„Założyłem garniak, spryskałem się perfumami i poszedłem na randkę w ciemno. Nie sądziłem, że to będzie taka klapa”
„Kiedy zobaczyłem ją wchodzącą do restauracji, pomyślałem, że wygrałem los na loterii. Była idealna, a nasza rozmowa płynęła tak gładko, jakbyśmy znali się od lat, a nie od trzech dni pisania na czacie. Nie wiedziałem jednak, że ten idealny scenariusz ma już swojego głównego bohatera, a ja zostałem obsadzony jedynie w roli statysty, który ma wypełnić tło w czyimś dramacie”.

- Redakcja
To miał być wieczór, który odczaruje moją passę samotnych weekendów i pozwoli mi uwierzyć, że w cyfrowym świecie wciąż można znaleźć analogowe uczucie. Kiedy zobaczyłem ją wchodzącą do restauracji, pomyślałem, że wygrałem los na loterii. Była idealna, a nasza rozmowa płynęła tak gładko, jakbyśmy znali się od lat, a nie od trzech dni pisania na czacie. Nie wiedziałem jednak, że ten idealny scenariusz ma już swojego głównego bohatera, a ja zostałem obsadzony jedynie w roli statysty, który ma wypełnić tło w czyimś dramacie. Wystarczyło jedno skrzypnięcie drzwi, by moje nadzieje zgasły szybciej niż płomień świecy na naszym stoliku.
W końcu to była nasza pierwsza randka
Jeszcze godzinę wcześniej stałem przed lustrem w łazience, poprawiając po raz dziesiąty kołnierzyk koszuli i zastanawiając się, czy nie przesadziłem z perfumami. Aplikacje randkowe traktowałem do tej pory z dużą rezerwą. Były dla mnie jak supermarket z ludźmi – duży wybór, kolorowe opakowania, ale rzadko kiedy zawartość zgadzała się z opisem na etykiecie. Tym razem jednak czułem dziwny spokój. Profil Natalii wydawał się inny. Brakowało w nim tych wszystkich wyświechtanych frazesów o podróżach i kawie. Była konkretna, zabawna i, co rzadkie, pisała pełnymi zdaniami.
Wybraliśmy miejsce, które od kilku tygodni królowało w mediach społecznościowych wszystkich moich znajomych. Restauracja mieściła się w starej kamienicy. Ceglane ściany, industrialne lampy zwisające na grubych kablach i mnóstwo zieleni, która miała udawać miejską dżunglę. Kiedy dotarłem na miejsce, lokal pękał w szwach. Kelnerzy w czarnych fartuchach lawirowali między stolikami z gracją baletmistrzów, niosąc tace pełne fikuśnych dań. Zająłem stolik w rogu, mając dobry widok na wejście. Chciałem zobaczyć ją pierwszy, zanim ona zauważy mnie. To taka moja mała strategia – chwila na zebranie myśli, zanim zacznie się gra pozorów.
Weszła z kilkuminutowym opóźnieniem. Wyglądała jeszcze lepiej niż na zdjęciach. Miała na sobie prostą, zieloną sukienkę, która idealnie kontrastowała z burzą rudych włosów. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, uśmiechnęła się szeroko, a ja poczułem, jak stres, który trzymał mnie w garści przez cały dzień, powoli odpuszcza.
– Cześć, mam nadzieję, że nie czekasz długo – powiedziała, siadając naprzeciwko mnie.
Jej głos był ciepły, lekko chropowaty, co dodawało jej uroku.
– Dopiero przyszedłem – skłamałem gładko, choć byłem tam od dwudziestu minut. – To miejsce robi wrażenie, prawda?
– Tak, jest niesamowite – rozejrzała się, ale jej wzrok był jakiś taki rozbiegany.
Przez ułamek sekundy odniosłem wrażenie, że szuka drogi ewakuacyjnej, ale szybko zrzuciłem to na karb nerwów. W końcu to była nasza pierwsza randka.
Przez chwilę było naprawdę miło
Początek był obiecujący. Zamówiliśmy wodę z cytryną i miętą oraz przystawki, których nazw nie potrafiłem poprawnie wymówić. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. O tym, jak dziwna jest dzisiejsza pogoda, o serialach, które wszyscy oglądają, i o mojej pracy w dziale marketingu, która, choć brzmi kreatywnie, w rzeczywistości polega głównie na wypełnianiu tabelek. Natalia słuchała z uwagą, zadawała pytania, śmiała się w odpowiednich momentach. Było... poprawnie. Może nawet zbyt poprawnie.
Wiedziałem z doświadczenia, że chemia to coś więcej niż brak niezręcznej ciszy. To te mikroskopijne sygnały – przypadkowe dotknięcie dłoni, dłuższe spojrzenie, rumieniec na policzku. Tutaj tego brakowało. Miałem wrażenie, że Natalia odgrywa rolę idealnej kandydatki na partnerkę. Była uprzejma, kulturalna, ale emocjonalnie niedostępna. Jakby postawiła przede mną szklaną szybę. Widziałem ją, słyszałem, ale nie mogłem dotknąć jej prawdziwego „ja”. Wspomniała, że pracuje jako graficzka i że ostatnio ma dużo stresów.
– Czasami mam ochotę rzucić to wszystko i wyjechać w góry – zażartowała, bawiąc się serwetką.
– Klasyka – odparłem. – Ale wiesz, że w górach nie ma dobrego zasięgu, a ty co chwilę sprawdzasz telefon?
Zauważyłem to już wcześniej. Jej smartfon leżał na stole, ekranem do dołu, ale za każdym razem, gdy zawibrował, jej dłoń odruchowo wędrowała w jego stronę. Potem cofała ją, jakby przypominała sobie o dobrym wychowaniu. Po mojej uwadze spłonęła rumieńcem.
– Przepraszam – schowała telefon do torebki. – To tylko kwestie zawodowe. Klient, który nie rozumie, że jest piątek wieczór.
Uwierzyłem jej. Chciałem wierzyć. W końcu kto z nas nie ma natrętnych klientów czy szefów? Kontynuowaliśmy rozmowę, a kelner przyniósł dania główne. Zapach pieczonych warzyw wypełnił przestrzeń między nami. Przez chwilę było naprawdę miło. Pomyślałem nawet, że może jestem zbyt krytyczny, że może ona po prostu potrzebuje czasu, żeby się otworzyć. Że ta szyba zniknie, jeśli tylko będę wystarczająco cierpliwy.
Nie wiedziałem, co zrobić
Wszystko zmieniło się w momencie, gdy do restauracji weszła nowa grupa gości. Siedziałem przodem do sali, więc widziałem to wyraźnie. Drzwi otworzyły się szeroko, wpuszczając do środka chłodne, wieczorne powietrze. Weszło trzech mężczyzn, głośno się śmiejąc. Byli pewni siebie, dobrze ubrani, wyglądali na takich, którzy myślą, że świat należy do nich. Jeden z nich, wysoki brunet w granatowej marynarce, omiótł wzrokiem salę. Jego spojrzenie było drapieżne, oceniające. Wtedy jego wzrok zatrzymał się na naszym stoliku.
Zobaczyłem, jak uśmiech znika z jego twarzy, zastąpiony przez wyraz zdziwienia, a potem... triumfu? Nie byłem pewien. Natalia siedziała tyłem do wejścia, więc nie widziała, co się dzieje. Ale zobaczyła moją reakcję. Zauważyła, że przestałem przeżuwać i zastygłem z widelcem w połowie drogi do ust.
– Co się stało? – zapytała, odwracając się powoli.
I wtedy to się stało. Czas zwolnił. Widziałem, jak jej plecy sztywnieją. Jak jej dłonie zaciskają się na krawędzi stołu. Nie musiała nic mówić. Jej mowa ciała mówiła wszystko. Brunet ruszył w naszą stronę. Nie szedł, on kroczył. Ignorował kelnera, który próbował go zatrzymać, ignorował innych gości. Miał cel.
– No proszę, kogo my tu mamy – powiedział, stając tuż przy naszym stoliku.
Jego głos był głęboki, ale podszyty nutą ironii, która sprawiła, że włosy stanęły mi dęba. Natalia nie wstała.
– Cześć, Damian – wymamrotała cicho.
– Cześć, kochanie – zaakcentował ostatnie słowo z przesadną czułością. – Nie wiedziałem, że lubisz takie miejsca. Zawsze mówiłaś, że to snobistyczne speluny.
Siedziałem tam, czując się jak absolutny idiota. Nie wiedziałem, co zrobić. Czy powinienem wstać i bronić jej honoru? Czy powinienem się odezwać? Ale kim ja byłem? Facetem z aplikacji, z którym jadła kolację od czterdziestu minut. Damian nawet na mnie nie spojrzał. Dla niego byłem powietrzem, elementem wystroju, jak ta lampa nad nami czy wazon z kwiatami.
Czułem się oszukany
– Damian, proszę cię – mówiła Nataliia – Nie teraz. Jestem zajęta.
Mężczyzna roześmiał się krótko, sucho. Oparł dłonie o nasz stolik, nachylając się nad nią. Teraz byli tak blisko siebie, że mogłem wyczuć napięcie elektryczne przeskakujące między nimi. To nie była zwykła kłótnia byłych partnerów. To była skomplikowana gra, której zasad nie znałem i w której na pewno nie chciałem brać udziału.
– Zajęta? – rzucił okiem na mnie, jakby dopiero teraz zauważył moją obecność. Jego wzrok był pełen lekceważenia. – Z nim? Naprawdę, Natalia? Upadasz coraz niżej.
Poczułem, jak coś się we mnie gotuje. To był ten moment, w którym powinienem zareagować. Powinienem powiedzieć: „Słuchaj, stary, odejdź, bo przeszkadzasz”. Ale nie zrobiłem tego. Coś mnie powstrzymało. To nie był strach przed fizyczną konfrontacją. To było coś gorszego. Zrozumiałem, patrząc na Natalię, że jakakolwiek moja interwencja tylko pogorszy sprawę.
– To nie twoja sprawa, z kim się spotykam – powiedziała, ale w jej głosie brakowało przekonania.
Brzmiała jak ktoś przyłapany na kłamstwie.
– Oczywiście, że moja – odparł Damian, zniżając głos do szeptu, który był doskonale słyszalny. – Po tym, co było wczoraj? Myślałem, że ustaliliśmy pewne rzeczy.
Wczoraj. To słowo zawisło w powietrzu jak ciężki dym. Spojrzałem na Natalię. Jej twarz była teraz blada jak ściana. Unikała mojego wzroku. A więc „klient”, który pisał do niej całą kolację, to nie był żaden klient. To był on. Damian. Były, który wcale nie był taki „były”, jak bym chciał wierzyć. Poczułem się oszukany. Nie dlatego, że spotykała się z kimś innym – nie mieliśmy wyłączności. Czułem się oszukany, bo zostałem użyty. Byłem plastrem na ranę, próbą ucieczki, rekwizytem, który miał jej pomóc udowodnić coś sobie albo jemu.
– Idź stąd – szepnęła, ale w jej oczach widziałem łzy.
Damian wyprostował się. Osiągnął to, co chciał. Zburzył jej spokój, zaznaczył terytorium i upokorzył mnie.
– Bawcie się dobrze – rzucił z sarkazmem, po czym odwrócił się na pięcie i dołączył do swoich kolegów. Nie wyszedł. Został tam, obserwując nas z daleka.
Znowu dałem się nabrać
Atmosfera przy stoliku zmieniła się diametralnie. Wcześniejsza poprawność i sztywność zniknęły, zastąpione przez ciężką, lepką ciszę. Natalia siedziała ze spuszczoną głową, bawiąc się widelcem. Jej dłonie drżały. Jedzenie na naszych talerzach stygło, tracąc swoje walory smakowe i estetyczne.
– Przepraszam – powiedziała w końcu, nie patrząc na mnie. – To nie miało tak wyglądać.
– Domyślam się – odparłem, starając się zachować spokój, choć w środku gotowało się we mnie. – To twój były?
– To skomplikowane – westchnęła.
– Zauważyłem – odpowiedziałem, sięgając po szklankę z wodą.
Natalia podniosła na mnie wzrok. Jej oczy były wilgotne, makijaż lekko się rozmazał. W tym momencie nie widziałem już tej pewnej siebie dziewczyny z aplikacji. Widziałem kobietę uwikłaną w relację, z której nie potrafi się wyplątać.
– Rozstaliśmy się dwa miesiące temu – zaczęła tłumaczyć, choć wcale o to nie prosiłem. Słowa wylewały się z niej jak potok. – Byliśmy razem trzy lata. On... on jest trudny. Ale nie potrafię tego tak po prostu uciąć. Wczoraj przyszedł do mnie, żeby zabrać resztę rzeczy i... – urwała, a ja wiedziałem, co było dalej. Nie musiała kończyć.
Słuchałem jej, ale moje myśli błądziły gdzie indziej. Patrzyłem na parę przy stoliku obok. Byli to starsi ludzie, pewnie po sześćdziesiątce. Jedli w milczeniu, ale to było dobre milczenie. Czasami on dolewał jej wody, ona uśmiechała się do niego delikatnie. Rozumieli się bez słów. Pomyślałem, że to jest właśnie to, czego szukam. Spokoju. Pewności. A to, co działo się przy moim stoliku, było tego dokładnym przeciwieństwem. Byłem w środku emocjonalnego huraganu, którego nie wywołałem.
– Natalia – przerwałem jej monolog. – Nie musisz mi się tłumaczyć. Naprawdę.
– Ale chcę, żebyś zrozumiał... Ty wydajesz się taki normalny, taki dobry. Chciałam po prostu spędzić miły wieczór, zapomnieć o nim.
– I akurat wybrałaś mnie? – zapytałem wprost.
Zamilkła. Trafiłem w sedno. Spuściła wzrok, a jej milczenie było najlepszą odpowiedzią. Poczułem dziwny rodzaj smutku. Nie złości, ale właśnie smutku. Żal mi było jej, że tkwi w czymś takim, i żal mi było siebie, że znowu dałem się nabrać na ładne opakowanie.
Chciałem jak najszybciej zakończyć tę farsę
Dalsza część kolacji nie miała już sensu. Każdy kęs stawał mi w gardle. Czułem na plecach wzrok Damiana, który siedział przy barze i sączył drinka. Natalia co chwilę zerkała w tamtą stronę. Wiedziałem, że jej myśli nie są tutaj, ze mną. Były tam, przy barze, analizując każdy jego ruch, każdy uśmiech.
– Chyba nie ma sensu tego ciągnąć – powiedziałem, odkładając serwetkę. To było stwierdzenie faktu, nie pytanie.
Natalia pokiwała głową.
– Masz rację. Przepraszam, że zmarnowałam twój czas.
Poprosiłem o rachunek. Kelner, wyczuwając napiętą atmosferę, przyniósł go błyskawicznie, rezygnując z pytania, czy wszystko smakowało. Zapłaciłem za nas oboje. Chciałem jak najszybciej zakończyć tę farsę. Chciałem wyjść stamtąd z godnością, nie zostawiając za sobą żadnych niedomkniętych spraw. Kiedy wstawaliśmy od stołu, Natalia zawahała się.
– Może... może kiedyś, jak to wszystko poukładam, moglibyśmy spróbować jeszcze raz? – zapytała, ale w jej głosie nie było nadziei. To była tylko uprzejmość, próba ratowania twarzy.
Spojrzałem na nią uważnie. Była piękna, inteligentna i kompletnie niegotowa na nową relację.
– Nie sądzę, Natalia – odparłem szczerze. – Kiedy już to poukładasz, będziesz potrzebowała czasu dla siebie. A ja nie chcę być lekiem na całe zło ani widownią dla twoich dramatów. Zasługujesz na kogoś, kto będzie dla ciebie priorytetem, a nie opcją ucieczki. I ja też na to zasługuję.
Nie odpowiedziała. Kiwnęła tylko głową, powstrzymując łzy.
Wyszliśmy z restauracji razem, ale osobno. Chłodne powietrze uderzyło mnie w twarz, przynosząc natychmiastową ulgę. To było jak wybudzenie się z gorączkowego snu. Przed lokalem Natalia zatrzymała się, patrząc na swój telefon. Znowu wibrował.
– To on? – zapytałem, choć znałem odpowiedź.
– Tak – szepnęła. – Pisze, że chce porozmawiać.
Uśmiechnąłem się smutno. Scenariusz był napisany, role rozdane. Ja odegrałem swoją partię statysty i mogłem zejść ze sceny.
– Trzymaj się – powiedziałem, nie siląc się na uścisk. Odwróciłem się i ruszyłem w stronę przystanku.
To jedyna słuszna decyzja
Szedłem szybkim krokiem, chcąc jak najdalej odsunąć się od tego miejsca, które okazał się pułapką. Miasto żyło swoim rytmem. Mijałem pary trzymające się za ręce, grupy roześmianych studentów, ludzi spieszących się do swoich domów. Czułem się dziwnie lekko. Owszem, randka była katastrofą. Owszem, moje ego zostało lekko nadszarpnięte. Ale jednocześnie czułem dumę. Dumę z tego, że nie dałem się wciągnąć w cudzą grę, że zachowałem spokój i postawiłem granicę.
Kiedyś, parę lat temu, pewnie bym walczył. Próbowałbym ją „ratować”, udowadniać, że jestem lepszy od tego bufona w marynarce. Dziś wiedziałem już, że nie można uratować kogoś, kto nie chce być uratowany. Że miłość to nie walka o uwagę, nie ciągłe udowadnianie swojej wartości, nie rywalizacja z duchami przeszłości. Wyjąłem telefon z kieszeni. Ikona aplikacji randkowej świeciła na ekranie jaskrawym kolorem. Bez chwili wahania przytrzymałem na niej palec i wybrałem opcję „odinstaluj”. Może to impulsywne, może jutro będę żałował. Ale dzisiaj, w ten chłodny wieczór, czułem, że to jedyna słuszna decyzja.
Prawdziwe życie nie ma algorytmów. Nie da się przefiltrować ludzi, zaznaczając odpowiednie opcje w ustawieniach. Czasami trzeba usiąść przy stoliku, zamówić wodę z cytryną i zobaczyć, czy druga osoba patrzy na ciebie, czy na drzwi wejściowe, oczekując kogoś innego. Doszedłem do swojego bloku. W oknach paliły się światła. Gdzieś tam ludzie kłócili się, godzili, jedli kolacje, oglądali telewizję. Prawdziwe, nieidealne życie. Wszedłem do klatki schodowej, czując wdzięczność za ciszę, która na mnie czekała. Może i wróciłem sam, ale wróciłem do siebie. A to, wbrew pozorom, wcale nie jest mało.
Łukasz, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Instruktor na stoku raz-dwa stopił pierwsze lody. Było mi bosko, dopóki nie wyszło, co cwaniak ma w planach”
- „Mąż zaprosił mnie na kolację, a teraz wypomina mi każdy grosz. Jego skąpstwo odbija mi się czkawką jak małże”
- „Znajomi łapią się za głowę, bo wciąż nie mam żony. A ja obchodzę Dzień Singla i nie żałuję, że jestem sam”