Reklama

Poznałem Kaśkę cztery lata temu przez wspólnego znajomego. Wpadła do baru jak huragan – głośna, zabawna, z błyskiem w oku, który od razu mnie zafascynował. Była zupełnym przeciwieństwem mnie – spokojnego, introwertycznego grafika, który woli nocne rozmowy przy herbacie od szalonych imprez. Ale to właśnie ona nauczyła mnie śmiać się głośniej, żyć intensywniej.

Reklama

Z czasem zrozumiałem, że jej impulsywność to nie tylko urok, ale też wyzwanie. Bywała nieprzewidywalna, testowała moje granice. Mimo to nigdy nie przekroczyła tej najważniejszej. Przynajmniej tak mi się wydawało. Od kilku tygodni nosiłem w kieszeni pierścionek zaręczynowy. Czekałem tylko na naszą rocznicę.

Zadzwoniła do mnie z lasu

To był pierwszy kwietnia. Siedziałem właśnie przy komputerze, poprawiając ostatnie szczegóły do projektu, kiedy zadzwoniła. Na ekranie pojawiło się jej imię – Kasia. Odruchowo się uśmiechnąłem, ale gdy tylko usłyszałem jej głos, serce mi zamarło.

– Tomek… zgubiłam się. Nie wiem, gdzie jestem. Jakiś las. Szłam, potem skręciłam i teraz… nie wiem. Telefon zaraz padnie…

Jej głos drżał. Była spanikowana. Zacząłem zadawać pytania, próbowałem ją uspokoić, ale połączenie się urwało. Sygnał się urwał. Nic więcej.

Wziąłem tylko kluczyki, telefon i wybiegłem. Bez kurtki. Wiedziałem, że miała iść na spacer do pobliskiego rezerwatu, ale to były hektary drzew i ścieżek. Padał deszcz. Buty przemokły mi już po kilku minutach. Krzyczałem jej imię, biegałem po znanych mi ścieżkach jak oszalały.

– Przepraszam, widział pan młodą dziewczynę, blondynkę, średniego wzrostu, może w niebieskiej kurtce? – zapytałem mijanego starszego pana z psem.

– Nie, synku, nikogo takiego nie widziałem. – Pokręcił głową ze współczuciem.

Zacząłem sprawdzać okolice, których nawet nie znałem. Z każdą minutą narastała we mnie panika. Złość. Przerażenie. „Może się przewróciła, może zemdlała… może…” – nie chciałem kończyć tej myśli.

Nie mogłem oddychać. Jakby ktoś złapał mnie za gardło. To nie mogło się dziać naprawdę. Kaśka nigdy nie była ostrożna, ale… przecież to tylko spacer. Z każdą godziną coraz trudniej było mi trzymać się nadziei. Po sześciu godzinach przeszukiwania lasu, z przemarzniętymi dłońmi i mokrymi ubraniami, wróciłem do domu. Bałem się, co zastanę. Albo… kogo nie zastanę.

Myślałem, że ją straciłem

Wszedłem do mieszkania jak automat. Klucze wypadły mi z rąk, kiedy próbowałem zamknąć drzwi. W butach pełnych błota, z przemoczonymi spodniami, ociekający wodą, spojrzałem w stronę salonu. Stała tam. Cała, zdrowa. W dresie, z kubkiem herbaty w ręce. I z uśmiechem na twarzy.

– Prima aprilis! – krzyknęła, unosząc ręce w górę, jakby właśnie wygrała w totolotka.

Patrzyłem na nią. Nie byłem w stanie nic powiedzieć. Przez chwilę miałem wrażenie, że śnię, że może nadal błądzę po lesie i to jakaś dziwna halucynacja. Ale nie – to był nasz pokój, a ona naprawdę się śmiała.

– To miał być żart? – wydusiłem w końcu, głosem tak cichym, że ledwo sam siebie usłyszałem.

– No przecież nic się nie stało! – wzruszyła ramionami. – Chciałam tylko… no wiesz… trochę adrenaliny, śmiechu. Przecież znasz mnie.

Zrobiłem krok w jej stronę.

– Wiesz, że przez ciebie chciałem wezwać policję? Że przez sześć godzin szukałem cię jak szalony, przekonany, że coś ci się stało?

Jej mina nieco spoważniała, ale nadal była bardziej zdezorientowana niż skruszona.

– No ale… Tomek… przecież to był tylko żart. Nie myślałam, że aż tak…

– Właśnie. Nie pomyślałaś. – Przerwałem jej. – A ja… ja myślałem, że cię straciłem!

Coś we mnie wtedy przeskoczyło. Jeszcze nie potrafiłem tego nazwać, ale wiedziałem, że coś pękło. I że tego nie da się już skleić.

Zrobiła z naszej miłości dowcip

Nie wróciłem do sypialni. Wyszedłem jeszcze tej samej nocy, nie mówiąc nic. Potrzebowałem przestrzeni, powietrza, chwili, w której nie będę czuł zapachu jej perfum. Przez trzy dni nie odezwałem się ani słowem. Telefon dzwonił bez przerwy. Wysyłała wiadomości, głosówki, błagała, żebyśmy porozmawiali. Milczałem.

Zamieszkałem tymczasowo u siostry. Magda wiedziała, że coś się stało, ale nie dopytywała od razu. Dopiero trzeciego dnia, przy porannej kawie, zadała pytanie.

– Tomek… co się właściwie wydarzyło?

Opowiedziałem wszystko. Nie przerywała ani razu. Kiedy skończyłem, tylko westchnęła.

– Coś ty najlepszego zrobiła dziewczyno… – mruknęła bardziej do siebie niż do mnie.

Tymczasem Kasia dobijała się też telefonicznie do niej. Tego samego dnia wysłałem Kasi kopertę. Bez listu. Bez słowa. W środku był pierścionek zaręczynowy, który nosiłem w kieszeni od tygodni. Taki miał być finał naszego święta. Nie potrzebowałem już słów. Byłyby tylko pustym echem tego, czego nie potrafiła zrozumieć. Nie jestem w stanie dzielić życia z kimś, kto nie szanuje mojego strachu. Kto zamienia moją miłość w dowcip.

Traktowała to jak zabawę

Po kilku dniach odcięcia spotkałem się z Michałem. Zawsze był moim najbliższym przyjacielem, kimś, komu mogłem powiedzieć wszystko. Usiedliśmy w naszej ulubionej knajpie, tej z drewnianymi stołami i zapachem cynamonu unoszącym się w powietrzu.

– I co teraz? – zapytał, popijając kawę.

– Nie wiem. Czuję się, jakby coś się we mnie wyłączyło. Jakbym już nie potrafił się cieszyć… nawet wspomnieniami.

Michał popatrzył na mnie poważnie, odkładając filiżankę.

– Tomek, ty byłeś na serio. A ona… chyba zawsze traktowała to jak zabawę.

Wzruszyłem ramionami. To nie było aż tak proste. Przecież kochałem ją. Nadal coś czułem, tylko nie potrafiłem tego nazwać.

– Chciałem jej się oświadczyć. Jeszcze tego samego dnia. Wszystko miałem zaplanowane. Nawet restaurację zarezerwowałem.

Michał pokręcił głową. Miłość nie powinna boleć tak bardzo. Nie powinna sprawiać, że człowiek czuje się jak narzędzie w cudzej grze. Kasia mówiła, że kocha. Ale nie potrafiła zobaczyć mnie, kiedy naprawdę to było istotne. Nie wiem, czy to była wina jednego żartu, czy czterech lat nieporozumień. Ale coś się skończyło. Coś rozpadło się na dobre.

Reklama

Tomek, 29 lat

Reklama
Reklama
Reklama