„Założyłem firmę ze szwagrem i teraz pluję sobie w brodę. A mówiły jaskółki, że niedobre są spółki”
„Wizja biura pełnego dokumentów, telefonów od klientów i pierwszych zysków dawała mi motywację. Przez kilka tygodni planowaliśmy strategię, inwestycje i role w firmie. Każdy szczegół był dopracowywany, wydawało się, że nic nie może pójść źle. W praktyce rzeczywistość była znacznie mniej idealna. Nie podejrzewałem, że zamiast rozwijać marzenia, wpadnę w rutynę pozorów, gdzie ja udaję pracę, a on udaje, że mi płaci. Nie spodziewałem się, że biznes stanie się sceną pełną kłamstw, napięć i absurdów, które stopniowo zjadały naszą cierpliwość.

- Redakcja
Wiedziałem, że założenie własnego biznesu ze szwagrem będzie wyzwaniem, ale w głowie miałem obraz sukcesu. Wizja biura pełnego dokumentów, telefonów od klientów i pierwszych zysków dawała mi motywację. Przez kilka tygodni planowaliśmy strategię, inwestycje i role w firmie. Każdy szczegół był dopracowywany, wydawało się, że nic nie może pójść źle. W praktyce rzeczywistość była znacznie mniej idealna. Nie podejrzewałem, że zamiast rozwijać marzenia, wpadnę w rutynę pozorów, gdzie ja udaję pracę, a on udaje, że mi płaci. Nie spodziewałem się, że biznes stanie się sceną pełną kłamstw, napięć i absurdów, które stopniowo zjadały naszą cierpliwość”.
Oczekiwania i rzeczywistość zaczęły się rozjeżdżać
Kiedy pierwszy raz usiedliśmy przy kuchennym stole, wydawało się, że wszystko jest proste. Szwagier rozkładał przed nami notatki, wykresy i kalkulacje. Jego oczy błyszczały entuzjazmem, ja byłem ostrożniejszy, ale w głębi serca czułem ekscytację. Obiecaliśmy sobie wzajemnie, że damy z siebie wszystko. Plan był prosty: ja zajmę się kontaktami z klientami, on poprowadzi sprawy finansowe. W teorii mieliśmy komplet kompetencji, w praktyce dopiero miałem się przekonać, jak wiele pozostaje do nauki.
– Zobaczysz, za sześć miesięcy będziemy mieli pierwsze poważne zlecenia – mówił, stukając długopisem w blat stołu.
– Mam nadzieję, że nie przeceniasz możliwości – odpowiedziałem ostrożnie, starając się brzmieć pewnie.
Rozpoczęliśmy od prostych projektów, próbnych zleceń, które miały nas wprowadzić w rytm. Każdego dnia rozmawialiśmy godzinami, omawiając strategie, wyliczenia i przewidywane zyski. Ja starałem się pamiętać o wszystkim, a on upewniał się, że nic nie umknie mojej uwadze.
– Ważne, żebyśmy od początku byli spójni – podkreślał. – Klient musi widzieć profesjonalizm, nawet jeśli początek będzie chaotyczny.
Wierzyłem w jego słowa, choć gdzieś w tle pojawiał się niepokój. Obiecaliśmy sobie, że nie popełnimy błędów, a każde zadanie będzie dopięte na ostatni guzik. W pierwszych tygodniach praca przypominała ekscytującą grę: ja wymyślałem rozwiązania problemów, on wspierał je liczbami i dokumentami. Wszystko wydawało się idealnie zsynchronizowane. Nie wiedziałem jeszcze, że idealna synchronizacja okaże się tylko iluzją. Pierwsze napięcia pojawiły się, gdy oczekiwania i rzeczywistość zaczęły się rozjeżdżać. Każdy kolejny dzień pokazywał, że w biznesie marzeń równie łatwo jak zyski przychodzą frustracje i nieporozumienia.
Każdy dzień stawał się grą pozorów
Pierwsze tygodnie przyniosły entuzjazm, ale wkrótce zaczęło się komplikować. Szwagier obiecywał, że zajmie się wszystkimi formalnościami, podczas gdy ja miałem skupiać się na kontaktach z klientami. W praktyce często wyglądało to inaczej – on był zajęty prywatnymi sprawami, ja spędzałem godziny, starając się wszystko dopilnować. Jego obietnice zaczynały brzmieć jak echo, a ja powoli uświadamiałem sobie, że to ja ponoszę ciężar pracy, a on udaje, że wypłaca mi wynagrodzenie.
– Rafał, spokojnie, pieniądze przyjdą – zapewniał, kiedy zaczynałem narzekać.
– Przyjdą? A kiedy? – pytałem coraz bardziej sfrustrowany, patrząc na puste konto i rosnące rachunki.
Każdy dzień stawał się grą pozorów. Ja starałem się wyglądać, jakbym pracował nad raportami i umowami, on co jakiś czas rzucał „przelew jest w drodze”, choć faktycznie pieniędzy nie było. Obserwowałem, jak wszystko zaczyna dryfować w niepokojącym kierunku.
– Przecież mówiliśmy sobie, że to będzie równy podział obowiązków – próbowałem przypomnieć, ale jego uśmiech i gest dłoni sugerowały, że nie ma zamiaru tego traktować poważnie.
Najbardziej irytowało mnie, że formalnie wszystko wyglądało poprawnie. Tylko że za fasadą porządku kryła się stagnacja i coraz większe napięcie. Każde nasze spotkanie zaczynało przypominać negocjacje o drobnostki, a nie planowanie wspólnej strategii.
– Rafał, spokojnie, nie przesadzaj – mówił lekceważąco, kiedy wybuchałem frustracją.
W mojej głowie narastał gniew i bezsilność. Zdałem sobie sprawę, że ta rozbieżność między słowami a czynami będzie moją codziennością. To wtedy pojawiła się myśl, że będę musiał udawać, że pracuję, a on udawać, że płaci – tak, by nikt poza nami nie zauważył, jak bardzo rzeczywistość odbiega od marzeń o biznesie.
Coraz trudniej było mi udawać spokój
Mijały tygodnie, a ja zaczynałem dostrzegać pierwsze wyraźne sygnały, że nasze marzenia o idealnym biznesie odchodzą w zapomnienie. Szwagier coraz częściej znikał, tłumacząc to „pilnymi sprawami”. W rzeczywistości wyjeżdżał na urlop na kilka dni i nie odbierał telefonu. Ja starałem się nadrabiać jego nieobecność, odpowiadając na maile, dzwoniąc do klientów i dopilnowując dokumentów. Czułem, że balansuję na cienkiej linie między obowiązkiem a frustracją.
– Rafał, nie możesz zostawiać wszystkiego na mojej głowie – rzuciłem , gdy wrócił z jednego z wyjazdów po kilku dniach ciszy.
– Wyluzuj, musiałem złapać trochę oddechu… – mówił ze spokojem, nie przejmując się tym, że kontrahenci zaczynają się niecierpliwić.
Coraz trudniej było mi udawać spokój. Każdy telefon od niezadowolonego klienta przypominał mi, że rzeczywistość różni się od naszych wstępnych obietnic. Na papierze wszystko wyglądało dobrze – harmonogramy, terminy, dokumenty – ale faktycznie ja pracowałem jak wariat, a on udawał, że mnie wynagradza.
– Nie przesadzaj, Rafał, z każdym krokiem jesteśmy bliżej sukcesu – starał się mnie uspokoić.
Wewnętrznie czułem gniew, którego nie mogłem okazać. Wiedziałem, że jeśli teraz wybuchnę, cała fasada pozorów runie. Każdy dzień stawał się teatrem, gdzie ja musiałem grać zaangażowanego pracownika, a on rolę hojnego szefa. Na zewnątrz wszystko wyglądało idealnie, ale w środku rosło napięcie. Pierwsze problemy finansowe zaczęły się kumulować. Klienci pytali o płatności, dostawcy dzwonili z przypomnieniami, a ja udawałem, że wszystko jest pod kontrolą. W głębi serca wiedziałem, że jeśli sytuacja się nie zmieni, prędzej czy później ktoś zauważy, że ta gra pozorów zaczyna się walić.
Czułem, że żyję w napięciu
W końcu powiedziałem dość. Z czasem nauczyłem się perfekcyjnie udawać, że pracuję. Każdego ranka siadałem przy biurku z otwartym laptopem, pisząc raporty, które wyglądały na pilne, choć w rzeczywistości były powtarzaniem starych informacji lub prostymi notatkami, które nie wymagały wysiłku.
– Rafał, sprawdź jeszcze raz harmonogram – mówił, podsuwając mi papiery.
– Już to zrobiłem – odpowiadałem, starając się zachować spokój, choć wewnętrznie czułem irytację.
Szwagier pojawiał się na spotkaniach, uśmiechał się i wymieniając kurtuazyjne uwagi, dawał wrażenie, że wszystko idzie zgodnie z planem. W środku jednak wiedziałem, że to fikcja. Każda rozmowa z klientem wymagała ode mnie kreatywnego myślenia, by ukryć braki w projekcie. A mi coraz mniej zależało na firmie. Najbardziej przerażało mnie, jak łatwo człowiek przyzwyczaja się do tej gry. Każdego dnia balansowaliśmy między kłamstwem a obowiązkiem, starając się, by pozory nie runęły. W głowie coraz częściej pojawiała się myśl, że taki układ może trwać tylko krótką chwilę. Każdy moment był ryzykiem – jeden zły ruch mógł zniszczyć nie tylko biznes, ale też nasze relacje rodzinne. Czułem, że żyję w napięciu, które powoli zaczynało mnie wyczerpywać.
To nie jest biznes, tylko teatr
W końcu napięcie osiągnęło punkt krytyczny. Po kilku miesiącach udawania, nie mogłem już dłużej ignorować problemu. Zauważyłem, że klienci stają się coraz bardziej niecierpliwi, a moje wyrzuty sumienia rosły z każdym dniem. Szwagier pojawił się w biurze z uśmiechem, jakby nic się nie działo, a ja czułem, że muszę to z siebie wyrzucić.
– Musimy porozmawiać – powiedziałem zdecydowanie, siadając naprzeciw niego.
– O czym mówisz? – zapytał, udając zdziwienie.
– O tym, co robimy. Ta gra, te pozory… nie mogę już tak funkcjonować. Klienci, dokumenty, brak przelewów. To nie jest biznes, tylko teatr, w którym udajemy role.
Szwagier spojrzał na mnie chwilę w milczeniu, a potem westchnął.
– Wiesz, Rafał… też to czuję. Chciałem, żeby wszystko wyglądało idealnie, ale chyba przeszliśmy granicę.
Rozmowa była długa, napięta i pełna emocji. Wyliczaliśmy błędy, omawiali zaległości, tłumaczyliśmy sobie wzajemnie, dlaczego sytuacja wymknęła się spod kontroli. Okazało się, że każdy z nas miał inne oczekiwania, inne definicje sukcesu, a udawanie zaangażowania i płacenia tylko pogłębiało frustrację.
– Co teraz? – zapytałem w końcu, zmęczony, ale gotowy na decyzje.
– Musimy ustalić nowe zasady. Bez udawania, bez pozorów. Albo prawdziwa praca, albo koniec – odpowiedział szczerze.
Rozmowa przyniosła ulgę. Uświadomiłem sobie, że szczerość, choć trudna, była jedynym sposobem na uratowanie zarówno relacji, jak i biznesu. Nie mogliśmy już dłużej grać ról. Od tego dnia wszystko zaczęło się zmieniać – powoli, krok po kroku, bez pośpiechu, ale z realnym planem działania.
Naprawdę zaczynamy budować coś realnego
Po naszej szczerej rozmowie zacząłem zauważać, jak wiele można naprawić, kiedy przestaje się udawać. Biznes, który wcześniej był teatrem pozorów, stopniowo zaczął nabierać realnych kształtów. Szwagier przestał obiecywać przelewy, które nigdy nie przychodziły, a ja przestałem wymyślać sztuczne raporty, które miały wyglądać jak praca. Każde zadanie stało się konkretne, mierzalne i rzeczywiście wykonywane. Ta zmiana wymagała wysiłku, cierpliwości i dyscypliny, ale przyniosła więcej satysfakcji niż miesiące udawania.
– Wiesz, Rafał, w końcu czuję, że to ma sens – powiedział któregoś dnia, kiedy omawialiśmy kolejny projekt.
– Tak, ja też – przyznałem, obserwując, że nasi klienci zauważają różnicę. – Chyba naprawdę zaczynamy budować coś realnego.
Czułem ulgę, że przestaliśmy grać w teatr. Każde nasze działanie było teraz autentyczne, a współpraca przestała być źródłem stresu, stała się okazją do nauki i rozwoju. Uświadomiłem sobie, że pozory mogą działać tylko chwilowo. Udawanie pracy i udawanie wynagrodzenia mogło wyglądać jak sprytna strategia, ale w dłuższej perspektywie jest zgubne.
Najważniejszą lekcją było dla mnie to, że szczerość w biznesie – a zwłaszcza w rodzinnych relacjach – jest nie do przecenienia. Kiedy przestaliśmy ukrywać problemy i zaczęliśmy je rozwiązywać, poczuliśmy prawdziwą moc współpracy. Nasze marzenia o biznesie marzeń nadal wymagały wysiłku, ale były teraz realne, a nie tylko wyobrażone. To doświadczenie stało się dla mnie cenną lekcją, której nie spodziewałem się zdobyć w tak dziwnych okolicznościach.
Rafał, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W mojej pracy harowałam za dwoje, a nikt tego nie doceniał. Patrzyłam, jak innych klepią po plecach za moje wysiłki”
- „Odkąd moja przyjaciółka awansowała, cały czas zadziera nosa. Siedzi tylko w swoim gabinecie i wydaje mi rozkazy”
- „Myślałam że mnie nie awansują w pracy, bo jestem do niczego. Okazało się, że za wszystkim stała najbliższa mi osoba”