„Zamiast do sanatorium, pojechałam z wnukami na ferie do podrzędnego pensjonatu. Żałowałam już po godzinie”
„Zacisnęłam zęby. To był dopiero pierwszy dzień. Tydzień z nimi zapowiadał się jak turnus w wesołym miasteczku – tylko że bez strefy ciszy”.

- Redakcja
Wyjazd do sanatorium planowałam od trzech lat. Odkładałam to w nieskończoność – raz syn nie mógł mnie zawieźć, raz termin się pokrywał z kontrolą u ortopedy, a ostatnio to zwyczajnie zapomniałam, że trzeba potwierdzić przyjazd. Za każdym razem obiecywałam sobie, że następnym razem się uda. Tym razem miałam wszystko dopięte – skierowanie w torebce, walizka prawie spakowana, nawet nowy szlafrok kupiłam. Miał być różowy, ale wzięłam granatowy, żeby nie było zbyt „dziewczęco”. Przecież nie jechałam tam na wybory miss. Raczej na porządne wymoczenie kości i odpoczynek od codziennej rutyny. Tak przynajmniej sądziłam. I wtedy zadzwoniła córka. I to był ten moment, kiedy wszystkie plany wzięły w łeb.
Serce mi zmiękło
Telefon zadzwonił tuż po mojej ulubionej telenoweli. Zegar na kuchence pokazywał 20:07, czyli pora, kiedy zwykle biorę się za zmywanie. Zerknęłam na wyświetlacz. Córka.
– Mamo, masz już wszystko spakowane? – usłyszałam w słuchawce.
– No pewnie – pochwaliłam się. – Nawet te buty, co mi dałaś na imieniny, te z zamkiem z boku. Będą w sam raz na spacery po deptaku.
– Bo widzisz… – zawahała się – sytuacja się trochę skomplikowała.
– Oho – mruknęłam i przysiadłam na krześle. – Mów.
– Ja i Michał… no… dostaliśmy taki projekt do zamknięcia, a dzieci mają ferie. I myśleliśmy, czy może…
– Nie – powiedziałam od razu.
– Mamo, nawet nie wiesz, o co chcę cię poprosić!
– Wiem. I mówię: nie. Jadę do sanatorium. Rezerwację mam. Torby spakowane. Nawet w aptece kupiłam sobie odmładzające maseczki.
– To tylko tydzień. Siedem dni! Dzieci są grzeczne. Wezmą tablety, będą cię słuchać, przysięgam!
Westchnęłam. Przysięga córki była warta tyle, co zeszłoroczny śnieg. Jej dzieci grzeczne? Może na pocztówce.
– Niech Michał weźmie urlop.
– On nie może, mamo! Przecież właśnie mówiłam, że mamy kryzys w pracy!
– A ja mam kryzys w krzyżu – burknęłam, ale już wiedziałam, że przepadłam.
Córka umiała prosić tak, że człowiek czuł się winny, że w ogóle oddycha. I chociaż wiedziałam, że ferie z wnukami to nie to samo co solanka i borowina, to serce mi zmiękło. Jeszcze o tym pożałuję – pomyślałam. I miałam rację.
Byłam zła
Pierwszy dzień zaczął się jak horror klasy B. Zanim jeszcze zdążyli wejść do pensjonatu, usłyszałam trzaśnięcie drzwiami, stukot walizki i krzyk:
– Babciu, a jest tu Wi-Fi?! – to był Kuba, starszy. Lat jedenaście i pół, jak sam podkreślał.
– Najpierw dzień dobry by się przydało – mruknęłam, stając w progu kuchni.
– Dzień dobry! – rzuciła Zosia, młodsza, z różowym plecakiem i włosami w totalnym nieładzie. – Babciu, masz może coś słodkiego?
– Mam ciasto drożdżowe. Upiekłam rano.
– A nie masz czekolady? – skrzywiła się.
– To może od razu zapytacie, gdzie jest konsola, pilot i lodówka z colą? – rzuciłam ironicznie.
– O, konsola byłaby super – ucieszył się Kuba, siadając już na kanapie i odpalając tablet.
Zosia dołączyła do niego, a ja poczułam, jak opada mi powieka. Z sanatorium miałabym teraz masaż limfatyczny. A tutaj – maraton filmowy i stado okruszków na kanapie.
– To może byście tak… rozpakowali się? – rzuciłam ostrożnie.
– Po co? Będziemy spać w ubraniach – odparła Zosia i sięgnęła po kolejną mandarynkę. Skórka poleciała prosto na dywan.
Zacisnęłam zęby. To był dopiero pierwszy dzień. Tydzień z nimi zapowiadał się jak turnus w wesołym miasteczku – tylko że bez strefy ciszy.
Chciałam postawić na swoim
Drugiego dnia już wiedziałam, że muszę opracować plan. Albo one mnie wykończą, albo ja je. Po śniadaniu stanęłam przed nimi z rękami na biodrach.
– No dobra, dzieciaki. Koniec obijania się. Idziemy na spacer.
– Babciu, ale jest zimno! – jęknęła Zosia.
– Nie marudź. Zakładasz czapkę i rękawiczki. Nie idziemy.
– Babciu, a dokąd ten spacer? – spytał Kuba podejrzliwie, nie odrywając wzroku od ekranu.
– Na sanki.
– Nie mamy sanek.
– Możemy wypożyczyć. Dwie pary. I jabłuszka. I bierzemy też termos z herbatą.
– Babciu, ty chyba za bardzo się wczułaś – mruknął pod nosem Kuba, ale wstał.
W drodze na górkę zorientowałam się, że ostatni raz ciągnęłam sanki jakieś dwadzieścia lat temu. Może i było mi wtedy bliżej do czterdziestki, ale przecież nie mogłam się dać pokonać dwójce chuderlaków.
– Uważaj, babciu, nie przewróć się! – zaśmiała się Zosia, widząc, jak z trudem wdrapuję się na zaspę.
– Jeszcze ci pokażę, co znaczy styl zjazdu klasycznego – burknęłam i… przewróciłam się prosto na plecy.
– Babciu, żyjesz?! – wrzasnął Kuba.
– Jeszcze tak… ale mogło być różnie – wycharczałam, próbując się podnieść.
A potem… było już tylko lepiej. Dzieci przestały się krzywić, a zaczęły się śmiać. Nawet Zosia stwierdziła, że herbata z termosu „pachnie jak w bajce”. I nagle poczułam, że może to jednak nie taka zła zamiana – borowina za sanki, cisza za chichoty. Może nawet warto się trochę poobijać.
Zaskoczyli mnie
Czwartego dnia weszliśmy w tryb domowy – gry planszowe, kakao i wieczorne bajki. Niby sielanka, ale ja znałam ten typ spokoju. To była cisza przed burzą.
– Babciu, a mogę dziś sama zrobić kolację? – zapytała Zosia.
– A co chcesz robić? – odwróciłam się z niepokojem.
– Kanapki. Z dżemem. I z serkiem. I z ogórkiem. Razem.
– Zosiu… to nie brzmi jak kanapka, tylko jak kulinarna prowokacja – westchnęłam.
– No proszę! Będziemy się bawić w restaurację. Ja jestem szefową kuchni, a Kuba kelnerem!
– A czemu ja mam być kelnerem? – oburzył się Kuba zza laptopa.
– Bo masz długie ręce. I nie umiesz kroić ogórka – odbiła piłeczkę Zosia.
Zanim zdążyłam zareagować, zaczęło się.
– Babciu, mamy gotowe menu! – Zosia wręczyła mi kartkę z bazgrołami. – Danie główne: kanapka niespodzianka.
– Niespodzianka już była. W postaci tłustej plamy na obrusie – wymamrotałam.
Usiedliśmy do stołu. Przed sobą miałam chleb z dżemem i odrobiną keczupu.
– Zosia, kochanie… co to ma być?
– Nowoczesna kuchnia! Takie coś było w programie kulinarnym!
Spojrzałam na Kubę. On miał wafla posmarowanego kremem czekoladowym z kabanosem.
– Babciu, ratuj – wyszeptał.
Nie wiem, co mnie podkusiło, ale spróbowałam. Chwilę później śmialiśmy się wszyscy, aż do bólu brzucha. I wtedy pomyślałam, że może nie potrzebuję sanatorium, żeby się odmłodzić. Wystarczy kanapka od wnusi i trochę bałaganu.
Zmieniłam zasady gry
Piątego dnia zaczęłam rozumieć, że ferie z wnukami to nie jest odpoczynek. To trening przetrwania. Tego ranka Zosia obudziła mnie o szóstej.
– Babciu, a możemy dziś zrobić teatrzyk?
– O szóstej rano?
– Bo mam super pomysł, a potem mogę zapomnieć!
Z jękiem wstałam z łóżka i usiadłam przy stole, a Zosia już rozkładała pacynki, które zrobiłyśmy dzień wcześniej.
– Będziesz wróżką – oznajmiła mi. – Kuba gra króla, a ja jestem jednorożcem.
– A może by tak najpierw śniadanie? – zaproponowałam nieśmiało.
– Nie ma czasu! Publiczność czeka!
Publiczność składała się z trzech misiów i jednej lalki Barbie. Kuba wstał z włosami sterczącymi we wszystkie strony.
– Babciu, ty to masz cierpliwość – mruknął, siadając obok mnie. – Mama by już trzy razy krzyczała.
Zerknęłam na niego z zaskoczeniem.
– A tęsknisz za nią?
Wzruszył ramionami.
– Trochę, ale bardziej za swoim pokojem.
Zrozumiałam, że jemu też nie jest lekko. Dorastał. Potrzebował swojej przestrzeni, nie teatrzyków i kanapek z dżemem i ogórkiem.
– Wiesz co, Kuba? Zróbmy tak. Dziś wieczorem ty wybierasz film. A Zosia nie protestuje.
– A co z bajką? – spytała oburzona mała.
– Dziś Kuba ma głos decydujący – ucięłam.
Wieczorem oglądaliśmy razem film, którego nie rozumiałam. Jakaś kosmiczna intryga, strzelaniny i dziwne dialogi. Kuba był wniebowzięty. Zosia w połowie zasnęła. A ja? Ja poczułam się jak babcia z prawdziwego zdarzenia. I pierwszy raz od początku tygodnia pomyślałam: może i dobrze, że to nie był turnus z borowiną.
Byłam zadowolona
Ostatniego dnia podali nam naleśniki. Porządne, na mleku i maślance, jak mnie uczyła mama.
– Babciu, szkoda, że już jutro wracamy.
– Szkoda. Przyznam, że trochę się bałam tego tygodnia… – zaczęłam, przewracając naleśnika na patelni.
– Bałaś się nas? – Zosia zrobiła wielkie oczy.
– Nie was. Tego, że nie dam rady. Że będę za stara na ferie.
– Babciu! Ty jesteś najlepsza! Nawet zjeżdżałaś z górki i robiłaś teatrzyk!
W tym momencie w drzwiach stanął Kuba, z rozczochranymi włosami i tabletem pod pachą.
– Babciu, jakby co, to… możesz nas jeszcze kiedyś zabrać na ferie. Może za rok?
Zaśmiałam się.
– Za rok to ja naprawdę pojadę do sanatorium. I zamknę się w borowinie na siedem dni.
– To my tam z tobą! – zawołała Zosia. – I zrobimy teatrzyk dla kuracjuszy!
– A ja zapuszczę brodę i będę tam robił za szamana – dorzucił Kuba.
Śmialiśmy się wszyscy. A potem przyjechała po nas córka. Wpadła zdyszana, z komórką w jednej ręce i siatką z marketu w drugiej.
– Mamo, ja cię przepraszam. Na pewno było ci ciężko.
Spojrzałam na dzieci.
– Ciężko? To była najlepsza regeneracja, jaką mogłam sobie wymarzyć.
I choć wszystko mnie bolało, a plecy prosiły o leżenie, to serce było zadowolone jak nigdy.
Barbara, 67 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wybaczyłam mężowi skok w bok, bo myślałam, że żałuje. A przyjaciółka mnie ostrzegała: zdradził raz, zdradzi i drugi”
- „Myślałam, że moja zimowa randka okaże się totalną klapą. Jednak miłość spadła na mnie delikatnie niczym płatki śniegu”
- „Córka pamięta o mnie tylko wtedy, gdy jest u niej krucho z kasą. Powiedziałam dość i zakręciłam kurek z pieniędzmi”