„Zamiast odpoczywać w Trzech Króli, musiałam opiekować się wnukami. Mam wielki żal do córki, że ma w nosie moje zdanie”
„Nie chodzi o to, że nie kocham swoich wnuków. Kocham. Tylko że nikt nie zapytał, czy chcę ich akurat wtedy u siebie. Zostałam postawiona pod ścianą, jakbym nie miała własnych planów, potrzeb, życia”.

- Redakcja
W moim wieku człowiek już naprawdę ceni sobie święty spokój. Z herbatą w filiżance, kocem na nogach i ciszą w mieszkaniu, którą przerywa co najwyżej tykanie zegara. Takie miałam plany na Trzech Króli. Wcześniej, przez całe lata, byłam na każde skinienie – dla dzieci, dla męża, dla sąsiadki, co zemdlała w autobusie. Teraz gdy mogłam w końcu powiedzieć „nie”, to nie zdążyłam. Bo znów ktoś zdecydował za mnie. Nie chodzi o to, że nie kocham swoich wnuków. Kocham. Tylko że nikt nie zapytał, czy chcę ich akurat wtedy u siebie. Zostałam postawiona pod ścianą, jakbym nie miała własnych planów, potrzeb, życia. Może to drobnostka – jeden dzień. Może dla mojej córki to tylko „mamo, ratuj, bo nie mamy z kim zostawić dzieci”. Tylko że z takich drobnostek składa się całe życie. I z takich drobnostek bierze się żal.
Nie miałam wyjścia
– Mamo, tylko na jeden dzień, przysięgam – powiedziała przez telefon moja córka tonem tak słodkim, że aż mnie zemdliło.
Stałam wtedy przy oknie z kubkiem gorącej herbaty, wpatrzona w ludzi wracających z kościoła.
– I ty naprawdę myślisz, że nie mam żadnych planów? – zapytałam sucho.
– No coś ty, mamo, przecież wiem, że masz… To tylko dzieciaki. Przyniosę im wszystko, zabawki, jedzenie, nawet tablet. Tylko posiedzisz z nimi. Dwa, trzy filmy, dzień z głowy.
– A ja? Moje plany i potrzeby...
– Oj, nie dramatyzuj. Wnuki cię kochają. A ja naprawdę nie mam wyjścia. Obiecaliśmy z Krzyśkiem, że pojedziemy do jego matki pomóc w sprzątaniu grobów. Sama rozumiesz…
– Nie, nie rozumiem. Bo ja to niby kto jestem? Darmowa opiekunka? Z rezerwacją na każde twoje „ratunku”?
Zapadła cisza. Taka, co ciąży jak mokry ręcznik na plecach.
– Mamo… nie zaczynaj znowu. I tak już powiedziałam Krzyśkowi, że przywiozę dzieci do ciebie.
– A co by było, jakbym ci powiedziała, że nie mogę?
– Serio? W Trzech Króli? Przestań. Będziesz miała z nimi fajny dzień.
– Fajny? Fajny to miał być dzień z moją książką i sernikiem. A nie z klockami na dywanie i płaczem o baterie do pilota.
– Mamo, błagam. Jakoś ci to wynagrodzę. Dobrze?
– Jasne – mruknęłam. – Jak zawsze.
Po prostu się rozłączyła. Nawet nie czekała na zgodę.
Miałam dość
– Babciu, a możemy włączyć bajki?! – ryknął młodszy, ledwo zdjął buty. Nawet kurtki nie odwiesił, tylko rzucił na podłogę jak worek ziemniaków.
– Spokojnie, najpierw idźcie umyć ręce – powiedziałam, starając się nie warczeć. – I buty ustawcie, bo się zabiję o to wasze obuwie.
– Mamo, jedzenie masz w reklamówce, wszystko opisane – rzuciła córka, już w drodze do drzwi. – A jakby co, tablet się ładuje, hasło jest już ustawione.
– A do sumienia macie jakieś hasło? – zapytałam, krzyżując ramiona.
Spojrzała na mnie i już była jedną nogą na klatce.
– No weź… Nie rób scen. Przecież ci mówiłam. Pilne spotkanie rodzinne. Jednodniowe. Wracamy wieczorem.
– Tylko nie mów mi potem, że się przedłużyło, że zostaną na noc, bo Krzysiowi zachciało się pić z twoim ojcem domowej nalewki.
– Mamo, naprawdę. Będziemy punktualnie. Buziaki, pa!
Drzwi trzasnęły. Zostałam sama z dwójką dzieci, górą toreb i jednym wielkim pytaniem „dlaczego ja?”.
– Babciu, jesteśmy głodni – jęknęła starsza.
– A ja chcę chipsy! – dodał młodszy, siadając na moim ulubionym fotelu.
– To najpierw porządek, potem jedzenie. A potem... ech, potem zobaczymy.
Zerknęłam na zegarek. Dziesiąta dwadzieścia trzy. Cudownie. Do wieczora jeszcze jakieś... dziesięć godzin i czterdzieści minut.
Przewróciłam oczami
– Babciu, a masz kakao? – zapytała wnuczka, wspinając się na palce i zaglądając do szafki z herbatami.
– Mam, ale czy ja wyglądam na kelnerkę?
– Co to znaczy? – dopytywał chłopiec, już z nosem w torbie z jedzeniem. – Mogę batona?
– Możesz usiąść na krześle jak człowiek i poczekać, aż ja znajdę kubki. A baton... o batonie to sobie pogadamy po obiedzie.
– Mamo mi pozwala – burknął pod nosem.
– No i świetnie. Mamy różne ustroje. Tu jest monarchia, a ja jestem królową. Więc batona nie będzie. Przynajmniej na razie.
Pokiwał głową, ale wzrokiem już kombinował, jak się dobrać do reklamówki. Przewróciłam oczami. Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam grzać mleko. Na zegarku dziesiąta czterdzieści.
– A co to za zupa w tym pudełku? – spytała wnuczka, podnosząc plastikowe wieczko.
– Nie wiem. Pewnie jakaś wegański wymysł twojej matki. Jakieś soczewice, komosy i inne nowoczesne wynalazki.
– Fuj... – skrzywił się chłopiec.
– Ja też wolałabym pomidorową z makaronem – przyznała dziewczynka.
– To pogadamy z waszą mamą, jak wróci. Może ją wrzucimy do tej zupy, co?
Dzieci się zaśmiały, a ja po raz pierwszy się uśmiechnęłam.
– Babciu, a możemy potem ulepić coś z plasteliny? – spytała wnuczka.
– Możemy, tylko nie na moim dywanie. Jak znajdę brokat w szczelinie parkietu, to jeszcze mnie popamiętacie.
– A możemy zrobić teatrzyk?
– Zróbcie nawet operę. Byle nie skakaliście mi po kanapie.
W głowie miałam jedno: przetrwać do wieczora. Bez strat w ludziach i meblach.
Na chwilę zapomniałam o żalu
– Babciu, a możesz być królową złych wróżek? – zapytała wnuczka, wciskając mi na głowę opaskę z cekinami.
– A nie mogę być królową, która po prostu siedzi w spokoju i pije herbatę?
– Nie! – krzyknęły chórem.
– No dobra – westchnęłam teatralnie.
Rozstawili koce, poduszki, nawet firankę zdjęli, żeby zrobić kurtynę. W międzyczasie przypaliłam mleko. Zamiast kakao zrobiłam herbatę. Dzieci były tak zajęte dekoracją sceny, że nawet nie zauważyły.
– A teraz wchodzisz, babciu, i mówisz: „Ja, królowa ciemności, rzucam czar!” – komenderowała wnuczka.
– Serio? W tym wieku mam jeszcze kogoś czarować? Może rzucę zaklęcie „wszystko posprzątane”, co?
– Nie! – jęknęli. – Musisz rzucić czar na księcia!
Księciem oczywiście był wnuk.
– Rzucam czar! – zakrzyknęłam z przesadnym entuzjazmem. – Niech ten chłopak zacznie sprzątać po sobie i nie jęczy o tablet!
– Babciu, wszystko psujesz! – jęknął chłopiec, ściągając z głowy papierową koronę.
– Dziecko, to nie ja. To życie.
Roześmiali się. A ja się roześmiałam z nimi. Na chwilę zapomniałam o żalu, ale tylko na chwilę.
Załamałam się
Zegar wskazywał szesnastą czterdzieści pięć. Odliczałam. Jeszcze jakieś dwie godziny. Może dwie i pół, znając „punktualność” mojej córki. Dzieci w końcu się zmęczyły. Leżały teraz na dywanie, wtulone w siebie, jedno chrapało, drugie ciamkało palec. Siedziałam na fotelu, gapiąc się na to, co zostało z teatrzyku i plastelinowego potwora na środku stołu. W domu panował względny spokój. Do czasu, aż zadzwonił telefon.
– Mamo, hej! – córka brzmiała beztrosko. – Mała zmiana planów. Krzysiek się rozłożył. Jego mama też. No i dzieci zostaną u ciebie na noc. Mam nadzieję, że nie problem?
Przez chwilę nie odpowiedziałam. Chyba musiałam się upewnić, że to nie halucynacja.
– Czy ty mnie w ogóle słyszysz? – spytała, jakby mówiła do nieprzytomnej.
– Słyszę, niestety. I chyba ty nie słyszysz siebie. Zostają na noc? A ty po prostu o tym informujesz?
– Mamo, tylko się nie denerwuj. Jesteś przecież babcią. Masz doświadczenie. Wszystko ogarniesz. Rano przyjadę.
– A ja? Ja się ogarnę?
– Oj, mamo... Przecież dajesz radę. Sama mówiłaś kiedyś, że dzieci cię odmładzają!
– No tak. Najpierw człowiek schodzi na zawał, a potem czuje się jak dwudziestolatka po trzech kawach i nieprzespanej nocy. Cudownie odmładzające.
– Mamo, naprawdę nie mamy wyjścia. To tylko jedna noc.
Rozłączyła się. Spojrzałam na wnuki. Spały słodko, niewinnie, jak dwa aniołki. I nie mieli pojęcia, że ich babcia właśnie rozważała ucieczkę do klasztoru.
Powiedziałam jej prawdę
O piątej rano młodszy obudził się z krzykiem, bo śniły mu się potwory. O szóstej oboje uznali, że to doskonały moment na śniadanie.
– Babciu, masz coś słodkiego? – zapytał chłopiec z miną, jakby cały świat kręcił się wokół jego żołądka.
– Tak. Słodki sen, w którym spałabym jeszcze trzy godziny – odpowiedziałam, zwlekając się z łóżka jak po bitwie.
– Mogę herbatę z cukrem? – zapytała wnuczka, jakby właśnie zamierzała negocjować pokój między dwiema zwaśnionymi krainami.
– Możesz. I proszę bardzo, talerzyk. Herbata. Chleb z masłem. Ekspresowe śniadanie mistrzów.
O dziewiątej wparowała moja córka. W różowej czapce i uśmiechem, jakby właśnie wracała z urlopu życia.
– Widzę, że było fajnie! Dzieci są zachwycone! – rzuciła entuzjastycznie, całując każdego w czoło.
– No pewnie – odpowiedziałam z wymuszonym uśmiechem. – Tylko jeden upadek, dwie kłótnie i zero zniszczonych mebli. Sukces, nie?
– Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć. Jesteś niezastąpiona – powiedziała, zbierając dzieci i rzeczy.
– Wcale nie. Tylko nikt nie próbuje mnie zastąpić, bo wygodnie mieć pod ręką kogoś „niezastąpionego”.
Popatrzyła na mnie zaskoczona.
– Wiesz, mamo… Masz rację. Przepraszam.
Nie odpowiedziałam. Miałam jednak nadzieję, że może pierwszy raz naprawdę usłyszała, co mówię.
Halina, 76 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wybaczyłam mężowi skok w bok, bo myślałam, że żałuje. A przyjaciółka mnie ostrzegała: zdradził raz, zdradzi i drugi”
- „Myślałam, że moja zimowa randka okaże się totalną klapą. Jednak miłość spadła na mnie delikatnie niczym płatki śniegu”
- „Córka pamięta o mnie tylko wtedy, gdy jest u niej krucho z kasą. Powiedziałam dość i zakręciłam kurek z pieniędzmi”