Reklama

Nigdy nie byłam jedną z tych kobiet, które piszczą z radości na widok dzieci, ale gdy urodziłam bliźniaki, coś się we mnie przestawiło. Może to hormony, może postanowienie, że trzeba dać z siebie wszystko. Jedno było pewne – pokochałam je do szaleństwa. I wtedy też wkroczyła ona – teściowa. Wydawało się, że będzie naszym zbawieniem. Przynosiła obiadki, zabierała maluchy na krótkie spacery, czasem nawet robiła pranie.

W sumie nie prosiłam o wiele – tylko żeby była obecna. Jednak głównie siedziała z nosem w telefonie. Palec wskazujący pracował jak szalony – przewijała, klikała, czasem podśmiewała się pod nosem. Raz nawet wybuchnęła śmiechem, kiedy próbowałam po cichu ululać jednego z chłopców do snu. Tłumaczyła się później, że to jakiś filmik, ale ja miałam już wtedy dość. Wiedziałam, że coś ją absorbuje bardziej niż własne wnuki. I choć długo zaciskałam zęby, w końcu ciekawość – i frustracja – wygrały. I dowiedziałam się więcej, niż chciałam. O wiele więcej.

Spojrzałam na nią osłupiała

– Mamo, możesz mi pomóc podać pieluchy? – zawołałam z pokoju, walcząc jedną ręką z przewijakiem, a drugą z rozbrykanym Filipkiem.

– Już, już... – odparła cicho teściowa, ale nie ruszyła się z kanapy.

Spojrzałam przez ramię. Siedziała w dokładnie tej samej pozycji jak dziesięć minut wcześniej – z nosem w telefonie, a palec śmigał w górę po ekranie jak zaczarowany. P

– Mamo, halo? Dziecko mi się tu pręży jak opętane, zaraz się obsika, a ty znowu na tym telefonie! – nie wytrzymałam.

– Przecież już idę – powiedziała urażona, ale nie odłożyła urządzenia. Wstała z nim w dłoni, nawet nie patrząc na mnie, podeszła do komody, wzięła pieluchy i wręczyła mi je bez słowa, jakby robiła mi łaskę.

– Co ty tam w ogóle ciągle przeglądasz? – spytałam, bardziej zirytowana niż ciekawa.

– Och, tak sobie... różne rzeczy. Wiesz, grupy dla emerytek, trochę ogłoszeń... – wymamrotała, wciskając telefon do kieszeni kardiganu. – I tak się nic nie dzieje. Te wasze dzieciaki i tak mają mnie gdzieś. Tylko płaczą i robią w pieluchy.

Spojrzałam na nią osłupiała. Jak to „mają ją gdzieś”? Przecież przyszła do nas właśnie dla nich.

– To może, skoro tak uważasz, nie przychodź wcale – rzuciłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.

Zamilkła. Po raz pierwszy oderwała wzrok od telefonu. Popatrzyła na mnie długo, z lekkim politowaniem. A potem... po prostu wyszła do kuchni, jakby nic się nie stało.

Miałam nosa do takich rzeczy

Przez kolejne dni teściowa przychodziła jak zwykle. Przynosiła rosół, siedziała chwilę z chłopcami, pogłaskała ich po główkach – i znów znikała w telefonie. Próbowałam to ignorować, tłumaczyć sobie, że starsi ludzie też mają prawo do chwili relaksu. Jednak nie dawało mi to spokoju. Zwłaszcza że zaczęła się dziwnie zachowywać.

– Mamo, mogłabyś popilnować maluchów w sobotę wieczorem? Chcielibyśmy z Michałem wyskoczyć na zakupy – zapytałam z nadzieją.

– Och... w sobotę... – zaczęła, zerkając nerwowo na telefon. – Chyba nie dam rady. Mam coś zaplanowane.

– Co takiego? – zdziwiłam się.

– Spotkanie z koleżankami.

Podniosłam brew.

– Z którymi? Z tych od ogłoszeń?

No nie bądź złośliwa – ucięła szybko. – Każdy potrzebuje trochę życia towarzyskiego.

– Oczywiście. Po prostu... mam wrażenie, że ostatnio masz go trochę za dużo, jak na kogoś, kto jeszcze niedawno mówił, że do ludzi mu nie po drodze.

– Człowiek się zmienia – odpowiedziała spokojnie, ale nie patrzyła mi w oczy. – A wy powinniście cieszyć się, że nie siedzę wam ciągle na głowie.

I wtedy to poczułam. Ten znajomy dreszcz na karku, który miałam zawsze, gdy ktoś coś przede mną ukrywał. A ja miałam nosa do takich rzeczy.

– Mamo, ty coś kręcisz, prawda?

Wzruszyła ramionami.

– Oj, dziecko... zajmij się lepiej własnym mężem. Albo dziećmi. Ja sobie poradzę.

Przyłapałam ją

Zaczęłam obserwować teściową. Nie w sposób nachalny – raczej z boku, kątem oka. Zauważyłam, że telefon nosiła wszędzie ze sobą. Nawet do łazienki. Gdy tylko dostawała powiadomienie, jej twarz przybierała ten sam wyraz: niby obojętność, ale w kącikach ust czaił się uśmiech. Pewnego popołudnia, kiedy chłopcy wreszcie zasnęli, a teściowa została w kuchni „tylko na chwilkę”, jej telefon zawibrował na stole w salonie. Spojrzałam na wyświetlacz. Nowa wiadomość: „Już tęsknię, kotku”.

– Kotku, tak? – mruknęłam pod nosem.

Co tam mruczysz? – zawołała z kuchni.

– Nic, tylko... właśnie mi się przypomniało, że kwiatki trzeba podlać – odpowiedziałam szybko, odkładając telefon z powrotem na miejsce.

Kiedy wróciła, siedziałam z założonymi rękami.

– Mamo, kto to jest ten... facet?

Zamarła.

– Zbyszek... – zaczęła przeciągle. – Znajomy. Z grupy ogrodniczej. Wymieniamy się zdjęciami tulipanów. I przepisami na nawóz z pokrzyw.

– A „kotku” to taka forma grzecznościowa?

Westchnęła, usiadła ciężko w fotelu i opuściła wzrok.

– No dobrze. Może... trochę się zapędziłam. To tylko taka przyjaźń. Internetowa. Rozmawiamy. Tylko tyle.

– Tylko tyle?

Podniosła wzrok. Tym razem bez udawania.

– Może ja też chcę mieć coś swojego. Choć odrobinę radości.

No pięknie. Teściowa zakochana. I to w jakimś Zbyszku.

Nie mogłam tak tego zostawić

– Handluje autami?! – powtórzyłam, nie wierząc w to, co usłyszałam. – Czyli twoja mama romansuje z gościem z komisu? Przecież mówiła, że poznali się w grupie ogrodniczej!

Znam go. Pracowaliśmy razem kilka lat. Miał kiedyś działkę, ale ją sprzedał.

– No pięknie – jęknęłam. – A ona myśli, że rozmawia z duszą romantyka, który hoduje róże i marzy o domku z werandą.

– A Zbyszek marzy o nowej skodzie i klientce, którą da się wkręcić – dodał Michał z przekąsem.

Nie mogłam tak tego zostawić. Wiedziałam, że mama Michała wplątała się w coś, czego kompletnie nie ogarnia. Następnego dnia, gdy przyszła, próbowałam wybadać teren.

– Mamo, a Zbyszek nie proponował ci, żebyś w coś zainwestowała? Wiesz… jakieś wspólne interesy?

– Nie! – odpowiedziała zbyt szybko. – No, to znaczy… może tak coś wspominał o jakimś samochodzie, ale to pewnie był żart. Poza tym on mi przysyła takie cudowne wierszyki...

Michał już nie wytrzymał.

– Mamo, ten twój Zbyszek to mój kolega z roboty. Handlarz samochodów, nie żaden ogrodnik. On cię okłamuje, rozumiesz?

Zamarła, a jej twarz pobladła.

– Ale on mówił, że mnie kocha…

– On każdej tak mówi, jak ma zamiar jej coś wcisnąć. I to niekoniecznie tulipany.

Teściowa spojrzała na nas, potem na telefon. I bez słowa… usiadła na sofie, odkładając go ekranem do dołu.

Zrobiło mi się głupio

Siedzieliśmy w trójkę przy stole. Ja, Michał i jego mama, która wyglądała, jakby właśnie dowiedziała się, że święty Mikołaj nie istnieje. W dłoni wciąż ściskała telefon, jakby czekała, że zaraz wyświetli się wiadomość, która wszystko odczaruje.

– Mamo – odezwał się Michał łagodniej. – Nie chcieliśmy cię zranić, ale naprawdę… ten facet nie miał wobec ciebie dobrych intencji.

– Ale ja nie jestem głupia – powiedziała cicho. – Nic mu nie wysłałam, nie dałam numeru konta, nie pożyczyłam pieniędzy… Przecież jestem ostrożna. Wiedziałam, że może być różnie.

– A mimo to rozważałaś wspólny zakup auta – wtrąciłam, nieco zbyt ostro.

Zamilkła. Spojrzała na mnie z lekkim wyrzutem, ale nie zaprzeczyła.

– Może... chciałam poczuć się jeszcze potrzebna. Może po prostu… zauważona – powiedziała cicho. – Wszyscy traktują mnie jak starą babcię do pilnowania dzieci. A ja mam serce. I jeszcze czuję.

Zrobiło mi się głupio.

– Wiem, mamo. I wcale nie chcemy, żebyś była tylko „do dzieci”. Jednak jeśli chcesz być częścią naszego życia, to bądź w nim naprawdę. Nie tylko z telefonem w dłoni.

Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się smutno.

– Może czas usunąć aplikację...

– Albo przynajmniej Zbyszka ze swojego życia – rzucił Michał i wszyscy się zaśmialiśmy.

Od tamtej pory teściowa przychodziła rzadziej. Jednak gdy już była – była naprawdę. Obecna, skupiona. Czasem nawet śmiała się z chłopcami. A telefon... leżał na kuchennym blacie. Ekranem do dołu.

Anna, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama