Październik zawsze miał dla mnie ten sam, specyficzny klimat: wilgotne liście przyklejające się do butów, mgły snujące się nisko nad ziemią i wszechobecny zapach palonej parafiny. Ale to nie pogoda ani nawet świadomość zbliżającego się Święta Zmarłych najbardziej mi się z tym miesiącem kojarzyła. Co roku, odkąd zmarł mój mąż Marek, październik oznaczał dla mnie jedno: cichą, ale bardzo intensywną rywalizację na cmentarzu. Nie z kim innym, tylko z Krystyną, sąsiadką z klatki obok, której mąż leżał dwa groby dalej. Obie zostałyśmy wdowami mniej więcej w tym samym czasie, obie miałyśmy dorosłe dzieci, a nasze życie toczyło się podobnym rytmem. Ale na cmentarzu stawałyśmy się rywalkami. Czasem myślę, że to była jedyna prawdziwa konkurencja, jaką miałam w życiu.
WIDEO…
Czułam, że muszę się postarać
Wszystko zaczynało się niewinnie. Krystyna pojawiała się w połowie października, zjawiała się z małą, elegancką wiązanką z żywych kwiatów, starannie ułożonych, zawsze w modnych barwach sezonu. Ja z kolei, widząc jej kompozycję, czułam, że muszę się postarać – więc kupowałam większą, bogatszą, najlepiej z chryzantemami, które długo się trzymały. Niedługo potem na grobie Zdziśka pojawiał się ogromny znicz w kształcie serca, taki, że cała aleja nie mogła go nie zauważyć. Ja musiałam odpowiedzieć – dwa znicze, najlepiej z wymiennymi wkładami, żeby paliły się przez tydzień bez przerwy. To było trochę jak taka dziwna gra, zamiast pionków stawiałyśmy kolejne ozdoby i znicze, a stawką było poczucie, że pokazujemy odpowiednią pamięć i zaangażowanie.
– Widziałaś, jaką Krystyna kupiła w tym roku kompozycjęz kwiatów? – zapytała mnie pewnego popołudnia Bożena, moja przyjaciółka, z którą często przesiadywałam w kuchni przy kawie.
– Nie widziałam, ale pewnie znów wydała połowę emerytury, żeby udowodnić całej alei, jak bardzo kochała Zdziśka – parsknęłam z lekkim rozdrażnieniem, choć w duchu już szacowałam, ile powinnam wydać, by nie wypaść blado.
– Danusia, a ty ile masz zamiar w tym roku wydać na te wszystkie sztuczne kwiaty i szkło? Przecież to za tydzień i tak wyląduje w kontenerze.
Spojrzałam na nią z ukosa, czując jednocześnie lekkie poczucie winy i bunt. Wiedziałam, że ma rację – cała ta cmentarna otoczka była jak przedstawienie, w którym uczestniczyłam niemal mechanicznie, choć coraz mniej mnie to cieszyło. Ale nie chodziło o rozsądek. Chodziło o pewien rodzaj dumy, może nawet próżności, który nie pozwalał mi odpuścić. Nie chciałam, żeby grób Marka wyglądał przy grobie Zdziśka jak ubogi krewny z prowincji.
Serce waliło mi jak oszalałe
Tamtego wieczoru, po rozmowie z Bożeną, długo nie mogłam zasnąć. Siedziałam przed komputerem, sprawdzając stan konta. Odłożyłam trochę pieniędzy z myślą o remoncie łazienki – stare płytki już dawno prosiły się o wymianę – ale wiedziałam, że część tych oszczędności i tak przeznaczę na Święto Zmarłych. Wyciągnęłam kartkę i zaczęłam liczyć. Wiązanka główna – trzysta złotych. Dwie mniejsze po bokach – dwieście. Znicze, wkłady, sprzątanie, dojazdy... Zeszłoroczne wydatki przekroczyły osiemset złotych.
Osiemset złotych na dwa dni pokazowej żałoby i podtrzymywanie iluzji, że jestem „lepszą” wdową od Krystyny. Spojrzałam na zdjęcie Marka stojące na komodzie. Uśmiechał się z niego szeroko, opalony, w słomkowym kapeluszu – to zdjęcie zrobiliśmy na naszych jedynych zagranicznych wakacjach w Grecji, dwadzieścia lat temu. Zawsze, kiedy na nie patrzyłam, przypominałam sobie, jak bardzo był spontaniczny, jak cenił radość życia.
– Co byś powiedział, Mareczku, na ten nasz cmentarny wyścig? – szepnęłam cicho, głaszcząc kącik ramki.
Wiedziałam dobrze, co by odpowiedział. Popukałby się w czoło i kazał mi jechać gdzieś daleko, zamiast marznąć nad granitową płytą. I wtedy zadzwonił telefon.
– Słuchaj, znalazłam coś niesamowitego – usłyszałam głos Bożeny, zanim zdążyłam się przywitać. – Wyjazd do Meksyku. Oaxaca. Na ich Dzień Zmarłych. Kolory, muzyka, jedzenie, żadnego smutku i licytowania się na wielkość zniczy. Loty i nocleg wyniosą nas tyle, co... no, może trochę więcej niż twój mały remont łazienki, ale żyje się raz, Danuta! Jedziesz ze mną?
Poczułam, jak w jednej chwili cały dotychczasowy świat zaczyna się chwiać. Meksyk? Ja, sześćdziesięcioletnia wdowa, miałabym rzucić wszystko i polecieć na drugi koniec świata, podczas gdy powinnam szorować pomnik aż do błysku?
– Nie przesadzaj... – wydusiłam, mocno trzymając słuchawkę.
– To ty przesadzasz, wydając tysiące na cmentarne gadżety. Daję ci godzinę na decyzję.
Rozłączyła się bez słowa więcej. Zostałam sama ze swoimi rozterkami, patrząc raz na telefon, raz na kartkę z wydatkami, a później na zdjęcie Marka. W głowie kłębiły mi się myśli: co powiedzą dzieci, sąsiedzi, znajomi? Czy to wypada? Czy nie będę żałować? Pół godziny później oddzwoniłam.
– Rezerwuj – powiedziałam szeptem, a serce waliło mi jak oszalałe.
Ta decyzja była jak wyrwanie się z codziennej rutyny, która przez lata wydawała mi się bezpieczna.
Dzieci zarzuciły mi brak szacunku
Zdecydowanie najtrudniejsze było powiadomienie o wszystkim dzieci. Zaprosiłam Tomka i Kasię na niedzielny obiad, żeby przekazać im nowinę. Byli przyzwyczajeni, że w październiku ustalamy logistykę: kto, kiedy i gdzie jedzie, kto zamawia wiązanki, kto dba o sprzątanie. Tym razem musiałam im powiedzieć, że wszystko będzie inaczej.
– W tym roku musicie pojechać sami – powiedziałam spokojnie, stawiając wazę z gorącym rosołem na stole. – Zrobiłam już podstawowe porządki, ale kwiaty i znicze musicie kupić sami.
Tomek zamarł z łyżką nad talerzem, jakby nagle zapomniał, jak się je.
– Jak to sami? A ty gdzie będziesz? Coś się stało?
– Nie, synu. Lecę do Meksyku.
Zapadła cisza, którą przerwał dopiero brzęk odkładanej przez Kasię łyżki.
– Co ty mówisz? – wykrztusiła niepewnie. – Do Meksyku? Mamo, przecież jest Wszystkich Świętych! Jak to będzie wyglądało? Ciotka Hania na pewno przyjedzie, Krystyna będzie patrzeć... Co my im powiemy? Że matka wolała pojechać na wakacje, zamiast odwiedzić grób ojca?
– Powiedzcie im, że ojciec wolałby, żebym wygrzewała się w słońcu, niż marzła nad jego grobem – odpowiedziałam, starając się nie podnosić głosu.
Naprawdę wierzyłam, że Marek by to zrozumiał.
– Mamo, to jest brak szacunku – oburzył się Tomek. – Zawsze chodziliśmy razem. To jest tradycja. A ty nagle, w wieku sześćdziesięciu lat, robisz z siebie... no przepraszam, ale to jest niepoważne. Jakiś koszmar.
Te słowa naprawdę mnie zabolały. Przez całe życie starałam się być idealną matką, żoną, a potem wdową. Zawsze przedkładałam ich potrzeby i oczekiwania nad własne. Tym razem jednak poczułam, że nie dam się już wpędzić w poczucie winy. Muszę zadbać o siebie.
– Po raz pierwszy od dawna myślę rozsądnie. Nie wydam w tym roku ani grosza na cmentarną drożyznę. Wydałam oszczędności na bilet lotniczy. I nie będę się z tego nikomu tłumaczyć.
Obiad dokończyliśmy w ciężkiej atmosferze. Dzieci wyszły wcześnie, rzucając mi chłodne pożegnania. Przez chwilę ogarnęła mnie fala wątpliwości – czy nie powinnam jednak zostać, kupić chryzantemę, postawić znicz i odstać swoje na zimnie? Ale spojrzałam na bilet leżący na stole i wiedziałam, że tej decyzji nie cofnę. Chciałam przeżyć to święto po swojemu, bez presji i rywalizacji.
Czułam się wreszcie bardziej sobą
Lot był długi i męczący, a stres związany z podróżą na drugi koniec świata nie dawał mi spokoju aż do samego lądowania. Ale kiedy wysiadłyśmy z Bożeną na lotnisku w Oaxaca, poczułam, jak wszystko, co ponure i ciężkie, zostaje gdzieś daleko za mną. Powitało nas ciepło, światło i zapach nagietków – cempasúchil, kwiatów zmarłych, które pokrywały całe miasto. Gdzie nie spojrzeć, ulice tonęły w pomarańczowo-żółtych odcieniach, a wszędzie pobrzmiewała radosna muzyka. Ludzie mieli pomalowane twarze, śmiali się, tańczyli, jedli i wspominali swoich bliskich z radością, jakiej dotąd nie znałam.
Przez pierwsze dni zwiedzałyśmy kolorowe targi, uczestniczyłyśmy w warsztatach robienia ozdób na Dzień Zmarłych, próbowałyśmy lokalnych potraw. Bożena była w swoim żywiole, wciągała mnie w każdą nową aktywność – raz malowałyśmy czaszki na twarzach dzieci, innym razem pomagałyśmy układać ofrendas, czyli ołtarzyki dla zmarłych. Przestałam myśleć o Krystynie, o porównywaniu się z kimkolwiek. Każdego dnia odkrywałam coś nowego i czułam się coraz bardziej sobą.
Po policzku spłynęła mi łza ulgi
Wieczorem wybrałyśmy się na miejscowy cmentarz. Spodziewałam się, że poczuję wyrzuty sumienia, że nagle dopadnie mnie nostalgia i żal, że nie jestem teraz w Polsce, otulona w gruby płaszcz, stojąc nad pomnikiem Marka. Ale czułam tylko spokój i ciepło. Ludzie siedzieli na grobach, rozmawiali, śmiali się, dzielili jedzeniem i wspomnieniami. Było gwarno, kolorowo, zupełnie inaczej niż na polskim cmentarzu. Przy jednym z ołtarzy zatrzymałyśmy się na dłużej. Był pełen zdjęć, owoców, słodyczy i świec. Kobieta w moim wieku, z długimi, ciemnymi warkoczami, uśmiechnęła się do mnie i podała kawałek pan de muerto – tradycyjnego chleba.
– Dla kogo tu jesteś? – zapytała łamaną angielszczyzną, patrząc na mnie ciepło.
– Dla mojego męża, Marka – odpowiedziałam, czując, jak po policzku spływa mi łza. To nie była jednak łza smutku, lecz ulgi – poczułam, że mogę być tu dla niego, nawet jeśli nie stoję nad jego grobem w Polsce.
Wyjęłam z torebki małe zdjęcie Marka i – za zgodą kobiety – położyłam je na brzegu ołtarza. Zrozumiałam, że nie potrzebuję wielkiej wiązanki za trzysta złotych, by okazać miłość. Wystarczyła ta chwila, wśród ludzi, którzy rozumieli, że pamięć o zmarłych można pielęgnować radośnie, a nie tylko w zadumie i smutku.
Zrozumiałam, co ma znaczenie
Po powrocie do Polski długo nie potrafiłam się odnaleźć w szarości listopadowych dni. Jednak coś się we mnie zmieniło. Czułam w sobie ciepło meksykańskiego słońca i tę lekkość, z jaką tam obchodzono pamięć o bliskich. Kasia i Tomek początkowo byli chłodni, zamknięci, ale kiedy pokazałam im zdjęcia i opowiedziałam o swoich przeżyciach, zobaczyłam w ich oczach cień zrozumienia. Może nadal uważali, że „matka im odleciała”, ale powoli docierało do nich, że mam prawo przeżywać żałobę na własnych warunkach. Kilka dni po powrocie wybrałam się na cmentarz. Był pochmurny, listopadowy poranek. Na grobie Marka stały wypalone znicze i mała doniczka z wrzosem – prezent od dzieci. Obok, na grobie Zdziśka, pyszniła się gigantyczna kompozycja Krystyny, już przywiędła i pokryta deszczem. Krystyna akurat zbierała wypalone wkłady. Zobaczyła mnie i wyprostowała się z triumfalnym uśmiechem.
– O, Danusia! A ciebie gdzie wywiało na święta? Dzieci mówiły, że wyjechałaś. No popatrz, ja tu Zdziśkowi taką wiązankę zamówiłam, z samej Warszawy sprowadzana. A u ciebie tak... skromnie w tym roku.
Uśmiechnęłam się do niej szeroko, szczerze i z ulgą, której nie potrafiłam ukryć.
– Skromnie, Krysiu, skromnie. Ale za to serce mam przepełnione miłością.
Zostawiłam ją z otwartą buzią, odwróciłam się i poszłam alejką w stronę wyjścia. Nie czułam potrzeby rywalizacji ani złości. Czułam się wolna. I wiedziałam na pewno, że za rok też nie kupię ani jednej wielkiej doniczki z chryzantemami. Może w końcu nauczę się wybierać to, co daje mi prawdziwe szczęście, a nie to, co wypada zrobić.
Danuta, 60 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Cisza po wyprowadzce dzieci miała być błogosławieństwem. Mąż na emeryturze sprawił, że codzienność stała się przekleństwem”
- „Kiedy nasze dzieci wyfrunęły z gniazda, zaczęłam remonty i porządki. Mąż zarzucił mi, że chcę wymazać ich obecność w domu”
- „Teść uparł się, żebyśmy nie sprzedawali pola po dziadkach. Dopiero jesienią zrozumiałam, co próbował tam przed nami ukryć”