„Zamieniłem Zakopane na ferie w szwajcarskich Alpach i szybko pożałowałem. Nawet luksusowy kurort nie spełnił oczekiwań”
„Ferie zimowe w Szwajcarii miały być spełnieniem naszych marzeń – wyjazd w Alpy, narty, luksusowe hotele i widoki, o jakich marzyliśmy przez lata. Wszystko zaplanowane co do godziny. Wyruszyliśmy pełni nadziei, przekonani, że czeka nas niezapomniana przygoda. Jednak rzeczywistość okazała się inna”.

- Redakcja
Jesteśmy zwyczajną rodziną, która od lat mieszka niedaleko Zakopanego. Tatry to nasz codzienny krajobraz, nasze schronienie i miejsce, do którego zawsze wracamy z poczuciem spokoju. Kochamy te góry – ich surowość, ciszę poza sezonem i góralski klimat, który znamy od podszewki.
Mimo to gdzieś w nas tliła się ciekawość: jak wygląda zima w innych górach, tych bardziej „światowych”, luksusowych, znanych z pocztówek. Chcieliśmy sprawdzić, czy alpejski raj może dać nam coś więcej niż to, co mamy niemal na wyciągnięcie ręki. I właśnie dlatego zdecydowaliśmy się na wyjazd do Szwajcarii, nie spodziewając się, że ta podróż tak szybko skonfrontuje nasze marzenia z rzeczywistością.
Zimowy raj, o którym marzyliśmy, szybko przekształcił się w koszmar. Pogoda, drogie atrakcje, zmęczenie – wszystko to sprawiło, że zaczęliśmy tęsknić za spokojnymi, polskimi Tatrami. Przez cały pobyt zastanawialiśmy się, czy nasza decyzja była trafiona, czy może lepiej było zostać w kraju.
Rzeczywistość a oczekiwania
Kiedy wylądowaliśmy w Szwajcarii, byliśmy pełni nadziei. Wystarczyło spojrzeć na śnieżne szczyty gór, by poczuć, że to miejsce idealnie pasuje do naszych zimowych marzeń. Mieliśmy zaplanowane wszystko – od dobrych hoteli po dni wypełnione narciarskimi zjazdami. Wszystko wydawało się doskonałe, a my gotowi na niezapomniane przeżycia. Niestety, rzeczywistość szybko zweryfikowała nasze oczekiwania.
Pierwszy dzień spędziliśmy na stoku, ale warunki były o wiele gorsze, niż się spodziewaliśmy. Wiatr wiał tak mocno, że narciarze ledwo trzymali równowagę. Zamiast cieszyć się zjazdami, walczyliśmy z nieprzyjazną pogodą, a widok gór nie robił już na nas takiego wrażenia. Po kilku godzinach wróciliśmy do hotelu, znużeni i rozczarowani.
Zamiast odpoczywać, musieliśmy spędzać godziny w zamkniętych pomieszczeniach, gdzie klimat przypominał bardziej pensjonat niż zimową oazę. Wieczory wypełnione były rozmowami o tym, co mogło pójść nie tak. Myśleliśmy o Polsce, o Tatrach, które kochamy za ich spokój i piękno. Zaczęło nas trapić, czy nie popełniliśmy błędu, wybierając Szwajcarię. A to wszystko tylko w pierwszym dniu… Mimo to postanowiliśmy nie poddawać się. W końcu to jeszcze tylko kilka dni.
Widzieliśmy jedynie mgłę
Kolejny dzień w Szwajcarii nie przyniósł poprawy. Z samego rana w hotelu zaczęło się robić coraz bardziej nieprzyjemnie. Na zewnątrz padał gęsty deszcz, a zamiast wspaniałych widoków na Alpy, widzieliśmy jedynie mgłę. Mieliśmy nadzieję, że to tylko chwilowy kaprys pogody, ale niestety prognozy nie napawały optymizmem.
Zdecydowaliśmy się mimo wszystko wyjść na stok. Deszcz zamienił się w śnieg, ale warunki były jeszcze gorsze – śliskie, mokre narty, trudne do opanowania. Czułem, jak z każdą minutą rośnie moje rozczarowanie. W Polsce, w naszych Tatrach, takie warunki byłyby idealne do jazdy. Tam, w górach, nigdy nie czułem się tak bezradnie. Co więcej, ceny za karnet narciarski były astronomiczne, a zabawa na stoku – znikoma.
Po kilku godzinach wróciliśmy do hotelu, mokrzy i zmęczeni. Mimo że cała wyprawa miała być luksusowym doświadczeniem, poczułem, że to, co oferuje to miejsce, nie jest warte swojej ceny. W Polsce, w Zakopanem, można było spędzić ferie równie dobrze – i to w o wiele bardziej komfortowych warunkach i lepszej cenie. Zaczęliśmy żałować. Było tu pięknie, ale nie w ten sposób, jak się tego spodziewaliśmy.
Nie było poprawy
Kolejne dni były tylko potwierdzeniem naszych obaw. Poza ciągłymi zmianami pogody, hotel nie oferował niczego nowego, co mogłoby umilić nam czas. Zamiast rozkoszować się zimowym słońcem, które oświetla alpejskie szczyty, walczyliśmy z wiatrem, deszczem i śniegiem. Każdy dzień zaczynał się od sprawdzania prognozy pogody, która niestety, nie zwiastowała poprawy.
Wieczorami siedzieliśmy w hotelowym barze, pijąc gorącą czekoladę i rozmawiając też o tym, jak bardzo brakuje nam Polski. Klimat w Tatrach potrafił być równie magiczny, a zarazem przytulny, jak dom, do którego zawsze wracaliśmy. To było jak zderzenie z rzeczywistością, której nie potrafiliśmy docenić, dopóki nie wyjechaliśmy.
– Może gdybyśmy pojechali w polskie Tatry, poczulibyśmy się lepiej? – powiedziała Zosia, patrząc na mnie zmęczonym wzrokiem.
Jej słowa wstrząsnęły mną, bo w głębi duszy czułem, że miała rację. Szwajcaria, mimo swojego prestiżu i luksusu, nie dawała nam tego, czego naprawdę potrzebowaliśmy – spokoju i poczucia bezpieczeństwa. Wszystko, co czuliśmy, to ogromna tęsknota za domem, za miejscem, które znamy i kochamy.
Próbowaliśmy ratować sytuację
Następnego dnia postanowiliśmy spróbować jeszcze raz. Po kilku dniach frustracji wzięliśmy głęboki oddech i stwierdziliśmy, że nie chcemy wracać z tej podróży z poczuciem porażki. Zdecydowaliśmy się na wycieczkę do pobliskiego miasteczka, licząc na to, że znajdziemy coś, co poprawi nam humor. Zamiast kolejnej zimowej aktywności, postanowiliśmy zwiedzać, podziwiać lokalną kulturę i w końcu odpocząć.
Miasto było malownicze, ale również zaskakująco turystyczne. Pełne sklepów z pamiątkami i drogich restauracji, które nie miały nic wspólnego z autentycznym życiem alpejskich wiosek. Choć widoki były ładne, to nadal czułem, jak ten kraj jest dla nas obcy. Nie czułem prawdziwej atmosfery gór, jak w Zakopanem. Tutaj wszystko było wyłącznie nastawione na turystów.
Zosia zaproponowała, żebyśmy spróbowali jeszcze jednej rzeczy – relaksu w SPA. To miała być nasza chwila oddechu, odpoczynek po dniu pełnym rozczarowań. Choć zabiegi były przyjemne, czułem, że nie to jest rozwiązaniem naszych problemów. Kiedy wróciliśmy do hotelu, wieczorem Zosia spojrzała na mnie z uśmiechem.
– Następnym razem jednak Tatry? – zapytała. I w tej chwili zrozumiałem, że nasza podróż do Szwajcarii była jedynie próbą, by odnaleźć coś, czego nie musieliśmy szukać za granicą.
To nie dla nas
Ostatni dzień w Szwajcarii spędziliśmy na pakowaniu i rozmyślaniach o całym wyjeździe. Pogoda się poprawiła, ale to już nie miało znaczenia. Zrozumieliśmy, że nasze marzenia o luksusowym zimowym wypoczynku zderzyły się z rzeczywistością, której nie byliśmy gotowi zaakceptować. W końcu, na przekór wszystkiemu, to właśnie nasza tęsknota za domem i polskimi Tatrami okazała się najważniejsza.
– To nasza ostatnia podróż do Szwajcarii. Byliśmy, zobaczyliśmy, więcej tu nie wrócimy – powiedziałem, gdy Zosia zamykała walizki.
Choć wyjazd nie spełnił naszych oczekiwań, to była to cenna lekcja. Zrozumieliśmy, że my lepiej czujemy się tam, gdzie znamy każdy zakątek. Gdzie panuje góralska gościnność, znamy ścieżki i czujemy niepowtarzalny klimat. To jest wszystko, czego nam potrzeba, by poczuć szczęście. Zbliżał się moment, kiedy musieliśmy wrócić do domu. Poczucie ulgi, że wracamy tam, gdzie czujemy się najlepiej, było ogromne.
Tego nie znajdziemy w zagranicznym kurorcie
Po powrocie do Polski, nareszcie poczuliśmy, że jesteśmy w swoim żywiole. Tatrzańska atmosfera, znane szlaki i zapach gór powitały nas z otwartymi ramionami. Zdecydowanie brakowało nam tego w Szwajcarii – prostoty, która otaczała nas w naszych górach, i tej niezastąpionej atmosfery, której nie da się znaleźć w żadnym zagranicznym kurorcie. Szwajcaria była piękna, ale w pełni zdominowana przez turystów, komercję i luksus, który okazał się dla nas pusty. Nie to było tym, czego naprawdę szukaliśmy.
Siedząc w schronisku, przy kubku gorącej herbaty, patrzyliśmy na otaczające nas majestatyczne szczyty. Byliśmy zadowoleni, że zrezygnowaliśmy z drogiej podróży, by wrócić do miejsca, które było nam bliskie. W polskich Tatrach byliśmy u siebie – tu czuliśmy się naprawdę szczęśliwi, wśród przyjaciół, rodziny i naturalnego piękna, które nigdy nie traciło swojego uroku. To nasze miejsce.
Jan, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Bukiet 7 czerwonych róż na walentynki przyniósł mi pecha. Narzeczony wmawiał mi, że to kurier się pomylił”
- „Wzięłam ślub po 3 miesiącach znajomości, choć matka i siostra nie akceptowały mojego męża. A mogłam posłuchać”
- „W walentynki mąż wymienił zamki w drzwiach. Wyznałam mu prawdę o swojej przeszłości i teraz żałuję”