Reklama

Od ponad dekady pracuję w tej samej korporacji. Każdy dzień wygląda tak samo: poranna kawa, Excel, spotkania, wieczorne nadgodziny. Niby nic nadzwyczajnego, ale po cichu czekałam. Na awans. Na to, że ktoś w końcu mnie zauważy, że przestanę być tą niezauważalną „od zadań specjalnych”. Tomek wspominał o tym kilka razy, ale nigdy nie dochodziło do konkretów. Ostatnie miesiące były moimi najlepszymi w karierze, więc odważyłam się mieć nadzieję. Choć gdzieś z tyłu głowy wciąż czaił się strach, że znów się zawiodę.

Reklama

Nie mogłam uwierzyć

Obudziłam się wcześniej niż zwykle. Może przez nerwy, a może przez ten dziwny sen, w którym Tomek gratulował mi awansu. Sięgnęłam po telefon, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. I wtedy zobaczyłam to. „Gratulacje! Z dniem dzisiejszym obejmujesz stanowisko kierowniczki zespołu. Zasłużyłaś”. Nadawcą był Tomek. Zrobiło mi się gorąco. Dłońmi trzymałam telefon, jakby ważył tonę. Odczytałam wiadomość raz. Potem drugi. I trzeci. Serce waliło mi w piersi jak oszalałe.

Zadzwoniłam do mamy. Nie odebrała. Spróbowałam jeszcze raz. I jeszcze. Dopiero za czwartym razem usłyszałam jej zaspany głos.

– Mamo, udało się! Dostałam awans! – wyrzuciłam z siebie, niemal krzycząc.

– Co ty mówisz, dziecko? Naprawdę? – jej głos natychmiast się ożywił. – Wiedziałam, że kiedyś cię docenią. A mówiłaś, że już nie masz nadziei.

Zaczęłyśmy obie ocierać łzy z oczu, choć żadna tego głośno nie przyznała. Potem od razu zadzwoniłam do Pauliny.

– Nie wierzę. Po tylu latach. W końcu! – mówiłam, a ona piszczała do słuchawki i krzyczała, że musi kupić wino.

Chodziłam po mieszkaniu jak we śnie. Uśmiechałam się do siebie. Myślałam o nowym biurze, o podwyżce, o tym, że już nikt nie będzie traktował mnie jak asystentki do wszystkiego. Może wreszcie przestanę być tą, co robi najwięcej, a ma najmniej. Może w końcu się zacznie coś dobrego.

Zrobili mi prima aprilis

W pracy panowała dziwna atmosfera. Rozprężenie. Ktoś przyniósł pączki, ktoś inny porozwieszał na drukarkach kartki z żartami. Zazwyczaj nie przepadam za tymi wygłupami, ale dziś było mi wszystko jedno – czułam się nietykalna.

– Ej, Kinga, widziałaś dzisiejszy kalendarz? – rzucił Marek znad laptopa, z typowym dla siebie uśmieszkiem.

Zerknęłam automatycznie na datę w rogu ekranu. 1 kwietnia. Zamarłam z przerażenia.

– No weź, to tylko żart! Ale widzieć twoją minę – bezcenne – zaśmiała się Anka i zaczęła bić brawo.

Zrobiło mi się zimno. Nie zrozumiałam.

– To... to nie było na serio? – zapytałam cicho, czując, jak drży mi głos.

Marek i Anka parsknęli śmiechem, ale ja nie potrafiłam się przyłączyć. Wstałam. Ruszyłam korytarzem do gabinetu Tomka. Zanim zapukałam, miałam nadzieję – może to tylko ich żart. Może Tomek nie miał z tym nic wspólnego.

– No weź, to dowcip. Ile my się znamy – powiedział. – Ale skoro już mowa o awansie… może porozmawiamy za pół roku.

Nie odpowiedziałam. Wyszłam. Drzwi za mną zamknęły się miękko, ale w moich uszach dźwięczało to jak trzaśnięcie. Przeszłam obok open space’u, nie patrząc na nikogo. Wszystko wokół mnie zbladło, jakby kolory wyparowały. Wewnątrz czułam narastającą ciszę. Ciszę, w której krzyczała we mnie tylko jedna myśl: jak oni mogli? To nie był zwykły żart. To było coś, czego się pragnęło przez lata. A oni mi to dali… i zabrali.

Dla śmiechu.

Zakpili z moich marzeń i życia

Nie odzywałam się przez kilka dni. W pracy mówiłam tylko to, co konieczne. Nie wchodziłam do kuchni, nie odbierałam telefonów. Anka próbowała zagaić, ale udawałam, że mam słuchawki. Marek rzucił raz coś w stylu „bez urazy, to miał być śmieszny żart” – nie odpowiedziałam. Mama dzwoniła. Odrzuciłam połączenie.

W środku czułam się jak wydmuszka. Tak bardzo się starałam. Liczyłam, że chociaż raz coś pójdzie po mojej myśli. A tu – zamiast awansu – kpina. Z mojego życia. Z marzeń, których nie powinnam mieć. Zaczęłam kwestionować wszystko. Po co to wszystko? Te lata nadgodzin, wyrzeczeń, lojalności? Po co, skoro wystarczyło jedno „prima aprilis”, by pokazać mi, gdzie jest moje miejsce?

Nie ufałam już nikomu w biurze. Każde spojrzenie, każdy szept wydawały się podejrzane. Czułam się samotna jak nigdy. I nikomu niepotrzebna. Wróciłam do domu i pierwszy raz od dawna nie włączyłam laptopa. Usunęłam służbową aplikację z telefonu. Chciałam zniknąć.
Choćby na chwilę.

Poczułam się jak żart

W poniedziałek rano poprosiłam Tomka o rozmowę. Bez planu, bez spisanego przemówienia. Po prostu wiedziałam, że muszę coś powiedzieć. Dla siebie.

– Możemy? – zapytałam, stając w progu jego gabinetu.

– Pewnie – odparł, wskazując krzesło.

Usiadłam, złożyłam dłonie na kolanach, żeby nie widział, jak mi drżą.

– Nie chodzi tylko o ten awans – zaczęłam cicho. – Chodzi o szacunek. O to, że przez te wszystkie lata czułam się przez was niewidzialna. A teraz… teraz poczułam się jak żart. Jakby cała moja praca była tylko materiałem do śmiechu.

– Kinga… – westchnął. – Nie wiedziałem, że tak to odbierzesz.

– Dla mnie to nie był żart. Dla mnie to było wszystko – powiedziałam. – I wiesz co? To nie chodzi tylko o nich. Chodzi też o ciebie. Bo mogłeś wtedy powiedzieć: „To bzdura, Kinga. Jesteś ważna. Doceniamy cię”. Ale nie powiedziałeś nic. Tylko „może porozmawiamy za pół roku”.

Tomek milczał. Patrzył gdzieś obok mnie, jakby chciał, żebym już sobie poszła.

– Nie jestem już w stanie pracować, jakby nic się nie stało – dodałam po chwili. – Potrzebuję zmiany. I zamierzam ją sobie zafundować.

– Rozumiem – powiedział. Ani razu nie zapytał, co dalej. Nie zatrzymał mnie. Nawet nie próbował.

Wstałam, a kiedy zamykałam za sobą drzwi, byłam pewna jednego – to koniec. I choć bolało, poczułam też ulgę. Bo wreszcie to ja coś wybrałam.

Dla mnie to był punkt zwrotny

Wieczorem siedziałam na kanapie z laptopem na kolanach. Przez ostatnie lata moje życie kręciło się wokół firmowej skrzynki i deadline’ów, a teraz patrzyłam na puste okienko w edytorze CV. Kursor migał w oczekiwaniu, jakby pytał: „kim teraz jesteś?”. Sama nie umiałam odpowiedzieć. W tle grało cicho radio. W oknie odbijała się moja twarz – zmęczona, ale jakby... spokojniejsza. Przez chwilę obserwowałam własne odbicie, próbując rozpoznać siebie bez tytułów, bez stanowiska, bez zespołu. Czy to jeszcze ja?

Otworzyłam nowy dokument. „Kinga K. – specjalistka ds. zarządzania projektami. 12 lat doświadczenia”. Brzmiało jak ktoś inny. Ale zaczęłam pisać dalej. Punkt po punkcie. Nie wiedziałam, gdzie będę pracować za miesiąc, ale po raz pierwszy nie było we mnie paniki. Wstałam i podeszłam do okna. Miasto tętniło życiem, jakby nic się nie wydarzyło. I rzeczywiście – dla świata to był tylko żart w prima aprilis. Ale dla mnie to był punkt zwrotny. Ten dzień coś mi odebrał, ale też coś dał.

Reklama

Kinga, 32 lata

Reklama
Reklama
Reklama