„Zamarłam, kiedy mąż po 15 latach oznajmił mi, że się zakochał i odchodzi. A potem odtańczyłam dziki taniec radości”
„Nie miałam o czym mówić z dawnymi koleżankami, kiedy one opowiadały o awansach, projektach i życiu w biegu. Ja miałam historie o tym, że dzieci chorowały i że zrobiłam kiszonki na zimę. W końcu przestały dzwonić. A ja przestałam się malować. Bo i po co? Nie wiem, kiedy dokładnie zaczęłam znikać”.

- Redakcja
Mam czterdzieści cztery lata i piętnaście lat małżeństwa, które zżerało mnie powoli jak rdza. Na zewnątrz wszystko wyglądało normalnie – dom, dzieci, mąż, obiady na stole. Ale wewnątrz… czułam się jak duch. Jak przezroczysta kobieta, która codziennie odgrywa ten sam scenariusz, bez jednej własnej kwestii, bez jednego własnego zdania. Marek zawsze powtarzał:
– Zajmij się domem, ja zarobię. Po co ci praca, po co ci stres? Masz mieć czas dla dzieci, dla mnie, o to chodzi.
I ja w to wierzyłam. Na początku. Porzuciłam pracę w bibliotece, choć uwielbiałam zapach starych książek, rozmowy z ludźmi, ale uznałam, że miłość wymaga kompromisów. Tak mówili. Najpierw zniknęła moja praca, potem znajomi. Już nie miałam o czym mówić z dawnymi koleżankami, kiedy one opowiadały o awansach, projektach i planach wakacyjnych. Ja miałam historię o tym, że dzieci chorowały i że zrobiłam kiszonki na zimę. W końcu przestały dzwonić. A ja... przestałam się nawet malować. Bo i po co?
Z czasem zauważyłam, że coraz częściej chodzę po domu po cichu. Żeby nie przeszkadzać. Żeby nie zdenerwować Marka, kiedy wracał zmęczony z pracy i siadał z piwem przed telewizorem. Nie był brutalny. Nie podnosił ręki. Ale jego milczenie było gorsze niż krzyk. A jego spojrzenie – jak nóż, którym nie trzeba ranić fizycznie, żeby krwawić. Nie wiem, kiedy dokładnie zaczęłam znikać. Może wtedy, kiedy po raz trzeci przełożyłam wizytę u fryzjera, bo „nie wypada wydawać pieniędzy na takie głupoty”. A może wtedy, kiedy po urodzinach córki Marek powiedział tylko:
– Fajnie było. Dzięki.
I tyle. Bez przytulenia, bez spojrzenia. Jakby to ściana gotowała mu rosół, nie ja. Byłam jak cień w tym domu. Własna matka powiedziała mi kiedyś przez telefon:
– Monika, ty tak jakoś dziwnie brzmisz. Jakby cię w ogóle nie było.
To wszystko prowadziło do momentu, którego się bałam. A może, którego podświadomie wyczekiwałam?
Poczułam dziwną ulgę
Marek wrócił późno. Słyszałam, jak z hukiem zrzucił torbę na podłogę w przedpokoju, ale nie ruszyłam się z kuchni. Woda na herbatę właśnie zaczynała się gotować. Zerknęłam na zegar nad lodówką. Była dziewiętnasta trzydzieści.
– Jesteś głodny? – zapytałam, gdy wszedł do kuchni.
Nie spojrzał na mnie. Zdjął kurtkę i usiadł przy stole.
– Nie. Jadłem coś po drodze.
Zamknęłam drzwiczki szafki z niepotrzebnym impetem. Wiedziałam, że to usłyszy, ale miałam dość milczenia. Zawsze byłam tą spokojną, tą, która wygładzała napięcia, która próbuje.
– Chciałam porozmawiać – powiedziałam ostrożnie.
Marek spojrzał na mnie krótko, bez cienia uśmiechu.
– Nie mam już siły walczyć – powiedział ni stąd ni zowąd po chwili. – Zakochałem się. W koleżance z pracy.
Nie zrozumiałam. Przez moment byłam pewna, że źle usłyszałam.
– Co ty mówisz? – zapytałam cicho.
– Powiedziałem to, co słyszałaś – odparł. – Składam pozew o rozwód. Wysłałem już dokumenty.
Zastygłam z dłonią na uchwycie szuflady. W głowie pojawiła się pustka, ale serce... Serce biło dziwnie spokojnie. Jakby... właśnie czegoś się pozbyło.
– Kiedy miałeś zamiar mi powiedzieć?
Wzruszył ramionami.
– Chciałem jeszcze chwilę poczekać, ale nie widzę sensu. Ona jest dla mnie ważna.
Zabrakło mi słów. Usiadłam powoli na krześle naprzeciwko niego. Nie krzyczałam. Nie płakałam. Patrzyłam tylko na mężczyznę, który kiedyś był całym moim światem, a teraz wyglądał jak ktoś obcy.
– I tyle?
– Monika... – zaczął, ale nie dokończył. Wstał, jakby chciał wyjść z kuchni, uciec.
– Przepraszam, ale tak będzie lepiej dla nas obojga.
Kiedy wyszedł, zostałam sama z gotującą się wodą, której nikt już nie potrzebował. Wcale nie byłam zaskoczona. Nie do końca. Coś we mnie jakby od dawna się tego domyślało. Ta rozmowa była tylko potwierdzeniem. Ale oprócz bólu poczułam coś jeszcze, jakby… cichą ulgę. Może to był ten pierwszy oddech, którego nie musiałam dzielić z nikim.
Miałam się całkiem dobrze
Nie pamiętam, jak minęły pierwsze dni po rozwodzie. Czas przestał mieć znaczenie. Dni zlewały się w jedną, szarą smugę. Rano budziłam się tylko dlatego, że organizm sam domagał się czegokolwiek – ciepłej herbaty, kawałka chleba, kilku kroków. Reszta nie miała sensu. Siedziałam najczęściej w salonie, na tej samej kanapie, na której kiedyś oglądaliśmy filmy we dwoje. Teraz tylko ja i pudło z albumami.
Przekładałam kolejne zdjęcia jak strony jakiejś starej, nieaktualnej już księgi. Byliśmy na nich tacy młodzi, uśmiechnięci. W jednym z albumów trzymałam zdjęcie, na którym byłam w ciąży. Stałam w kuchni, oparta o framugę, z ręką na brzuchu i spojrzeniem pełnym nadziei. Marek zrobił to zdjęcie. Powiedział wtedy: „Będziesz najpiękniejszą mamą świata”. Zamknęłam album, nie byłam gotowa, żeby wracać do tamtego głosu. Telefon zadzwonił dopiero po trzech dniach. Zobaczyłam imię córki i przez chwilę nie wiedziałam, czy odebrać. W końcu przesunęłam palcem po ekranie.
– Mamo? – usłyszałam jej zaniepokojony głos. – Co się dzieje? Dzwoniłam kilka razy.
– Wszystko w porządku – skłamałam. – Po prostu... mam dużo na głowie.
– Tata do mnie napisał. Powiedział, że się rozwiedliście... Dlaczego mi nie powiedziałaś?
– Nie chciałam cię martwić.
– Mamo, przecież ja nie mam dziesięciu lat – odpowiedziała z wyrzutem. – Przyjadę w weekend.
– Nie trzeba. Naprawdę. Mam się dobrze.
Zamilkła na chwilę.
– Mamo, nie wierzę ci.
– Ale ja naprawdę... tylko potrzebuję trochę czasu.
– Kocham cię. Wiesz, że możesz mi wszystko powiedzieć, prawda?
– Wiem – odparłam cicho. – I ja ciebie też.
Po zakończeniu rozmowy nie wróciłam już do albumów. Przeszłam się po mieszkaniu. W kuchni na lodówce wisiał magnes z wakacji, które spędziliśmy nad morzem. Odruchowo zdjęłam go i wrzuciłam do szuflady. Poczułam pustkę, ale nie rozdzierającą. Raczej taką, która zostawia miejsce na coś nowego. Tego dnia wyszłam z domu pierwszy raz od rozwodu.
Nie miałam konkretnego celu. Szłam przed siebie, z twarzą schowaną w szalu. W końcu trafiłam pod lokalny dom kultury. Na tablicy ogłoszeń ktoś powiesił kolorowy plakat: „Kurs kroju i szycia dla początkujących. Zapraszamy wszystkich, którzy chcą stworzyć coś własnego.” Zatrzymałam się i czytałam to zdanie kilka razy. Był prosty, ale coś w nim sprawiło, że poczułam jakąś irracjonalną nadzieję. Może warto spróbować.
Nie myślałam już o tym, co było
Wypełnienie formularza zajęło mi pięć minut. Siedziałam przy plastikowym stoliku w domu kultury, w sali pachnącej kurzem i papierem i nie mogłam się pozbyć wrażenia, że robię coś absurdalnego. Jak nagle kobieta, która przez piętnaście lat prasowała koszule i kroiła marchewkę w idealne plasterki, miałaby teraz zacząć szyć sukienki?
– Chce pani zapisać się na zajęcia poranne czy wieczorne? – zapytała młoda dziewczyna za biurkiem.
– Wieczorne – odpowiedziałam, zanim zdążyłam się zastanowić.
Pierwsze zajęcia odbyły się w środę. Przyszłam punktualnie, w dżinsach i swetrze, z zeszytem w torebce, jakbyśmy mieli pisać klasówkę. W sali było siedem kobiet. Każda inna. Jedna młoda mama z dzieckiem na rękach, druga pani po sześćdziesiątce z surowym spojrzeniem, która wyglądała, jakby przyszła tu tylko z przyzwoitości. I ja – trzymająca się na uboczu, jak ktoś, kto jeszcze nie wie, czy ma prawo tu być.
– Dzień dobry! – przywitała nas prowadząca. Była niska, krępa, z rudymi lokami i serdecznym głosem. – Mam na imię Kasia. Nie jesteśmy tu, żeby robić arcydzieła, choć może i takie powstaną. Najważniejsze, żeby było... wasze.
– Czyli nie musi być idealnie? – zapytała nieśmiało ta młoda mama, kołysząc dziecko w chuście.
– Nie chodzi o to, by było idealnie – uśmiechnęła się Kasia. – Chodzi o to, żeby było twoje.
Te słowa zostały we mnie na długo. Kiedy wracałam do domu z kawałkiem materiału, który dostałyśmy do ćwiczeń, czułam się jak dziewczynka, która właśnie dostała kredki i czystą kartkę. Szłam wolno, przyciskając pakunek do siebie jak coś cennego. W domu rozłożyłam materiał na stole. Gładziłam go dłonią, zastanawiając się, czy dam radę cokolwiek z tego stworzyć. Ale to nie miało znaczenia. Nagle nie chodziło o efekt. Tylko o sam fakt, że zrobię coś od początku do końca sama, dla siebie. Położyłam się tego dnia z głową pełną ściegów i kolorów. I pierwszy raz od dawna nie myślałam o tym, co było. Tylko o tym, co mogłoby być.
Nie chciałam już być dawną sobą
Wybrałam materiał w kolorze ciemnej śliwki. Miękki, lejący, kobiecy. Kasia powiedziała, że pasuje do mojego koloru oczu. Uśmiechnęłam się, chociaż nie wiedziałam, czy mówi to z grzeczności, czy naprawdę tak uważa. Szycie sukienki trwało kilka tygodni. Najpierw wykroje, potem pierwsze przymiarki, poprawki, prucie. Maszyna warczała, igła uciekała spod palców, ale z każdym dniem czułam, że tworzę coś więcej niż tylko ubranie.
– Dla kogo szyjesz? – zapytała mnie Marta, kobieta w moim wieku, z sąsiedniego stanowiska.
– Dla siebie – odpowiedziałam. I dopiero wtedy dotarło do mnie, jak rzadko wcześniej wypowiadałam to zdanie.
Kiedy w końcu ją założyłam, patrzyłam w lustro jak na kogoś obcego. Ale nie chciałam już być tą dawną sobą. Ta nowa miała w oczach spokój i coś jeszcze – chyba nowy początek.
To ja odzyskałam siebie
To był zwykły spacer. Szłam przez rynek, ubrana w moją sukienkę, z torbą z zakupami i głową gdzie indziej. Dopiero głos za plecami sprawił, że się zatrzymałam.
– Monika?
Odwróciłam się. Marek stał kilka kroków ode mnie, z kobietą u boku. Młodsza, elegancka, trzymała go pod ramię. Uśmiechała się uprzejmie, choć z wyraźnym zaciekawieniem.
– Cześć – powiedziałam spokojnie.
Marek jakby zgubił język. Zlustrował mnie wzrokiem, chwilę za długo.
– Dobrze wyglądasz – rzucił w końcu.
– Dziękuję – odpowiedziałam. – To moja sukienka. Uszyłam ją sama.
Skinął głową, zaskoczony. Chciał coś jeszcze powiedzieć, może coś wyjaśnić, może zapytać, ale już mnie to nie obchodziło.
– Muszę iść – dodałam. – Do widzenia.
Odeszłam, zanim zdążył się otrząsnąć. Szłam dalej, prosto, pewnie. Nie było we mnie ani chęci zemsty, ani satysfakcji. Tylko cicha pewność, że to nie ja go straciłam. Ja wreszcie odzyskałam siebie.
Czasem dopada mnie lęk
Moje dni są teraz inne. Niekoniecznie lepsze według cudzych kryteriów, ale moje. Rano piję kawę przy otwartym oknie, potem idę na spacer, czasem czytam, czasem szyję. Mam kilka nowych znajomych z kursu, z którymi spotykam się co jakiś czas – bez wielkich planów, po prostu, żeby pobyć. Nie wszystko się poukładało. Czasem dopada mnie pustka, czasem lęk, czy to wszystko ma sens. Ale coraz częściej czuję spokój. Nie muszę się nikomu tłumaczyć, nie muszę się spieszyć. Uczę się życia od nowa – prostego, własnego.
Szycie stało się moim azylem. Kiedy siadam przy maszynie, cały świat milknie. Liczy się tylko ścieg, tkanina i moje dłonie. Nauczyłam się patrzeć na siebie bez wstydu. I bez czekania, aż ktoś powie: „Dobra robota”. Teraz wystarczy, że ja to wiem. Pewnego wieczoru, szyjąc bluzkę z resztek materiału, zatrzymałam się na chwilę. Słuchałam dźwięku igły, cichego, rytmicznego. I wtedy to poczułam – byłam tu. Nie jako czyjaś żona, nie jako matka, nie jako czyjeś tło. Po prostu ja. Nie uszyłam tej sukienki, by się komuś podobać. Uszyłam ją, by znów być sobą.
Monika, 44 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Szkolny zjazd po latach był dla mnie jak powrót do przeszłości. Nie sądziłam, że wywróci moje życie do góry nogami”
- „Na wakacjach we Włoszech przystojny rybak złowił mnie na piękne słówka. Gdy chciałam czegoś więcej, nabrał wody w usta”
- „Przystojny muzyk poruszył we mnie najczulsze struny. Tańczyłam, jak mi zagrał, a on kłamał jak z nut”