„Zamiast wyjechać na ferie, zabrałam się za remont mieszkania. Pod starymi deskami znalazłam prawdę o moim ojcu”
„Zamiast wyjechać na ferie, zabrałam się za remont. Nigdy bym nie przypuszczała, że spod starej podłogi wyjmę ukrytą przez mamę zapomnianą kopertę. Listy i jedno zdjęcie uruchomiły lawinę pytań, podważając moje wspomnienia i rodzinne relacje. Postanowiłam znaleźć mężczyznę ze starych zdjęć”.

- Redakcja
Zamiast pakować walizkę i myśleć o odpoczynku, zostałam w mieszkaniu z wałkiem malarskim w dłoni i planem, który miał uporządkować mi przestrzeń, a przy okazji głowę. Ferie miały być spokojne i przewidywalne. Nie spodziewałam się, że kurz spod starej podłogi przyniesie ze sobą coś, co podważy moje wspomnienia, relacje i poczucie bezpieczeństwa, budowane przez lata.
Tajemnica pod podłogą
Pierwsze dni remontu były niemal kojące. W mieszkaniu panowała cisza, przerywana jedynie szelestem folii i głuchym stukiem młotka. Ściągałam stare listwy podłogowe, odkładając je równo pod ścianą, jakby porządek w przedmiotach mógł mi zastąpić porządek w myślach. To mieszkanie należało wcześniej do mojej mamy. Po jej śmierci przejęłam je razem z całym bagażem wspomnień, których nigdy do końca nie potrafiłam poukładać.
– Po co ci ten remont akurat teraz? – zapytała kilka dni wcześniej Anka, znajoma, gdy rozmawiałyśmy przez telefon.
– Bo jeśli teraz nie zacznę, to już nigdy – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
Pod jedną z listew coś stawiało opór. Drewno nie chciało puścić, jakby broniło dostępu do tego, co było pod spodem. Szarpnęłam mocniej i wtedy usłyszałam cichy trzask. Spod podłogi wysunęła się cienka koperta, pożółkła i szorstka w dotyku. Przez chwilę tylko na nią patrzyłam, czując, jak serce zaczyna bić szybciej, zupełnie bez powodu.
Usiadłam na podłodze. W kopercie było kilka złożonych kartek i jedno zdjęcie. Na fotografii młoda kobieta stała obok mężczyzny, którego nie rozpoznałam od razu. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to moja mama. Uśmiechała się inaczej niż na zdjęciach, które znałam. Swobodniej. Obok niej stał obcy mężczyzna, a jego ręka spoczywała na jej ramieniu w sposób naturalny, bliski.
Kartki były listami. Pisanymi odręcznie. Nie czytałam ich od razu. Najpierw poczułam złość, potem strach, a na końcu coś w rodzaju zdrady, choć nie potrafiłam tego nazwać. Przecież mama nigdy nie wspominała o kimś takim. Całe życie mówiła mi, że byliśmy tylko we dwie, że tak było najlepiej.
Telefon zawibrował. To była Anka.
– I jak remont? Żyjesz jeszcze?
– Chyba właśnie przestałam – odpowiedziałam, patrząc na listy rozłożone na podłodze.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to, co trzymałam w dłoniach, było dopiero początkiem nowego rozdziału w moim życiu. Że te kartki zmuszą mnie do zadania pytań, na które nie byłam gotowa, i do spotkań, których nigdy nie planowałam.
Kim był ten mężczyzna?
Usiadłam przy kuchennym stole i w końcu rozłożyłam listy jeden po drugim. Papier był kruchy, pachniał starością. Na każdym widniały daty sprzed ponad trzydziestu lat. Z czasów, kiedy byłam jeszcze dzieckiem.
Pierwszy list zaczynał się zwyczajnie. Kilka zdań o codzienności, o pracy, o zmęczeniu. Dopiero potem pojawiły się słowa, które ścisnęły mnie w gardle. Mama pisała do kogoś, kogo nazywała „J.”. O spotkaniach ukradkiem, o rozmowach, które dawały jej poczucie bycia widzianą. Ani razu nie padło słowo, które jednoznacznie opisywałoby ich relację, ale między wierszami było więcej bliskości, niż chciałam zobaczyć.
– To niemożliwe… – wyszeptałam sama do siebie.
W kolejnym liście pojawiłam się ja. Mama wspominała, że boi się przyszłości, że nie wie, jak długo jeszcze uda jej się utrzymać wszystko w tajemnicy. Pisała o odpowiedzialności, o wyborach, których nie da się cofnąć. Z każdą linijką rosło we mnie napięcie, a jednocześnie dziwne współczucie. Nagle przestałam widzieć w niej tylko matkę. Zobaczyłam kobietę, która się wahała, bała i nie miała pewności, czy postępuje słusznie.
Ostatni list był inny. Krótszy, bardziej stanowczy. Mama pisała, że musi zakończyć tę relację. Że dziecko jest najważniejsze. Że prosi, by już się nie kontaktował. Podpis: „Zawsze będziesz częścią naszego życia, choć nikt się o tym nie dowie”.
Wybrała samotność, bo wiedziała, że rodzice wcześniej zdecydowali za nią. Chcieli, żeby związała się z innym mężczyzną. Miłość do Jana była nieakceptowana przez bliskich, więc z lęku przed odrzuceniem, zrezygnowała z własnych uczuć.
Odłożyłam kartki i oparłam się o krzesło. W głowie kłębiły się pytania. Kim był ten mężczyzna? Dlaczego mama ukrywała te listy w tak desperacki sposób?
Zadzwoniłam do Anki.
– Znalazłam listy mojej mamy – powiedziałam bez wstępu.
– Jakie listy?
– Takie, które zmieniają wszystko.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Po chwili rozmowy, po tym, jak opowiedziałam jej, o czym korespondowała mama, Anka postawiła sprawę jasno:
– Musisz się dowiedzieć, kim on był.
Wiedziałam, że ma rację. Tylko jeszcze nie przypuszczałam, dokąd zaprowadzi mnie to śledztwo i jak bardzo zachwieje obrazem mojego własnego życia.
Niewiele wiedziałam o życiu mamy
Następnego dnia nie potrafiłam wrócić do remontu. Narzędzia leżały tam, gdzie je zostawiłam, a ja krążyłam po mieszkaniu, jakby ściany mogły mi coś jeszcze podpowiedzieć. W końcu wróciłam do koperty. Obejrzałam ją dokładniej i wtedy zauważyłam ledwie widoczny napis na wewnętrznej klapce. Imię. Zapisane ołówkiem, niemal starte: Jan.
To nie było wiele, ale wystarczyło, żeby zrobić kolejne kroki. Mama przez lata pracowała w bibliotece osiedlowej. Znała pół dzielnicy, ludzie ją lubili, zatrzymywali się, żeby porozmawiać. Nagle zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę niewiele wiedziałam o jej życiu sprzed moich narodzin. Zawsze uciekała od pytań, a ja nauczyłam się nie drążyć.
Po południu wyszłam z domu. Mróz szczypał w policzki, ale spacer dobrze mi zrobił. Bez większego planu skręciłam w stronę starej biblioteki. Budynek wyglądał niemal tak samo jak w moim dzieciństwie. Te same schody, te same drzwi, tylko szyld był nowy.
W środku przywitała mnie starsza kobieta zza biurka.
– W czym mogę pomóc?
– Szukam informacji o kimś, kto pracował tu… dawno temu – zaczęłam niepewnie. – O mojej mamie.
Gdy podałam jej imię, uśmiechnęła się lekko.
– Pamiętam ją. Dobra, cicha kobieta. Zawsze punktualna.
– A Jan? – zapytałam nagle, zanim zdążyłam się wycofać.
Kobieta uniosła brwi.
– Jan… – powtórzyła, jakby w głowie pojawił się już obraz. – Tak, był tu taki jeden. Często przychodził. Zawsze czekał na nią po zamknięciu.
Serce zaczęło mi walić.
– Wie pani, co się z nim stało?
– Wyjechał. Nagle. Mówiło się, że dostał pracę w innym mieście.
Podziękowałam i wyszłam, czując, że nogi mam jak z waty. To już nie była tylko historia z przeszłości. To byli ludzie, miejsca, fakty. Wieczorem zadzwoniłam do Anki.
– On może gdzieś być – powiedziałam cicho.
– I co teraz?
– Teraz muszę go znaleźć.
Po raz pierwszy od śmierci mamy poczułam, że robię coś nie tylko dla niej, ale też dla siebie. I że odpowiedź, której szukam, może być trudniejsza, niż jestem w stanie unieść.
Pojechałam tam bez planu
Szukanie Jana zajęło mi kilka dni. Przekopywałam stare dokumenty mamy, notatniki, pytałam rodzinę. Między pożółkłymi kartkami, znalazłam wizytówkę. Nazwisko, imię, adres sprzed lat. Serce zabiło mi tak mocno, że musiałam usiąść. Adres był w mieście oddalonym o niecałe dwie godziny drogi.
Pojechałam tam bez większego planu. Kamienica była stara, ale zadbana. Stałam chwilę pod drzwiami, zanim odważyłam się zapukać. Otworzył mężczyzna po sześćdziesiątce. Siwe włosy, te same oczy, które codziennie widziałam w lustrze.
– Słucham? – zapytał.
Nie potrafiłam od razu odpowiedzieć.
– Dzień dobry. Mam na imię Joanna – powiedziałam w końcu. – Szukam pana Jana.
– Ja jestem Jan – odparł spokojnie. – Znamy się?
Wyjęłam zdjęcie mamy. Jego twarz zbladła.
– To była moja mama.
Zaprosił mnie do środka. Usiedliśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole. Opowiedział mi wszystko bez owijania. O ich relacji, o uczuciu, które przyszło za późno. O tym, że wiedział o mnie. Że chciał być obecny, ale mama się bała. Bała się opinii innych, bała się swoich rodziców.
– Zgodziłem się odejść – powiedział cicho. – To była jej decyzja.
Słuchałam, czując jednocześnie ulgę i żal. Przez całe życie myślałam, że jestem sama z historią naszej dwójki. Tymczasem ktoś jeszcze nosił ją w sobie przez lata. Gdy wychodziłam, dotknął mojej dłoni.
– Cieszę się, że przyszłaś. Nie oczekuję niczego – powiedział. – Chciałem tylko, żebyś wiedziała.
Wracając, czułam, że coś się domyka. Mama nie była idealna. A ja wreszcie znałam całą historię.
Wreszcie stoję na solidnym gruncie
Do mieszkania wróciłam późnym wieczorem. Zimno witało mnie ciszą, ale tym razem nie była ona przytłaczająca. Usiadłam na podłodze pośród narzędzi i niedokończonych prac. Remont, który miał być tylko sposobem na zagospodarowanie ferii, pomógł mi poznać moją tożsamość. Odsłonił nie tylko starą podłogę, ale też prawdę, która przez lata była skrzętnie ukrywana.
Nie czułam już złości na mamę. Raczej zrozumienie. Dopiero teraz pojęłam, jak bardzo starała się chronić świat, który stworzyła. Może popełniała błędy, może wybierała ucieczkę zamiast szczerości, ale robiła to z lęku. A ja, choć dowiedziałam się rzeczy trudnych, nie straciłam jej. Zyskałam pełniejszy obraz kobiety, którą była.
Kilka dni później wróciłam do remontu. Zerwałam stare panele do końca, wyrzuciłam listwy, dokładnie odkurzyłam każdy kąt. Kopertę z listami schowałam do pudełka, razem ze zdjęciem. Nie po to, by znów je ukrywać, ale by zachować część mojej historii. Nie wstydliwą. Po prostu prawdziwą. Zadzwoniłam też do Jana. Krótka rozmowa, bez wielkich deklaracji. Ustaliliśmy, że spotkamy się jeszcze raz, spokojniej, bez emocji, które towarzyszyły nam przy pierwszym spotkaniu. Nie wiedziałam, jaką rolę odegra w moim życiu, ale wiedziałam, że nie chcę uciekać przed przeszłością.
Gdy skończyłam malować ściany, stanęłam na środku pokoju i rozejrzałam się wokół. Mieszkanie wyglądało inaczej. Ja też. Zrozumiałam, że czasem trzeba zostać w miejscu, które wydaje się bezpieczne i znane, żeby odkryć coś, co pozwoli ruszyć dalej. Ferie minęły, ale ja wracałam do codzienności z poczuciem, że wreszcie stoję na solidnym gruncie.
Joanna, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Kiedyś byliśmy biedni i brakowało nam do końca miesiąca. Dziś żyję jak pączek w maśle, bo traktuję dzieci jak bankomaty”
- „Remont domu miał nas zabezpieczyć przed zimą, a ujawnił rodzinne brudy. Nasze oszczędności zniknęły wraz ze szwagrem”
- „Przez awarię ogrzewania teściowa zamieszkała z nami. Nie dokładała się do rachunków, za to zniszczyła moje małżeństwo”