Reklama

Po śmierci ojca pracowałam za długo, wracałam za późno, bo cisza w domu była nie do zniesienia. Po ojcu został sad i dom na skraju wsi, do której nie miałam odwagi wracać. Wspomnienia pachniały jabłkami i odciskami na dłoniach. Jednak po ostatnim telefonie z kancelarii spakowałam walizkę. Jechałam pociągiem, obserwując, jak bloki ustępują polom. Na peronie przywitał mnie wiatr. Chciałam sprzedać ziemię, zamknąć rozdział i przestać liczyć każdy grosz.

Reklama

Czułam się bezpiecznie

Poranek był chłodny, choć słońce próbowało przebić się przez delikatną mgłę nad sadem. Wyszłam z domu w zbyt eleganckim, miejskim płaszczu, bo nie miałam jeszcze ubrań roboczych. Szłam wolno w stronę starego płotu, który zawsze wymagał naprawy. Teraz leżał przekrzywiony, jakby ktoś go celowo rozchwiał. Kiedy próbowałam go podnieść, za plecami usłyszałam kroki.

Widzę, że miasto nie przygotowało pani na taką robotę – odezwał się mężczyzna o głębokim, lekko chrapliwym głosie.

– A pana przygotowało? – odpowiedziałam, prostując się i patrząc mu prosto w twarz.

– Od urodzenia – uśmiechnął się lekko, po czym nachylił się nad płotem. – Robert jestem. Mógłbym to przybić, bo… – spojrzał na moje buty na obcasie – …może lepiej, żeby pani tylko patrzyła.

– To akurat umiem najlepiej – odpowiedziałam z ironią, choć kąciki ust mimowolnie mi drgnęły.

Podczas gdy on sprawnie wbijał gwoździe, opowiadał, że znał mojego ojca i często pomagał mu w sadzie. Mówił o tym, jak ważne jest przycięcie gałęzi przed zimą, jak ziemia zawsze rodziła najlepsze jabłka.

Szkoda byłoby, żeby to wszystko poszło w obce ręce – rzucił niby od niechcenia.

Zamilkłam. Nie wiedziałam jeszcze, że to zdanie wróci do mnie jak echo. Wtedy po prostu skinęłam głową, czując, że obok mnie stoi ktoś, kto zna ten świat lepiej niż ja. W jego obecności poczułam się dziwnie bezpiecznie.

Był dla mnie miły

Robert pojawiał się coraz częściej, jakby nigdy nie musiał zapowiadać wizyt. Pewnego popołudnia przyniósł słoik gruszek w syropie, mówiąc, że to „na osłodę jesiennych wieczorów”. Usiadł w mojej kuchni, zdjął czapkę i rozsiadł się tak swobodnie, jakby znał ten dom od lat.

Trzeba łapać to, co daje życie – powiedział, kiedy nalałam herbaty. – Okazje nie czekają na tych, którzy się wahają.

– Mówi pan o owocach czy o czymś innym? – uniosłam brwi, zerkając na niego z lekkim uśmiechem.

– O wszystkim – odparł, patrząc mi prosto w oczy. – Widziałem zbyt wielu ludzi, którzy przez ostrożność stracili szansę na coś dobrego.

Poczułam, że rozumiem, o czym mówi, choć ton miał nieco zagadkowy. Rozmawialiśmy o moim życiu w mieście. Robert słuchał uważnie.

– Wiesz… dobrze mi się z tobą rozmawia – powiedział nagle.

– Mnie z tobą też – przyznałam, zaskoczona własną szczerością.

Kilka dni później pomógł mi uprzątnąć część sadu. Widziałam, jak pewnie porusza się między drzewami, jak bez wysiłku przerzuca skrzynki i ocenia, które gałęzie wymagają przycięcia.

– Masz dobrą ziemię – powiedział. – Warto o nią dbać, nawet jeśli planujesz sprzedać. To tylko podniesie wartość.

Jego słowa brzmiały rozsądnie, a ja poczułam wdzięczność. Ciepło, które się między nami rodziło, wydawało się czyste i proste. Nie przyszło mi wtedy do głowy, że w tym cieple może kryć się cień.

Oszukał mnie

Dzień podpisania aktu sprzedaży był pochmurny i duszny, jakby powietrze nie mogło się zdecydować, czy będzie padać. Robert zaproponował, że pojedzie ze mną.

– Wiesz, lepiej, żebym był obok. W takich sprawach łatwo o pomyłki, a ja znam ludzi w urzędzie – powiedział tonem, który nie dopuszczał sprzeciwu.

W drodze rozmawialiśmy niewiele. W jego milczeniu było coś, czego nie potrafiłam nazwać. W urzędzie przyjęła nas młoda kobieta w okularach. Sprawdzała dokumenty, zadawała pytania. Kiedy wyszłam na chwilę do łazienki, drzwi do pokoju pozostały uchylone.

– No, w końcu wam się udało zdobyć te ziemie – usłyszałam głos urzędniczki.

– Cóż, trochę to trwało – odpowiedział Robert, jakby mówił o czymś zupełnie naturalnym.

Zamarłam. „Wam”? Powoli cofnęłam się do progu.

Kim ty właściwie jesteś? – zapytałam, wchodząc do środka.

Robert odwrócił się gwałtownie.

– To nie tak, jak myślisz…

Właśnie, że dokładnie tak – przerwałam mu, czując, jak serce bije mi w skroniach.

Urzędniczka spuściła wzrok, Robert zrobił krok w moją stronę, ale się cofnęłam. W jednej chwili wszystkie nasze rozmowy, jego nagłe pojawienie się w moim życiu nabrały innego znaczenia. Nie czułam już bezpieczeństwa. Czułam, jakbym stała pod drzewem, z którego ktoś nagle strącił wszystkie owoce, zanim zdążyłam ich dotknąć.

Wyrzuciłam go z domu

Robert przyszedł tego samego wieczoru. Stał w progu, trzymając czapkę w dłoni, jakby to miało dodać mu pokory.

Mogę wejść? – zapytał cicho.

Po co? Żeby dokończyć to, co zacząłeś? – odpowiedziałam ostro, ale odsunęłam się, pozwalając mu przejść.

Usiadł przy stole, patrząc na mnie uważnie.

– Na początku to była praca. Firma, dla której robię, od lat próbowała kupić ten sad. Wysłali mnie, bo… no cóż, znałem twojego ojca i wiedziałem, jak z tobą rozmawiać.

– Przestań – przerwałam mu. – Każde twoje słowo było kłamstwem.

– Nie – odparł spokojniej.

Pokręciłam głową.

– A więc to wszystko… te rozmowy, pomoc… to był plan?

– Na początku tak – przyznał. – Ale potem… naprawdę cię polubiłem. Chciałem, żebyś miała dobrą cenę i żebyś nie wpadła w ręce kogoś, kto cię oszuka.

– A ty? – spytałam. – Oszukałeś mnie pierwszego dnia.

Zapanowała cisza. Robert przesunął dłonią po stole, jakby szukał słów, które mogłyby naprawić to, co się stało. Patrzyłam na niego i czułam, jak gniew miesza się z czymś, co bolało bardziej – z żalem.

Chciałem tylko… – zaczął, ale nie pozwoliłam mu dokończyć.

– Idź.

Nie protestował. Wyszedł powoli, a ja zostałam sama, słysząc w głowie każde jego zdanie, które teraz brzmiało inaczej niż wtedy, gdy je wypowiadał.

Rozważałam każdą opcję

Następnego ranka obudził mnie chłód. Otworzyłam okno i spojrzałam na sad. Mgła unosiła się nisko, oplatając drzewa. Patrzyłam długo na te gałęzie, pamiętając, jak ojciec uczył mnie rozpoznawać, które jabłka są gotowe do zbioru, a które trzeba jeszcze zostawić. W powietrzu unosił się zapach mokrej ziemi i czegoś, co przypominało mi dzieciństwo. Na stole leżał akt sprzedaży. Mogłam go podpisać, zamknąć ten rozdział, zdobyć pieniądze i wrócić do miasta. Mogłam też go podrzeć i zostać tutaj, choć nie wiedziałam, co wtedy będzie dalej. Zadzwonił telefon.

– I co, sprzedałaś? – zapytała sąsiadka.

– Jeszcze nie… i nie wiem, czy to zrobię – odpowiedziałam szczerze.

– Pamiętaj, pieniądze to nie wszystko – rzuciła i odłożyła słuchawkę.

Usiadłam przy oknie, trzymając dokumenty w dłoni.

– Co ty byś zrobił, tato? – wyszeptałam w pustym pokoju.

Cisza nie odpowiedziała. Rozważałam każdą opcję. Sprzedaż oznaczałaby wolność od kłopotów, ale też odcięcie się od miejsca, które było częścią mnie. Zatrzymanie sadu wymagałoby odwagi, której nie miałam. Spojrzałam na drzewa. Wiatr poruszał liśćmi, jakby chciał coś powiedzieć. Może to ja musiałam wreszcie sama zdecydować, bez podpowiedzi innych, bez czyjejś manipulacji.

Nie byłam bezbronna

Wieczorem siedziałam w kuchni, patrząc na stos dokumentów. Słońce zachodziło, rzucając na stół pomarańczowe smugi światła. Wzięłam długopis do ręki, ale nie podpisałam. Zamiast tego wsunęłam papiery do szuflady. Wiedziałam, że decyzję mogę podjąć jutro, za tydzień, a może i za miesiąc. Ważne było tylko to, że nikt już nie będzie decydował za mnie. Robert dzwonił. Kilka razy telefon zabrzmiał ostrym sygnałem. Nie odebrałam. Nie chciałam słyszeć jego wyjaśnień ani kolejnych zapewnień. Te drzewa widziały zbyt wiele, bym mogła pozwolić, aby historia skończyła się cudzym scenariuszem.

Wyszłam na zewnątrz. Powietrze było chłodne, ale przyjemne. Przeszłam między rzędami jabłoni, czując pod stopami wilgotną ziemię. Gałęzie lekko kołysały się na wietrze. Uświadomiłam sobie, że choć wciąż czułam żal, nie byłam już bezbronna. Może kiedyś sprzedam ten sad. Może nie. Dziś jednak postanowiłam go zatrzymać. Nie dlatego, że bałam się zmian, ale dlatego, że chciałam odzyskać to, co ktoś próbował mi odebrać – prawo do samodzielnej decyzji. Zatrzymałam się pod najstarszym drzewem. Dotknęłam kory, szorstkiej i chłodnej, jak dłoń ojca. Poczułam, że jestem częścią tego miejsca.

Kiedy wróciłam do domu, w kuchni pachniało herbatą. Usiadłam przy stole, wsłuchując się w ciszę. Była inna niż ta w mieszkaniu w mieście.

Elżbieta, 46 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama

Reklama
Reklama
Reklama