„Wręczyłam babuni tulipany na Dzień Babci, a ona posłała mnie do piekła. Uznała, że za późno na przeprosiny”
„Przez to, że w moim domu nikt nie mówił o uczuciach, coraz częściej czułam, że czegoś mi brakuje. Czułości? Korzeni? Chciałam, żeby ktoś na mnie czekał. Postanowiłam więc, że dam babci prezent na Dzień Babci. Bukiet tulipanów, pudełko czekoladek i kartka z napisem: Dziękuję, że jesteś”.

- Redakcja
Nigdy nie byłam jedną z tych wnuczek, które opowiadają koleżankom, że babcia nauczyła je piec sernik albo szydełkować. Dla mnie babcia Halina zawsze była bardziej jak surowa nauczycielka niż ktoś, kogo tuli. Z dzieciństwa pamiętam jej zimny ton, trzask drzwi i to uczucie, jakby moja obecność w jej mieszkaniu była pomyłką. Z czasem przestałam tam jeździć. Nikt nie protestował.
A potem dorosłam. I może właśnie przez to, że w moim domu nikt nie mówił o uczuciach, coraz częściej czułam, że czegoś mi brakuje. Czułości? Korzeni? Chciałam, żeby ktoś na mnie czekał. Postanowiłam więc, że dam babci prezent na Dzień Babci. Bukiet tulipanów, pudełko czekoladek i kartka z napisem "Dziękuję, że jesteś".
Wahałam się pod drzwiami. Gdy je otworzyła, przyjrzała mi się długo, bez uśmiechu. Wręczyłam jej kwiaty, próbując się uśmiechnąć.
– Za późno na gesty – powiedziała chłodno. – Co ty myślisz, że jak przyniesiesz kwiatka, to cię przytulę?
Zamarłam. I wtedy poczułam to znajome ukłucie – to, które towarzyszyło mi przez całe dzieciństwo. Zimno. Obcość. I pytanie, którego nigdy nie odważyłam się zadać: co ja jej właściwie zrobiłam?
Dlaczego mnie tak nienawidzi?!
Drzwi od klatki jeszcze nie zdążyły się za mną zatrzasnąć, a już czułam, że zaraz wybuchnę. Szłam szybkim krokiem, mijając znajome bloki, jakby ich nigdy wcześniej nie widziała. Te same obdrapane klamki, te same twarze sąsiadek z siatkami, a ja cała kipiałam. W końcu weszłam do mieszkania i trzasnęłam drzwiami tak mocno, że obraz nad komodą się przekrzywił.
– Co znowu? – matka nawet nie spojrzała, tylko dalej przekładała mokre pranie na suszarkę.
– Byłam u babci – wycedziłam. – Z kwiatami. W Dzień Babci. Wiesz, co mi powiedziała?
– Co?
– Za późno na gesty... Jakbym, jej coś zrobiła, a nie przyszła z podziękowaniem. Dlaczego mnie tak nienawidzi? – podniosłam głos.
Matka spojrzała na mnie z niechęcią, jakby ją bolało, że w ogóle rozmawiamy.
– Nie wiem. Może po prostu nie znosi ludzi, którzy udają, że coś ich obchodzi.
– Czyli że co, ja udaję?! – krzyknęłam, robiąc krok w jej stronę.
– Nie wiem. Może próbujesz. Ale widocznie za późno. Tyle lat cię nie było. Nikogo nie było. Każdy ma swoje powody.
– A ty?! Jaki ty masz powód, że się nigdy nie odzywasz? – wybuchłam.
Zamilkła. W ciszy słyszałam tylko kapanie wody z jakiejś niedokręconej rury. Spojrzała na mnie krótko, potem odwróciła wzrok.
– Nie zawsze się da wszystko naprawić, Zuzia.
Wtedy zrozumiałam, że ja nie chcę tylko przeprosin od babci. Ja chcę wiedzieć, co się wydarzyło, że wszyscy w tej rodzinie udają, że nikogo nie obchodzą.
Powód jest prosty
Nie miałam z Patrykiem kontaktu od miesięcy. Ostatnio odezwał się, gdy zmarł dziadek, czyli… rok temu? Napisał wtedy tylko krótkie „trzymaj się”. Nic więcej. Mimo to odnalazłam jego numer w starych wiadomościach. Zawahałam się. Potem wcisnęłam „Zadzwoń”.
– Zuzka? – zdziwiony głos, jakby nie wierzył, że to ja. – Co się stało?
– Potrzebuję pogadać. O babci. O mamie. O nas w ogóle – powiedziałam szybko.
Chwila ciszy. Potem westchnienie.
– Zostaw to, Zuzka. Tam zawsze był tylko chłód. Nic nie zmienisz.
– Ale dlaczego? Co się wydarzyło? Babcia mnie nienawidzi, mama milczy, ty się odciąłeś. To wszystko ma jakiś powód, prawda?
– Powód jest prosty: tam nie było miłości. Po prostu. Nie szukaj w tym głębi. – Jego ton był twardy, nieprzyjemny.
– Ale...
– Muszę kończyć. Praca. Trzymaj się.
Klik. Rozmowa skończona.
Zostałam z telefonem w ręku i uczuciem, że znów nie dostałam odpowiedzi. Jak w dzieciństwie.
Usiadłam na podłodze w pokoju i oparłam się plecami o łóżko. W głowie zaczęły mi się kręcić obrazy: babcia patrząca na mnie z dezaprobatą, jakby coś śmierdziało. Cisza przy obiedzie, jakbyśmy byli tylko przypadkowymi lokatorami. Siedmioletnia ja, tuląca misia, bo nikt inny nie chciał przytulić. Jakby bycie czułym było jakąś słabością.
I wtedy dotarło do mnie coś, co w dzieciństwie było tylko tłem: w naszym domu nikt nikogo nie dotykał. Ani razu nie przypomniałam sobie, żeby babcia przytuliła mamę. Albo żeby mama pogłaskała mnie po włosach. Jakbyśmy wszyscy żyli obok siebie, nie razem. To musiało skądś się wziąć. Tylko skąd?
Chciałam jeszcze raz spojrzeć jej w oczy
Nie planowałam tam wracać. Przynajmniej nie tak szybko. Jednak coś mnie pchało. Chciałam jeszcze raz spojrzeć jej w oczy. Może inaczej. Może coś zrozumiem. Może...
Zapukałam. Cisza. Potem kroki. Zamek zaskrzypiał. Gdy drzwi się uchyliły, babcia spojrzała na mnie bez zaskoczenia. Jakby wiedziała, że wrócę.
– Zostawiłam u ciebie rękawiczki – skłamałam.
– To wejdź – powiedziała beznamiętnie.
Weszłam. Przypomniał mi się zapach jej mieszkania – stare drewno, kurz, herbata z malinami, ale taka w torebkach. Usiadłam w przedpokoju i czekałam, aż przyniesie mi te rękawiczki, których wcale nie zostawiłam.
Zamiast tego usłyszałam jej głos. Rozmawiała przez telefon? Nie. Drzwi do kuchni były lekko uchylone. I wtedy rozpoznałam drugi głos – mamy.
– Po co ona przyszła? – zapytała babcia chłodno.
– Nie wiem, mamo. Może chciała się zbliżyć – odpowiedziała mama cicho.
– Ty wiesz dobrze, że ja nie chciałam, żebyś ją urodziła – padło. Tak po prostu. Tak spokojnie.
Zamarłam. Serce mi stanęło.
– Było, minęło – mruknęła mama.
– Nie było. To dziecko nie powinno było się urodzić.
Wstałam. Weszłam do kuchni, trzęsąc się.
– Serio? Mówicie o mnie jak o psie, który się gdzieś przypadkiem przyplątał?
Zamilkły. Mama zbielała na twarzy. Babcia odwróciła wzrok.
– Wszystko słyszałam. Więc może teraz powiecie mi prawdę? Całą?
Babcia zacisnęła usta. Mama się rozpłakała.
– Proszę... – powiedziałam już ciszej. – Ja tylko chcę wiedzieć, dlaczego...
– Siadaj – odezwała się babcia, wskazując krzesło. – Skoro chcesz wiedzieć. To się dowiedz.
„Była głupia i zakochana”
Usiadłam. Serce waliło mi jak młotem, a ręce pociły się ze złości. Babcia przetarła oczy. Nie żeby płakała – bardziej jakby miała coś w oku. Albo nie chciała patrzeć na mnie zbyt długo.
– Twoja matka miała siedemnaście lat, jak zaszła w ciążę – zaczęła, głosem tak suchym, jakby mówiła o pogodowych statystykach. – Była głupia i zakochana. W jakimś obiboku, który tylko mówił ładnie, ale nic za sobą nie miał.
– Janusz – szepnęłam.
– Tak. Janusz. Wiedziałam, że nic z tego nie będzie. Że zostanie z brzuchem i zniszczy sobie życie. Prosiłam, błagałam. Żeby coś z tym zrobiła. Miała całe życie przed sobą. Ale nie. Uparła się.
Mama milczała. Siedziała przy stole, skulona jak dziecko.
– I co? Miałaś rację, tak? Zniszczyła sobie życie, a teraz co? Mnie też trzeba było usunąć? – krzyknęłam.
– Ty stałaś się porażką – syknęła babcia. – Gdy na ciebie patrzyłam, widziałam wszystko, co straciliśmy. Jej przyszłość. Moje plany. Spokój.
– Więc nienawidziłaś mnie od urodzenia – powiedziałam cicho.
– Nie nienawidziłam – pierwszy raz spojrzała mi prosto w oczy. – Ale nie potrafiłam pokochać.
– To nie to samo – warknęłam.
– Wiem – odpowiedziała spokojnie. – Ale czasem to i tak wystarczy, żeby człowiek zmienił się w kamień.
Wybiegłam. Nie patrzyłam, czy mama za mną idzie. Drzwi trzasnęły. Szłam przed siebie, aż zgubiłam orientację. W końcu usiadłam na przystanku, pośród ludzi, którzy mieli dokąd iść. Ja nie miałam.
Szukałam mojego taty
Jeszcze tej samej nocy znalazłam jego profil. Ojciec – Janusz. Nic wielkiego: kilka zdjęć z wędkowania, jakieś zdjęcie z psem i nową partnerką. Na jednym miał dziecko na barana – chłopiec, może pięć lat. „Twoja nowa rodzina?” – pomyślałam. Zebrałam się na odwagę i napisałam:
„Cześć. Tu Zuzanna. Twoja córka. Chciałabym porozmawiać”. Odpisał dopiero po trzech dniach. „Cześć. Nie wiem, co ci powiedziała twoja matka. Jeśli chcesz pogadać, możemy się spotkać”.
Spotkaliśmy się w małej kawiarni. Wysiadł z auta, jakby nigdy nie uciekł z mojego życia. Uśmiechnął się niepewnie. Usiadł naprzeciwko mnie i zamówił herbatę z cytryną. Ja milczałam. Patrzyłam, jak wkłada saszetkę do filiżanki, jakbyśmy właśnie poznawali się na jakimś portalu.
– Wiedziałem o tobie – powiedział w końcu. – Ale nie pozwolono mi być twoim ojcem. Halina mnie nienawidziła. A Ewa… Ewa bała się jej bardziej, niż kochała.
– Ale mogłeś spróbować – powiedziałam ostro. – Mogłeś walczyć.
Spuścił wzrok.
– Może i tak. Miałem wtedy dwadzieścia jeden lat. Zero pracy. Zero planu. I ojca tyrana za plecami. Byłem chłopcem, nie mężczyzną.
– Więc wszyscy mnie zostawiliście – powiedziałam gorzko.
– Dziecko. Przysięgam, że to nie znaczy, że cię nie chciałem – odpowiedział cicho. – Nigdy nie miałem odwagi, żeby cię odszukać. Myślałem, że nie chcesz mnie znać.
Patrzyliśmy na siebie przez chwilę, obcy, a jednak z tą samą krwią.
– Nie wiem, czego chcesz teraz – dodał.
– Sama nie wiem – odpowiedziałam szczerze.
Zrozumiałam, że nie cofnę czasu ani nie uleczę cudzych ran, ale mogę zdecydować, co zrobię z własnym bólem. Nie muszę już błagać o miłość tam, gdzie nigdy jej nie było. Jeśli mam zbudować rodzinę, zacznę od siebie. Od czułości, której tak bardzo mi brakowało.
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Napracowałam się, by prezent na Dzień Babci był wyjątkowy. W podziękowaniu usłyszałam, że to kolejny zbędny badziew”
- „Na noworocznych wyprzedażach spotkałam byłego chłopaka. Rozgrzał mnie bardziej niż kozaki z promocji”
- „Pojechałam na ferie sama, by wypocząć. Przypadkowe spotkanie zimą rozgrzało mnie bardziej niż niejeden letni romans”