Reklama

To miał być zwykły dzień, pachnący cukrem pudrem i domowym ciepłem, a zamienił się w najzimniejszy dzień tej zimy. Stałam na klatce schodowej w bloku mojej jedynej córki, trzymając w dłoniach plastikowy pojemnik pełen kruchych faworków i pączków, które smażyłam od piątej rano. Jeszcze przed chwilą byłam pewna, że ten gest roztopi jej serce, że usiądziemy razem przy herbacie i w końcu porozmawiamy tak, jak dawniej. Zamiast tego patrzyłam na zamknięte drzwi, czując, jak policzki palą mnie ze wstydu i upokorzenia. Nie krzyczała, nie robiła awantur. Jej milczenie było gorsze niż tysiąc gorzkich słów. W tamtej chwili zrozumiałam, że moja miłość stała się dla niej ciężarem nie do uniesienia.

Miałam nadzieję

Odkąd zostałam sama w naszym trzypokojowym mieszkaniu, czas zaczął płynąć w dziwnym, nieregularnym rytmie. Mój mąż, Tadeusz, odszedł trzy lata temu, zostawiając po sobie fotel, w którym nikt już nie siadał. Została mi tylko Kinga. Moja duma, moje oczko w głowie. Córka zawsze była ambitna. Już jako mała dziewczynka układała klocki z precyzją inżyniera. Byłam z niej taka dumna, gdy dostała się na architekturę, a potem, gdy założyła własną firmę. Mówiłam wszystkim sąsiadkom, że moja córka buduje miasto. Jednak sukces miał swoją cenę. Kinga miała dla mnie coraz mniej czasu. Mój dzień wyglądał zawsze tak samo: wstawałam skoro świt, robiłam zakupy na targu, sprzątałam i tak czyste mieszkanie, a potem czekałam. Czekałam na telefon, na SMS-a, na jakikolwiek znak. Tego wtorku obudziłam się z myślą, że muszę coś zrobić. Nie mogłam tak po prostu siedzieć. Padło na faworki i pączki. Tadeusz je uwielbiał, a Kinga w dzieciństwie potrafiła zjeść cały talerz. Chciałam przywrócić tamten czas, kiedy byłam dla niej najważniejszą osobą na świecie. Zagniatałam ciasto, wkładając w nie całą moją tęsknotę. Rozgrzany olej skwierczał wesoło, a zapach smażonego ciasta wypierał z kuchni zapach samotności. Układając złociste faworki na półmisku, czułam, jak rośnie we mnie nadzieja. To nie było tylko jedzenie. To był mój bilet wstępu do jej świata.

Chciałam zrobić niespodziankę

Kinga mieszkała na nowym, strzeżonym osiedlu, zaledwie trzy przystanki ode mnie. Miałam klucze do jej mieszkania. Dała mi je dwa lata temu „na wszelki wypadek”, a ja traktowałam je jak relikwię i przepustkę. Wydawało mi się naturalne, że jako matka mam prawo zajrzeć, sprawdzić, czy lodówka nie jest pusta. Ile razy znajdowałam u niej pudełka po pizzy? Serce mi się krajało. Moje dziecko, pani architekt, odżywia się jak studentka. Wsiadłam do tramwaju, trzymając pudełko owinięte ściereczką. Wyobrażałam sobie, jak Kinga otworzy drzwi, zdziwiona, ale uśmiechnięta. Powie: „Mamo, akurat miałam ochotę na coś słodkiego!”. Nie dzwoniłam wcześniej. Chciałam zrobić niespodziankę. Poza tym, gdy dzwoniłam, często słyszałam, że nie może rozmawiać. Uznałam więc, że lepiej po prostu pojechać. Przecież matki nie trzeba zapowiadać. Matka to nie gość.

Klatka schodowa w jej bloku była sterylna i cicha. Podeszłam do drzwi numer siedemnaście i zamiast dzwonka, użyłam swoich kluczy. Przekręciłam zamek najciszej, jak umiałam. W przedpokoju panował półmrok. Zsunęłam buty, poprawiłam krzywo wiszący płaszcz córki i podniosłam ulotkę z podłogi. Chciałam, żeby wracając myślami do domu, czuła spokój, a nie chaos. Weszłam do salonu połączonego z kuchnią. Kinga siedziała przy stole, odwrócona plecami, w wielkich słuchawkach na uszach. Wpatrywała się w dwa monitory. W pokoju panował idealny, laboratoryjny wręcz porządek – szkło, metal i szarość.

Postawiłam pudełko na blacie. Plastik stuknął o kamień, Kinga drgnęła, ale się nie odwróciła. Zaczęłam krzątać się po kuchni. Wyjęłam talerzyki, nastawiłam wodę. Wtedy zobaczyłam brudny kubek w zlewie. Jeden jedyny. Oczywiście, odkręciłam wodę i zaczęłam zmywać, nucąc pod nosem. Czułam się wreszcie na swoim miejscu. Dbałam o gniazdo. Nagle Kinga zerwała słuchawki i obróciła się gwałtownie. Jej twarz była blada.

– Mamo? – zapytała cicho, z napięciem, od którego ścierka wypadła mi z ręki. – Co ty tutaj robisz?

Uśmiechnęłam się szeroko, ignorując ten ton.

– Niespodzianka, kochanie! Usmażyłam faworki. Takie jak lubisz, kruchutkie. Pomyślałam, że zrobimy sobie przerwę. Pracujesz i pracujesz, musisz coś zjeść.

Podeszłam do niej z talerzykiem.

– Zjedz, póki jeszcze ciepłe.

Kinga nie spojrzała na faworki. Patrzyła prosto w moje oczy.

– Mamo, jestem w pracy. Mam wideokonferencję z inwestorem za pięć minut. To jest projekt mojego życia. Prosiłam cię. Tyle razy cię prosiłam, żebyś nie wchodziła bez pukania, bez zapowiedzi.

– Ależ córeczko, ja będę cichutko – tłumaczyłam pospiesznie. – Usiądę sobie w kąciku, poczytam gazetę. A ty zjesz, jak skończysz. Przecież tylko chciałam ci pomóc, żebyś nie była głodna.

– Pomóc? – Kinga wstała. W eleganckiej koszuli wyglądała tak obco. – Wchodzisz do mojego domu, kiedy chcesz. Przestawiasz mi rzeczy w szafkach, bo twoim zdaniem tak jest „logiczniej”. Ostatnio wyrzuciłaś moje notatki, bo uznałaś, że to śmieci. Teraz hałasujesz w kuchni, kiedy ja próbuję się skupić na czymś, od czego zależy moja kariera. To nie jest pomoc, mamo. To jest inwazja.

Zrobiło mi się gorąco. Notatki? To były pomazane kartki na podłodze!

Słowa uwięzły mi w gardle

– Robię to z miłości – szepnęłam, czując łzy. – Jestem twoją matką. Troszczę się.

Troszczysz się o siebie – powiedziała, a słowa uderzyły mnie jak policzek. – Troszczysz się o to, żebyś ty czuła się potrzebna. Nie pytasz, czego ja potrzebuję. A ja potrzebuję spokoju.

Woda w czajniku się zagotowała, pstryknął wyłącznik, a potem zapadła cisza. Kinga walczyła ze sobą, by nie wybuchnąć. Podeszła do blatu, wzięła pudełko z faworkami i wcisnęła mi je w ręce. Podała mi mój płaszcz.

– Wyjdź – powiedziała. Bez krzyku. Po prostu stwierdziła fakt. – Proszę cię, wyjdź. Muszę pracować.

– Ale Kinga... – próbowałam protestować. – Przecież dopiero przyszłam. Nawet nie usiadłam.

Otworzyła szeroko drzwi wejściowe. Stała, trzymając klamkę. Wyglądała jak ktoś, kto doszedł do ściany.

– Mamo. Proszę.

Poczułam się mała i zbędna. Włożyłam buty drżącymi rękami. Słowa uwięzły mi w gardle. Wyszłam na klatkę. Kinga po prostu zamknęła drzwi. Kliknięcie zamka zabrzmiało jak wystrzał. Zeszłam po schodach, bojąc się, że w windzie ktoś zobaczy starszą kobietę z ciastkami, wyrzuconą przez własne dziecko. Droga powrotna była koszmarem. Wróciłam do pustego mieszkania, usiadłam w kuchni wciąż w płaszczu i zaczęłam płakać. Płakałam nad swoją samotnością i nad tym, że nie umiem być taką matką, jakiej Kinga potrzebuje. Czułam złość – przecież poświęciłam dla niej wszystko! Spojrzałam na idealne faworki. Czy naprawdę zrobiłam je dla siebie, by poczuć się dobrze? Czy dobra matka ignoruje prośby córki i wchodzi z butami w jej życie? Wieczorem zadzwoniła sąsiadka, Jola, zapraszając na szarlotkę. Skłamałam, że źle się czuję. Nie miałam siły udawać, że wszystko jest w porządku. Przez kolejne trzy dni nie wychodziłam z domu i walczyłam z odruchem, by zadzwonić do Kingi. Musiałam dać jej przestrzeń, o którą prosiła.

Spojrzała na mnie ze zdziwieniem

Czwartego dnia rano usłyszałam dzwonek. W wizjerze zobaczyłam Kingę. Wyglądała na zmęczoną, ale spokojną. Trzymała bukiet tulipanów.

Mogę wejść? – zapytała.

– Oczywiście.

Weszła, zdjęła buty – ustawiając je równo – i wstawiła kwiaty do wazonu.

Przepraszam, że cię wyrzuciłam – powiedziała, nie patrząc na mnie. – Nie powinnam była tak ostro reagować. Byłam pod ogromną presją, ale to nie usprawiedliwia tego, jak cię potraktowałam.

Podeszłam i położyłam rękę na jej ramieniu.

– Nie, Kinga. To ja przepraszam. Miałaś rację. Nie powinnam wchodzić bez zapowiedzi. Zapomniałam, że jesteś dorosła i że to twój dom.

Spojrzała na mnie ze zdziwieniem.

– Mamo, ja cię kocham – powiedziała cicho. – Ale nie mogę być twoim całym światem. Nie udźwignę tego. Musisz znaleźć sobie coś swojego. Coś poza mną.

Usiadłyśmy przy herbacie. Wyciągnęłam z torebki zapasowe klucze do jej mieszkania.

– Zabierz je – wsunęłam pęk metalu w jej dłoń. – Jeśli będziesz chciała, żebym podlała kwiaty, dasz mi je wtedy. A na co dzień... lepiej, żebyś czuła się u siebie swobodnie.

Kinga zacisnęła palce na kluczach. Widziałam w jej oczach ulgę.

– Dziękuję, mamo.

Tamtego dnia zrozumiałam, że moja rola się zmieniła. Nie jestem już menedżerem jej życia. Jestem kibicem. I to musi mi wystarczyć. Zaczęłam szukać zajęć dla seniorów. Zapisałam się na kurs komputerowy i gimnastykę. Czasem wracam do pustego domu i cisza wciąż dzwoni w uszach, ale wiem, że Kinga ma prawo do własnego życia, a ja mam obowiązek zbudować swoje na nowo. Faworków na razie nie smażę. Może na Wielkanoc. Jednak tym razem najpierw zadzwonię i zapytam, czy córka ma na nie ochotę.

Halina, 64 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama