Reklama

Przez ostatnich sześć miesięcy budziłam się każdego ranka z ciężarem na piersi, przekonana, że własnoręcznie zrujnowałam swoje życie. Pustka w łóżku obok mnie nie była symbolem wolności, ale porażki, a cisza w mieszkaniu dzwoniła mi w uszach głośniej niż najgorsza kłótnia.

Chciałam przestrzeni

Wszyscy mówili, że czas leczy rany, ale ja czułam, że z każdym dniem tęsknię coraz bardziej za stabilizacją, którą, jak mi się wydawało, lekkomyślnie odrzuciłam. Pamiętam dzień, w którym Tomek wyprowadził się z naszego wspólnego mieszkania. Byliśmy małżeństwem przez dwanaście lat i w pewnym momencie po prostu uznałam, że nie mam już siły być jedynym silnikiem napędzającym tę maszynę. Wtedy wydawało mi się to jedynym słusznym wyjściem. Chciałam oddychać.

Jednak kiedy kurz opadł, a ja zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu, zaczęły się schody. Początkowa euforia, trwająca może dwa tygodnie, szybko ustąpiła miejsca paraliżującemu strachowi. Nagle okazało się, że rachunki są wyższe, gdy płaci się je z jednej pensji. Że nikt nie zapyta mnie, jak minął dzień, nawet jeśli to pytanie było zadawane zza gazety i bez cienia zainteresowania. Zaczęłam idealizować przeszłość.

Mój umysł, niczym złośliwy montażysta filmowy, wyciął wszystkie sceny, w których czułam się samotna, niedoceniana i zmęczona. Zostawił tylko te momenty, kiedy Tomek był zabawny, kiedy przyniósł mi kwiaty bez okazji sześć lat temu, albo kiedy wspólnie oglądaliśmy seriale, jedząc pizzę. Zapomniałam o chłodzie. Pamiętałam tylko ciepło, które sama sobie wymyśliłam.

Tęskniłam za nim

Wieczorami siadałam na kanapie z kubkiem herbaty i płakałam w poduszkę. Wmawiałam sobie, że byłam zbyt wymagająca. Że może powinnam była bardziej doceniać to, że nie pije i nie awanturuje się. Że w dzisiejszych czasach mężczyzna, który po prostu jest, to już skarb.

Czułam się winna, że wyrzuciłam dobrego człowieka ze swojego życia tylko dlatego, że miałam jakiś kryzys wieku średniego. Byłam gotowa zadzwonić do niego i błagać o powrót. Powstrzymywała mnie tylko resztka dumy i fakt, że Tomek niespecjalnie zabiegał o kontakt. Ograniczał się do SMS-ów w sprawach formalnych. A ja interpretowałam to jako jego szacunek do mojej decyzji, co tylko pogłębiało mój żal. Jaki on szlachetny, myślałam.

Punkt kulminacyjny mojego użalania się nad sobą nastąpił w pewien weekend. Postanowiłam, że odmaluję przedpokój. Chciałam symbolicznie zamknąć pewien etap, zmienić kolor ścian z beżowego, który wybrał Tomek, na szałwiową zieleń. Kupiłam farby, wałki, taśmy malarskie i z entuzjazmem zabrałam się do pracy.

Chciałam, żeby wrócił

Szło mi całkiem nieźle, dopóki nie musiałam odkręcić starego kinkietu. Śruba była zapieczona, a ja, stojąc na drabinie, siłowałam się ze śrubokrętem. W pewnym momencie ręka mi się ześlizgnęła. Nie tylko zarysowałam ścianę, ale też upuściłam ciężki klosz, który roztrzaskał się w drobny mak na kafelkach. Zeszłam z drabiny, usiadłam pośród szkła i wybuchnęłam płaczem. To nie był płacz z powodu lampy. To był szloch bezradności.

– Gdyby tu był Tomek, odkręciłby to w minutę – szlochałam do słuchawki, dzwoniąc do siostry. – On zawsze zajmował się takimi rzeczami. Nie nadaję się do życia w pojedynkę. Jestem beznadziejna.

Siostra westchnęła ciężko.

– Tomek by to odkręcił, ale najpierw marudziłby przez tydzień, że musi to zrobić, potem kazałby ci trzymać drabinę i podawać narzędzia, a na koniec obraziłby się, że źle świecisz latarką. Czy ty naprawdę tego nie pamiętasz?

– Nieprawda! – broniłam go. – Po prostu byłam zbyt roszczeniowa. Chcę, żeby wrócił. Naprawdę tego chcę.

Byłam o krok od napisania do niego wiadomości. Miałam już nawet wpisaną treść: „Cześć, czy moglibyśmy się spotkać? Chyba popełniłam błąd”. Palec zawisł nad przyciskiem „wyślij”. Wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. To był kurier z paczką dla sąsiada.

Zobaczyłam go

Ten moment rozproszenia uratował mnie przed wysłaniem SMS-a. Usunęłam go, ale myśl o powrocie zakiełkowała w mojej głowie na dobre. Postanowiłam, że przy najbliższej okazji spróbuję nawiązać kontakt.

Minął tydzień od katastrofy z kinkietem. Wybrałam się do dużego marketu budowlanego na obrzeżach miasta. Potrzebowałam nowej lampy i kilku drobiazgów do łazienki. Była sobota, sklep pękał w szwach. Manewrowałam wózkiem między alejkami z panelami podłogowymi, czując się dziwnie obco w świecie, który do tej pory był domeną mojego męża. Skręciłam w dział ogrodniczy, marząc o kupnie kilku donic na balkon. I wtedy go zobaczyłam.

Stał przy regale z kosiarkami. Miał na sobie ten sam granatowy sweter, który kupiłam mu na ostatnie święta. Serce podskoczyło mi do gardła. Wyglądał dobrze. Może odrobinę przytył, ale w moich oczach wciąż był tym samym Tomkiem, z którym planowałam spędzić starość. Poczułam falę ciepła i tęsknoty. Już miałam do niego podejść, uśmiechnąć się i zagadnąć, gdy zza regału wyłoniła się ona.

Był z kobietą

Kobieta była młodsza ode mnie. Wyglądała na sympatyczną. Trzymała w ręku jakieś opakowanie z nasionami trawy. Wiedziałam, że Tomek z kimś się spotyka – miasto jest małe, a plotki rozchodzą się szybko – ale czym innym jest wiedzieć, a czym innym zobaczyć.

Mój pierwszy odruch? Ucieczka. Chciałam porzucić wózek pełen zakupów i wybiec ze sklepu. Ale ciekawość wzięła górę. Wycofałam się za dużą palmę w donicy i zaczęłam obserwować. Chciałam zobaczyć, jak wygląda jego szczęście, którego ja nie potrafiłam mu dać. Chciałam zobaczyć tę idyllę, którą straciłam.

– Tomek, zobacz, ta mieszanka jest do miejsc zacienionych, u nas pod płotem nic innego nie urośnie – powiedziała kobieta, podchodząc do niego.

Tomek nawet na nią nie spojrzał. Wpatrywał się w telefon, przesuwając kciukiem po ekranie.

– Weź cokolwiek. Trawa to trawa – mruknął tonem, który znałam aż za dobrze.

– Ale tańsza jest ta uniwersalna, tylko że ona może zżółknąć… – próbowała dalej, wciąż z nadzieją w głosie.

Tomek westchnął. To było to jego charakterystyczne, teatralne westchnienie, które zawsze sprawiało, że czułam się jak mała, głupia dziewczynka zawracająca głowę zapracowanemu geniuszowi.

– Marta, czy ty musisz robić doktorat z trawy? – podniósł wreszcie wzrok, ale w jego oczach nie było czułości, tylko irytacja. – Jestem zmęczony. Chodźmy już, bo zaraz zacznie się mecz.

Obserwowałam ich

Marta posmutniała. Odłożyła pudełko do koszyka – tego, który ona pchała, podczas gdy on szedł obok z rękami w kieszeniach. Stałam za tą palmą jak wryta. To była scena wyjęta żywcem z mojego życia. Ile razy słyszałam to „Weź cokolwiek”? Ile razy widziałam te plecy odwrócone w moją stronę, bo coś w telefonie było ważniejsze niż moja obecność? Ale mój mózg wciąż próbował go bronić. Może ma gorszy dzień? Może jest zestresowany pracą?

Postanowiłam śledzić ich dalej. Ruszyli w stronę oświetlenia. Dokładnie tam, gdzie ja zmierzałam. Zachowałam bezpieczny dystans, udając, że jestem niezwykle zainteresowana promocją na przedłużacze. Stanęli przy lampach wiszących. Marta wskazała na nowoczesny, geometryczny żyrandol.

– Ten pasowałby do salonu, jak myślisz? Jest w promocji – powiedziała.

– Za dużo kurzu będzie się na tym zbierać – skwitował Tomek natychmiastowo. – Kto to będzie czyścił? Bo na pewno nie ja.

– Przecież ja sprzątam… – bąknęła cicho Marta.

– No właśnie, a potem będziesz narzekać, że masz za dużo roboty. Weź ten płaski, przy suficie. Mniej problemów.

Poczułam dreszcz na plecach. Przypomniałam sobie, jak bardzo chciałam mieć jasny dywan w sypialni. Tomek nie zgodził się, bo będzie się brudził. Chciałam kota – nie, bo będzie śmierdziało. Chciałam jechać w góry – nie, bo nad morzem jest jod. Zawsze racjonalizował swoje lenistwo i niechęć do zmian moją wygodą, a w rzeczywistości chodziło tylko o jego święty spokój.

Przypomniałam sobie

I wtedy stało się coś, co ostatecznie przypieczętowało moje przebudzenie. Marta, sięgając po pudełko z lampą, którą łaskawie zaakceptował Tomek, upuściła torebkę. Rozsypała się zawartość: pomadka, klucze, chusteczki. Tomek stał pół metra od niej. Spojrzał na podłogę, potem na nią, a potem po prostu zrobił krok w bok, żeby nie nadepnąć na jej telefon. Nie schylił się. Nie pomógł. Stał i czekał, aż ona, czerwona ze wstydu, pozbiera swoje rzeczy z brudnej podłogi marketu.

– Masz bałagan w torebce – skomentował tylko. – Nic dziwnego, że niczego nie możesz znaleźć.

To był moment, w którym iluzja pękła z hukiem. Przypomniałam sobie nie kwiaty i seriale, ale właśnie to poczucie osamotnienia w jego obecności. To, że byłam dla niego niewidzialna, dopóki czegoś nie potrzebował albo dopóki czegoś nie zrobiłam źle.

Patrząc na Martę, która w pośpiechu wrzucała rzeczy do torebki, przypomniałam sobie historię ze skarpetkami. To błahostka, ale życie składa się z błahostek. Tomek miał zwyczaj zostawiania brudnych skarpetek wszędzie. Obok łóżka, pod stolikiem kawowym, w łazience na podłodze metr od kosza na pranie. Przez lata zbierałam je bez słowa. Kiedyś, podczas kłótni, wytknęłam mu to. Powiedziałam, że czuję się jak służąca.

– Boże, Alicja, robisz aferę o dwie małe skarpetki – zaśmiał się wtedy. – Korona ci z głowy nie spadnie, jak je wrzucisz do pralki. Przecież i tak nastawiasz pranie.

Przestałam żałować

Nie rozumiał, że nie chodziło o czynność fizyczną. Chodziło o komunikat: „Mój czas jest cenniejszy niż twój. Ja mogę nabrudzić, a ty masz po mnie posprzątać, bo to twoja rola”. Teraz, w tym sklepie, widziałam, jak ta sama dynamika niszczy inną kobietę. Marta wstała, otrzepała kolana. W jej oczach widziałam to samo zmęczenie, które ja czułam przez ostatnie lata.

Widziałam, jak powoli gaśnie jej entuzjazm. Była na początku drogi, którą ja już przeszłam. Nagle Tomek odwrócił się i nasze spojrzenia się spotkały. Zamarłam na sekundę, ale o dziwo, nie poczułam strachu ani żalu.

– Alicja? – zdziwił się. Jego twarz przybrała ten wyraz sztucznej uprzejmości, który zachowywał dla sąsiadów i dalekich krewnych. – Co ty tu robisz?

Marta spojrzała na mnie z zaciekawieniem, a potem z lekkim niepokojem. Pewnie Tomek opowiedział jej o mnie jakąś historię – że byłam wariatką, histeryczką, że go nie doceniałam.

– Cześć, Tomek – powiedziałam spokojnie. Mój głos był zadziwiająco pewny. – Robię zakupy. Remontuję przedpokój.

– Sama? – prychnął z lekkim rozbawieniem. – Powodzenia. Pamiętasz, jak chcieliśmy tapetować sypialnię? Nawet kleju nie umiałaś dobrze rozrobić.

Stanęłam na nogi

Dawna Alicja by się zaczerwieniła, zaczęłaby się tłumaczyć. Ale nowa Alicja, która właśnie odzyskała wzrok, uśmiechnęła się szeroko.

– Pamiętam. Pamiętam też, że przez trzy lata nie mogłam się doprosić, żebyś przykręcił listwy przypodłogowe, więc ostatecznie zrobiłam to sama. Poradzę sobie.

Jego uśmiech nieco zgasł. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Spojrzał na Martę, jakby szukał u niej poparcia, ale ona patrzyła na mnie z dziwnym wyrazem twarzy. Może z zazdrością?

– Poznajcie się, to jest Marta – rzucił szybko, chcąc odzyskać kontrolę nad sytuacją.

– Cześć, Marta – wyciągnęłam rękę. – Miło cię widzieć.

Uścisnęła moją dłoń. Miała zimne palce.

– Ciebie też…

– No nic, nie będę wam przeszkadzać – powiedziałam, cofając się w stronę swojego wózka. – Widzę, że macie dużo decyzji do podjęcia. Lampy to poważna sprawa.

Jestem z siebie dumna

Spojrzałam na Tomka po raz ostatni. Zobaczyłam jego lekko obwisły brzuch, zniecierpliwioną minę i telefon w dłoni, do którego już wracał. I nagle poczułam taką ulgę, że miałam ochotę tańczyć między regałami z żarówkami LED.

– Do widzenia – rzuciłam i odeszłam, nie oglądając się za siebie.

Wyszłam ze sklepu z nową lampą, wiertarką, którą kupiłam pod wpływem impulsu, i poczuciem lekkości, jakiego nie znałam od lat. Wsiadłam do samochodu i wybuchnęłam śmiechem. Śmiałam się tak głośno, że ludzie na parkingu odwracali głowy. To nie był histeryczny śmiech. To był śmiech wyzwolenia.

Przez pół roku zadręczałam się myślą, że straciłam miłość życia. Że zostałam sama z własnej winy. A prawda była taka, że odzyskałam siebie. Wróciłam do domu. Nikt nie narzekał, że zupa jest za słona. Nikt nie rzucał brudnych skarpetek na środek salonu. Nikt nie przewracał oczami, gdy chciałam obejrzeć komedię romantyczną zamiast meczu. Nikt nie gasił mojego entuzjazmu marudzeniem o zmęczeniu.

Wzięłam nową wiertarkę. Obejrzałam tutorial na YouTube. Za trzecim razem udało mi się wywiercić dziurę w odpowiednim miejscu. Kiedy powiesiłam nową lampę w przedpokoju, poczułam dumę większą niż po obronie magisterki. Świeciła jasno, oświetlając moje szałwiowe ściany. Moja rzeczywistość jest teraz tutaj, w tym cichym, czystym mieszkaniu, gdzie jedyne bałagany, jakie powstają, to te, które robię sama – i które sprzątam wtedy, kiedy mam na to ochotę.

Agata, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama