Reklama

To miał być tydzień, który zregeneruje jej siły przed najtrudniejszą sesją na medycynie. Zapłaciliśmy krocie za ten wyjazd – najlepszy hotel w Val Thorens, nowy sprzęt, ubezpieczenie. Kiedy machała mi na lotnisku, widziałam moją małą, ambitną Zuzię, przyszłą panią kardiochirurg.

Pracowała na sukces

Zawsze uważałam, że w życiu nie ma nic za darmo, ale ciężka praca powinna być sowicie nagradzana. Zuzia była tym dzieckiem, o które inni rodzice pytają z zazdrością na wywiadówkach. „Jak pani to robi, że ona tak sama z siebie?” – słyszałam to setki razy. A ja tylko uśmiechałam się skromnie i odpowiadałam, że to kwestia wychowania i priorytetów.

Prawda była jednak taka, że Zuzia była maszyną. Zaprogramowaną na sukces, precyzyjną, cichą maszyną do zdobywania piątek, stypendiów i certyfikatów językowych. Trzeci rok medycyny na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym to nie są przelewki.

Widziałam, jak gaśnie. Jej cera stała się ziemista, pod oczami zagościły fioletowe cienie, a kręgosłup, nad którym pochylała się godzinami nad opasłymi tomami, zaczął jej dokuczać. Kiedy przyniosła indeks z samymi piątkami i informacją o stypendium rektora, spojrzałam na mojego męża. Zrozumieliśmy się bez słów.

– Alpy – powiedział. – Francuskie. Niech poczuje, że życie to nie tylko książki i łacina.

Byliśmy z niej dumni

To miał być gest. Demonstracja naszej dumy. Wybraliśmy ofertę, od której samej kręciło mi się w głowie. Val Thorens, najwyżej położony kurort w Europie. Hotel ze strefą spa, która wyglądała jak wyjęta z filmu o Jamesie Bondzie. Pokój z widokiem na ośnieżone szczyty. Wszystko opłacone z góry. Kiedy wręczyliśmy jej bilety, rozpłakała się. Nie ze szczęścia, jak mi się wtedy wydawało, ale z ulgi. Jakby ktoś zdjął jej z ramion stukilogramowy plecak.

– Mamo, tato… dziękuję. Naprawdę, ja… chyba tego potrzebuję – wydukała, ściskając kopertę.

Pomagałam jej się pakować. Składałam swetry, kupiłyśmy nową kurtkę – obłędnie drogą, ale przecież w takim miejscu trzeba wyglądać. Patrzyłam na nią i myślałam: „To jest moja krew. Moja duma. Nic jej nie zatrzyma”.

Pierwsze dwa dni były standardowe. Zuzia wysyłała zdjęcia stoków, swojego latte z pianką na tle gór, selfie w goglach, w których odbijało się słońce. „Jest cudownie”, „Nogi bolą, ale warto”, „Poznałam fajnych ludzi z Wrocławia”. Uspokoiłam się. Mój mąż też odetchnął. Oglądaliśmy wieczorami telewizję, ciesząc się, że nasze dziecko w końcu korzysta z młodości. Ale w środę coś się zmieniło.

Coś się zmieniło

Zadzwoniłam do niej wieczorem, koło 21. Zazwyczaj o tej porze leżała już w łóżku z książką albo scrollowała Instagrama. Nie odebrała. „Abonent czasowo niedostępny”. Okej, góry, słaby zasięg, może jest w spa. Wysłałam SMS-a: „Jak minął dzień, kochanie? Wyślij fotki”. Odpisała dopiero następnego dnia w południe. Krótko. „Hej mamo, wszystko super, mieliśmy słaby zasięg na lodowcu. Padam z nóg, odezwę się wieczorem”.

Nie odezwała się. W czwartek cisza. W piątek wysłała jedno zamazane zdjęcie z jakiejś imprezy, na którym widać było tłum ludzi, dym i światła laserów. To nie było w jej stylu. Zuzia unikała tłumów, nienawidziła hałasu. Kiedy próbowałam się do niej dodzwonić, włączała się poczta głosowa. Moje serce zaczęło bić w tym nieprzyjemnym, nieregularnym rytmie, który zna każda matka wyczuwająca zagrożenie.

– Przesadzasz – mąż machnął ręką, choć widziałam, że też zerka nerwowo na telefon. – Dziewczyna ma 21 lat. Jest w Alpach. Pewnie baluje. Niech się wyszumi. Wróci do Warszawy, to znowu wpadnie w kierat.

– Ona nie baluje. Ona pije ziołową herbatę i uczy się nazw kości śródstopia dla relaksu. To nie jest normalne.

Miałam złe przeczucia

Lotnisko Chopina witało nas szarugą i mżawką, idealnie kontrastując z opalenizną Zuzi, kiedy wyszła przez bramki przylotów. Od razu rzuciło mi się to w oczy. Nie opalenizna – ta była piękna – ale jej sposób bycia. Zawsze szła wyprostowana, pewnym krokiem. Teraz powłóczyła nogami, była ubrana w o dwa rozmiary za dużą bluzę, której nigdy wcześniej nie widziałam, a na głowie miała niedbale zawiązany koczek.

– Cześć, kochanie! – rzuciłam się, żeby ją uściskać.

Jej ciało było sztywne. Zareagowała z opóźnieniem, klepiąc mnie lekko po plecach. Unikała mojego wzroku.

– Cześć mamo, cześć tato.

– Jak było? Opowiadaj! Co to za bluza? Kupiłaś sobie? – zasypywałam ją pytaniami w drodze do samochodu.

– Było okej. Dużo jeździliśmy. Jestem strasznie zmęczona, możemy nie gadać teraz? Boli mnie głowa od zmiany ciśnienia.

W samochodzie panowała cisza, gęsta jak smoła. Mój mąż próbował żartować, pytał o warunki narciarskie, ale Zuzia odpowiadała monosylabami. Patrzyła w okno, a w szybie widziałam odbicie jej twarzy. Była nieobecna. Jej myśli były tysiąc kilometrów stąd, prawdopodobnie wciąż na ośnieżonym stoku albo w czyimś łóżku. Ta myśl przemknęła mi przez głowę jak błyskawica, ale natychmiast ją odpędziłam. Moja Zuzia? Nonsens.

Nie poznawałam jej

Przez następne dwa tygodnie nasz dom zamienił się w pole minowe. Zuzia, która zawsze była wzorem dyscypliny, zaczęła opuszczać zajęcia. Wstawała późno, snuła się po domu w piżamie. Kiedy pytałam o studia, warczała.

– Zdam to, przestań mnie cisnąć! – krzyknęła raz, trzaskając drzwiami tak, że obraz w przedpokoju się przekrzywił.

Może wpadła w złe towarzystwo? Przeszukałam jej pokój, kiedy była na uczelni. Nic nie znalazłam poza stosem brudnych ubrań i biletem lotniczym, który trzymała pod poduszką, jak relikwię. I ten zapach… Jej rzeczy pachniały inaczej. Nie jej perfumami, które dostała na gwiazdkę. Pachniały tanim tytoniem, męskim dezodorantem i czymś ziemistym.

– Ona przechodzi jakiś kryzys tożsamości – stwierdził mój mąż. – Może medycyna to za dużo?

– Za późno na kryzysy – ucięłam. – Zainwestowaliśmy w to lata pracy.

Zaczęło się od drobiazgów. Zuzia przestała pić kawę, którą uwielbiała. Twierdziła, że ją odrzuca. Zaczęła unikać naszych niedzielnych obiadów z pieczenią, mówiąc, że przeszła na wegetarianizm, bo mięso jej śmierdzi. A potem usłyszałam ten dźwięk.

Domyślałam się

Był wtorek nad ranem. Obudziło mnie pragnienie, więc zeszłam do kuchni po wodę. Przechodząc obok łazienki na parterze, usłyszałam stłumiony odgłos z łazienki, a potem cichy szloch. Stanęłam jak wryta. Moja pierwsza myśl: grypa żołądkowa. Biedactwo, pewnie dlatego tak dziwnie się zachowuje, coś ją bierze. Podeszłam do drzwi i zapukałam delikatnie.

– Zuziu? Źle się czujesz? Otwórz, mam krople żołądkowe.

Cisza. Tylko szum wody w kranie.

– Zuziu, słyszę, że płaczesz. Otwórz natychmiast.

Zamek szczęknął. Drzwi uchyliły się powoli. Moja córka siedziała na podłodze, oparta plecami o wannę. Była blada jak ściana, na czole perlił się pot. Wyglądała jak wrak człowieka.

– Mamo… – wyszeptała, a jej głos łamał się w sposób, który rozdarł mi serce.

Uklękłam przy niej, dotykając jej czoła. Nie miała gorączki. Była zimna i wilgotna.

– Co się dzieje? Zatrułaś się czymś? Jedziemy na SOR?

Zuzia pokręciła głową. Spojrzała na mnie tymi swoimi wielkimi oczami, w których teraz malował się czysty, zwierzęcy strach. I wtedy mój wzrok padł na brzeg umywalki. Leżał tam mały, plastikowy przedmiot. Biały patyczek z dwoma różowymi kreskami.

Prawda wyszła na jaw

Świat zatrzymał się w miejscu. Dosłownie. Przestałam słyszeć szum lodówki w kuchni, tykanie zegara, nawet własny oddech. Wpatrywałam się w ten test ciążowy, jakby to był odbezpieczony granat.

– Powiedz, że to nie jest twoje – powiedziałam cicho, choć wiedziałam, jak idiotycznie to brzmi.

– Mamo, ja… nie wiem, jak to się stało. To znaczy wiem, ale… to był tylko jeden raz… myślałam, że w te dni… – bełkotała, zanosząc się płaczem.

Usiadłam na zimnych kafelkach obok niej. Czułam, jak narasta we mnie fala gorąca, gniewu i paniki.

– Kto? – zapytałam ostro.

Milczała.

– Pytam, kto to jest?! – Mój głos wzbił się o oktawę wyżej. – Ten chłopak z roku? Ten Paweł, o którym mówiłaś?

Zuzia schowała twarz w dłoniach.

– Nie. To nie jest nikt z Warszawy.

– Więc kto?

– To się stało w Alpach.

W Alpach. Te słowa zawisły w powietrzu jak wyrok. Wspaniałe, luksusowe Alpy, które miały być nagrodą. Okazały się pułapką. Tej nocy nikt już nie spał. Mój mąż siedział w salonie z głową w dłoniach, ja krążyłam po kuchni jak tygrys w klatce, a Zuzia zamknęła się w swoim pokoju. Rano wyszła tylko po to, by powiedzieć, że nie idzie na zajęcia.

Znalazłam go

– Musimy wiedzieć, kto to jest – powiedział mój mąż przy śniadaniu, którego nikt nie tknął. – Jeśli to jakiś… nie wiem, cudzoziemiec, trzeba go znaleźć, pociągnąć do odpowiedzialności.

– Ona nic nie powie. Widziałeś ją. Chroni go.

Gdy Zuzia poszła pod prysznic, zrobiłam coś, czego przysięgałam sobie nigdy nie robić. Znałam kod do jej tableta. Wiem, to obrzydliwe. To naruszenie prywatności dorosłej kobiety. Ale w tamtym momencie nie byłam kobietą z zasadami, byłam zdesperowaną matką walczącą o przyszłość swojego dziecka.

Otworzyłam galerię zdjęć. Przewijałam fotki z gór. Śnieg, narty, jedzenie. I nagle zaczęły się inne zdjęcia. Zdjęcia, których nie wysłała nam. Selfie w jakimś ciemnym, drewnianym barze. Zuzia przytulona do faceta. Przybliżyłam zdjęcie. Serce podeszło mi do gardła.

Facet nie wyglądał na studenta medycyny. Nie wyglądał nawet na turystę z naszego hotelu. Miał długie, zmierzwione włosy, tatuaż na szyi, kolczyk w brwi i… brakowało mu przedniego zęba? Nie, to tylko cień. Ale wyglądał na starszego. Dużo starszego, może 40 lat. Miał na sobie znoszoną kurtkę snowboardową.

Nie podobał mi się

Przewijałam dalej. Zdjęcie w jakimś zagraconym pokoju, który wyglądał jak wnętrze campera. Butelki po piwie, rozwieszone pranie, deski snowboardowe oparte o ścianę. I Zuzia, moja Zuzia, w tej szarej bluzie, którą miała na sobie po powrocie, siedząca na kolanach tego człowieka, patrząca na niego jak w obrazek.

Weszłam w wiadomości. Ostatnia konwersacja: „Instruktor Jaro”. Ostatnia wiadomość od niego: „Jak coś będzie nie tak, to przyjadę. Ale wiesz, że nie lubię miast. Góry to wolność. Tęsknię. Peace”. Poczułam, jak żółć podchodzi mi do gardła. Instruktor Jaro, wolny ptak. Człowiek, który nie lubi miast, a moja córka, studentka medycyny, przyszła elita tego kraju, nosi jego dziecko. Dziecko faceta, który prawdopodobnie mieszka w przyczepie i żyje z sezonu na sezon. Konfrontacja była brutalna. Kiedy pokazałam jej tablet, nie zaprzeczała. Nie płakała. Stała się dziwnie spokojna, wręcz defiantna.

– Masz rację, mamo. To Jarek. Jest Polakiem, pracuje tam sezonowo. Jest instruktorem snowboardu i… artystą.

– Artystą?! – wybuchnęłam śmiechem, który brzmiał jak histeria. – Zuzia, spójrz na te zdjęcia! Ten człowiek wygląda, jakby nie miał stałego adresu zameldowania! Ile on ma lat?

Rozmyślił się

– Trzydzieści osiem. I co z tego? – uniosła brodę. – Jest wolny. Nie żyje w tym wyścigu szczurów, w który wy mnie wpakowaliście. On pokazał mi, co to znaczy naprawdę żyć. Przez ten tydzień byłam szczęśliwsza niż przez ostatnie trzy lata na studiach.

– Szczęśliwsza?! – wtrącił się mój mąż, czerwony na twarzy. – Zrobił ci dziecko i został w górach! To jest twoje szczęście?! Co ze studiami? Co z twoją karierą?

– Może wezmę dziekankę, a może rzucę to! – krzyknęła Zuzia. – Nie chcę być taka jak wy. Nie chcę operować ludzi po dwanaście godzin na dobę i wracać do pustego, idealnie posprzątanego domu, w którym nikt ze sobą nie rozmawia!

To uderzyło mnie najmocniej. Nasz dom nie był pusty. Był pełen… rzeczy, osiągnięć, stabilizacji, ale ona widziała to inaczej. Zakochała się w iluzji wolności. W starszym facecie, który zaimponował jej tym, że ma wszystko gdzieś. Klasyczny bunt „dobrej dziewczynki”, tylko że cena tego buntu była astronomiczna.

– Zuziu, posłuchaj – próbowałam zmienić ton na spokojniejszy. – Jesteś w ciąży, to fakt, ale to nie koniec świata. Jesteś młoda, masz całe życie przed sobą. Ten człowiek… on tu nie przyjedzie. On ci nie pomoże. Zostaniesz z tym sama.

– Jarek powiedział, że jak będę chciała, to mogę do niego przyjechać. Do Francji.

Zamarłam. Chciała wyjechać. Rzucić medycynę i zamieszkać w camperze z bezrobotnym „artystą” w Alpach, wychowując dziecko w warunkach polowych. To brzmiało jak scenariusz taniego dramatu, a nie moje życie.

Pomogliśmy jej

Minęły dwa miesiące. Zuzia wzięła dziekankę. Nie wyjechała do Francji – na szczęście brutalna rzeczywistość ciążowych dolegliwości i brak pieniędzy ją zatrzymały. Zablokowaliśmy jej konto, to był akt desperacji, ale skuteczny. „Jaro” dzwonił rzadziej. Okazało się, że „wolność” w górach nie obejmuje pieluch i wizyt u ginekologa. Kiedy dowiedział się, że Zuzia nie ma dostępu do naszej kasy, jego entuzjazm co do „budowania rodziny” w jego vanie znacznie osłabł.

Mieszkamy razem, w dziwnej, napiętej symbiozie. Patrzę na rosnący brzuch mojej córki i czuję wściekłość, żal i – wstyd się przyznać – rodzącą się miłość do tego, co ma nadejść. Wczoraj byliśmy na USG. Widziałam bijące serduszko. To będzie chłopiec. Mój mąż płakał. Ja milczałam. Wychodziliśmy z gabinetu, a Zuzia zapytała cicho:

– Mamo, myślisz, że będę dobrą matką?

Spojrzałam na nią. Nie widziałam już tej pewnej siebie studentki medycyny. Widziałam przerażoną dziewczynkę, która popełniła błąd, ale która postanowiła wziąć go na klatę. Może w tym jest więcej dojrzałości niż w tych wszystkich piątkach w indeksie?

– Będziesz – powiedziałam twardo. – Bo my ci nie pozwolimy na nic innego. Skończysz te studia. Choćbym miała niańczyć to dziecko na korytarzu uczelni między twoimi wykładami. Zrobimy z ciebie lekarza. I zrobimy z tego dziecka człowieka.

Jarek przestał odbierać telefony. Został w górach, a my zostaliśmy tutaj, z bałaganem, który musimy posprzątać. I posprzątamy. W końcu w tej rodzinie jesteśmy perfekcjonistami. Nawet jeśli chodzi o radzenie sobie z katastrofą.

Maria, 52 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama