaniem – dodał spokojnie. – Zdrowie i spokój są ważniejsze.
Te kilka zdań uderzyło mnie mocniej, niż się spodziewałam. Obcy człowiek okazał więcej zrozumienia niż własna rodzina. Zamknęłam za sobą drzwi i oparłam się o nie plecami. Łzy popłynęły same. Wieczorem córka zaczęła pakować dzieci. Ferie dobiegały końca. Pomagałam składać ubrania, słuchałam planów na kolejne tygodnie. Wszystko było zwyczajne, aż do momentu, gdy nie wytrzymałam.
– Wzięłam pożyczkę – powiedziałam nagle, cicho. – Żeby dzieci mogły tak spędzić ten czas.
Zapadła cisza. Córka spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
– Mamo, po co? – zapytała ostrzej, niż chciała. – Przecież mówiłam, że nie trzeba.
– Nie trzeba, ale chciałam – odpowiedziałam. – Chciałam, żeby miały wspomnienia. Żebyście wy… zobaczyli, że jeszcze coś potrafię.
Nie było awantury. Było za to skrępowanie, zmieszanie, kilka nerwowych zdań. Usłyszałam, że przesadzam, że robię z siebie ofiarę. Nikt nie zapytał, dlaczego aż tak bardzo potrzebowałam ich uznania. Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, usiadłam ciężko na krześle. Zrozumiałam, że dług wobec sąsiada spłacę wcześniej czy później. Gorzej było z tym drugim – z poczuciem, że moje starania przeszły niezauważone.
Zrozumiałam, co jest ważne
Zostałam sama w mieszkaniu, w którym jeszcze dzień wcześniej było głośno. Teraz każdy dźwięk odbijał się od ścian. Usiadłam przy oknie i patrzyłam, jak śnieg powoli topnieje na parapecie. Pomyślałam, że dokładnie tak samo topniało we mnie poczucie sensu tego wszystkiego. Przez kolejne tygodnie oddawałam panu Stefanowi pieniądze. Zawsze dziękował, zawsze pytał, jak się czuję. Z czasem zaczęłam rozumieć, że wdzięczność nie zawsze przychodzi od tych, od których najbardziej jej oczekujemy. I że robienie wszystkiego kosztem siebie nie jest dowodem miłości, tylko cichym wołaniem o zauważenie. Nie żałowałam ferii wnuków. Ich śmiech, zdjęcia, wspomnienia – to było prawdziwe. Jednak żałowałam, że zapomniałam o sobie. O tym, że ja też mam prawo do granic, do zmęczenia, do zwykłego „dziękuję”.
Dziś już wiem, że następnym razem nie będę pożyczać, żeby zasłużyć na czyjeś uznanie. Jeśli ktoś je zobaczy – dobrze. Jeśli nie – też dam sobie z tym radę. Bo najtrudniejszą lekcją tych ferii było zrozumienie, że czasem największym długiem jest ten wobec samej siebie.
Danuta, 65 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „14 lutego tajemniczy Walenty zaprosił mnie na randkę. Zamarłam, gdy zobaczyłam jego twarz za ogromnym bukietem róż”
- „Jestem bogata, zapracowana i obojętna na los rodziców. Wszystko zawdzięczam sobie, więc nic im nie jestem winna”
- „Mąż na walentynki zamówił dla mnie bukiet 21 czerwonych róż. Zamarłam, gdy odkryłam, co to znaczy”