„Mój mąż śmierdział bazylią, a ja doskonale wiedziałam, co to oznacza. Wróciłam z Włoch i złożyłam papiery o rozwód”
„Mąż miał wrócić o jedenastej, a było już po północy. Oparłam się o balustradę i wsłuchałam w kroki na schodach. Gdy otworzył drzwi, uderzył mnie znajomy zapach bazylii, tym razem mocniejszy, jakby zmieszany z czymś słodkim, obcym”.

- Redakcja
Pracowaliśmy sezonowe we Włoszech. On gotował w małej restauracji na wzgórzu, ja meldowałam gości w hotelu pachnącym cytrynami. Każde lato miało ten sam rytm: poranne espresso, praca, krótki spacer nad morzem, wieczorne wino na balkonie. Paweł wracał późno i zawsze pachnący bazylią. Na początku lubiłam ten aromat: łagodnie kładł mi się na skórze jak obietnica. W tym roku coś się zmieniło. Nie umiałam tego nazwać, więc wdychałam aromat ziół i czekałam. Aż drobny niepokój urósł we mnie.
Nabrałam podejrzeń
Siedziałam tego wieczoru na balkonie. Z kuchni dochodziły ostatnie stłumione odgłosy – ktoś odkładał garnki, ktoś zmywał talerze. Mąż miał wrócić o jedenastej, a było już po północy. Oparłam się o balustradę i wsłuchałam w kroki na schodach. Gdy otworzył drzwi, uderzył mnie znajomy zapach bazylii, tym razem mocniejszy, jakby zmieszany z czymś słodkim, obcym.
– Czemu tak późno wróciłeś? – zapytałam, starając się zabrzmieć neutralnie.
– Rozmawiałem z kolegami po pracy – rzucił lekko, zdejmując fartuch.
– Ciekawe... Mocno pachniesz bazylią.
Zawiesił na mnie spojrzenie, w którym mieszała się irytacja i zaskoczenie.
– Przecież w kuchni bazylia jest wszędzie. Co w tym dziwnego?
– Może to, że nie pachniesz tylko nią – odpowiedziałam, czując, że mój ton staje się ostrzejszy.
Odwrócił się. Nie miał ochoty ciągnąć rozmowy. Przez chwilę wpatrywałam się w jego plecy, zastanawiając się, czemu tak trudno jest mu po prostu opowiedzieć prawdę. Kiedy poszedł pod prysznic, usiadłam na łóżku. W powietrzu wciąż unosił się ten aromat. Patrzyłam na uchylone drzwi łazienki i czułam, że w tym zapachu kryje się coś, czego nie chcę nazwać. Ale już wtedy wiedziałam, że nie przestanę o tym myśleć.
Przestałam mu ufać
Od tamtego wieczoru zaczęłam zauważać rzeczy, które wcześniej uciekały mojej uwadze. Zielone listki bazylii przyklejone do fartucha, kiedy wracał z pracy. Delikatny uśmiech, który pojawiał się na jego twarzy, gdy czytał wiadomości w telefonie, jakby ktoś szeptał mu coś do ucha. Na plaży, zamiast patrzeć na fale, wpatrywał się w ekran, stukając kciukiem po klawiaturze.
– Od kogo dostajesz te wiadomości? – zapytałam pewnego popołudnia, gdy słońce powoli chowało się za horyzontem.
– A co, nie mogę mieć koleżanek? – odpowiedział z udawanym rozbawieniem, ale w oczach miał cień irytacji.
– Pytam tylko.
Wzruszyłam ramionami, choć w środku czułam, że odpowiedź jest wymijająca. Starałam się nie drążyć tematu. W myślach jednak zaczynałam układać własne scenariusze. Widok Pawła pochylającego się nad garnkiem z ziołami mieszał mi się z obrazem, w którym czyjeś dłonie podają mu te zioła z uśmiechem. Czułam, że nasza włoska codzienność – gorąca, pachnąca morzem i oliwą – staje się tylko tłem dla czegoś, co dzieje się obok mnie, a może nawet beze mnie. Wieczorami siadałam na balkonie sama. Słyszałam śmiech, rozmowy po włosku. Kiedy Paweł wracał, już nie miałam pewności, czy ten zapach jest jeszcze nasz.
Serce zabiło mi mocniej
W sobotę rano wstałam wcześniej niż zwykle. Powietrze było rześkie, a ulice jeszcze puste. Poszłam na targ po pomidory. Lubiłam te chwile, kiedy mogłam przechadzać się między straganami, wdychając zapach świeżych ziół i owoców. Przy jednym z końców targu, między stoiskiem z oliwkami a tym z kwiatami, nagle zobaczyłam męża. Stał bokiem do mnie, w jasnej koszuli. Obok niego młoda Włoszka. Miła może dwadzieścia kilka lat, ciemne włosy związane w luźny kok, w rękach kosz pełen bazylii i rozmarynu. Śmiali się do siebie, pochylając głowy tak blisko, że wystarczyłby lekki ruch, by ich czoła się zetknęły.
Zatrzymałam się. Poczułam, jak serce mi przyspiesza. Zapach bazylii, unoszący się od jej kosza, uderzył we mnie gwałtownie, jak policzek. Paweł odwrócił głowę i nasze spojrzenia się spotkały. Uśmiech zniknął z jego twarzy.
– A to kto? – spytałam, starając się, by głos mi nie zadrżał.
– Lucia, koleżanka z pracy – odpowiedział, tonem zbyt szybkim, jakby chciał zamknąć temat.
Lucia, nieświadoma napięcia, i podała mi rękę. Nie odwzajemniłam gestu. W gardle czułam gorycz. Odwróciłam się na pięcie, zostawiając za sobą mieszaninę zapachów – pomidorów, oliwek i tej wszechobecnej bazylii, która nagle stała się ciężka, dusząca. Wiedziałam, że to nie przypadek. Wszystkie moje drobne podejrzenia nagle nabrały kształtu.
Byłam wściekła
Wieczorem usłyszałam jego kroki na schodach. Drzwi otworzyły się powoli, jakby liczył, że wejdzie niezauważony.
– Chcę porozmawiać – powiedziałam, zanim zdążył sięgnąć po szklankę wody.
– Jestem zmęczony. Pogadamy jutro.
– Nie. Dzisiaj. – Moje słowa zabrzmiały twardo. – Nie chcę słuchać o koleżankach. Chcę wiedzieć, dlaczego nią pachniesz.
Zamarł na moment, potem prychnął z niedowierzaniem.
– O co ci chodzi?
– Widziałam was na targu – odpowiedziałam, patrząc mu prosto w oczy.
Milczał chwilę, a potem wzruszył ramionami.
– Dobrze nam się rozmawia po pracy. To wszystko.
– To wszystko? – powtórzyłam. – Wiesz, jak to brzmi?
Paweł przeszedł do okna, oparł się o parapet.
– Może po prostu potrzebuję trochę oddechu.
Poczułam, jak we mnie rośnie gniew.
– Oddechu? Wspólne życie to dla ciebie duszenie się?
Nie odpowiedział. Patrzył gdzieś w dal, w ciemne ulice, jakby chciał stamtąd wyczytać rozwiązanie.
Poznałam prawdę
Następnej nocy siedziałam na balkonie do późna, słuchając odległych rozmów, aż w końcu ulice ucichły. O świcie obudził mnie hałas dostawczego samochodu na placu i dziwne, nieprzyjemne uczucie w żołądku. Włożyłam sukienkę, wyszłam na miasto, jakby spacer miał mi przynieść odpowiedzi. Kiedy mijałam restaurację męża, zobaczyłam ich. Stali przy drzwiach – Lucia podawała mu papierową torebkę, z której wystawały zielone łodyżki bazylii. Ich dłonie zetknęły się na dłużej, niż wymagało to przekazanie pakunku. Śmiała się cicho, a on patrzył na nią tym spojrzeniem, którego od dawna nie kierował w moją stronę.
– Już nie musisz się tłumaczyć – powiedziałam, podchodząc bliżej.
Głos miałam spokojny, choć czułam, że kolana lekko mi drżą.
– To nie tak, jak myślisz – odpowiedział, odwracając się do mnie.
– Nie interesuje mnie, jak jest. Wiem, jak pachnie.
Odwróciłam się i ruszyłam w stronę hotelu. Tego dnia pracowałam mechanicznie, z uśmiechem, który przyklejałam tylko wtedy, gdy ktoś patrzył. W głowie miałam obraz ich dłoni, śmiechu, zielonych liści. Wiedziałam, że między nami pękło coś więcej niż zaufanie. I że tego zapachu – świeżego, słodkawego, kiedyś mojego – nie zapomnę już nigdy.
Wróciłam do domu
Spakowałam walizkę i wyjechałam wcześniej, niż planowaliśmy. W pokoju unosił się zapach świeżo pranej pościeli, który nie był w stanie zagłuszyć aromatu bazylii. W ostatni dzień poszłam na krótki spacer nad morze. Fale były spokojne, a powietrze rześkie. Niosło w sobie zapach soli i cytryn. Lubiłam te chwile, zanim miasto obudziło się na dobre. Na targ poszłam już tylko po to, by przejść między straganami. Sprzedawcy witali mnie jak stałą klientkę, uśmiechali się, podając kosze pełne pomidorów, ziół, oliwek. Zatrzymałam się przy stoisku, gdzie zwykle kupowałam bazylię. Nie sięgnęłam po nią. Wiedziałam, że w mojej kuchni nigdy już nie będzie pachniała tak samo.
Gdy wróciłam do mieszkania, mąż siedział w kuchni, oparty o stół. Patrzył w blat, nie podnosząc wzroku. Moja walizka była już zapięta na zamek, a na krześle leżała torba podręczna. Chciałam coś powiedzieć, ale każde zdanie brzmiało w mojej głowie jak banał.
– Wyjeżdżasz? – zapytał w końcu, głosem cichym, bez emocji.
– Tak – odpowiedziałam.
I to było wszystko. Nie było pożegnania. Wyszłam, a drzwi zamknęły się za mną bezgłośnie. Na ulicy czułam jeszcze poranny chłód, ale w oddali unosił się znajomy aromat ziół. Szedł za mną, jakby chciał przypomnieć, że są rzeczy, których nie można zostawić za sobą. Wiedziałam, że ta historia nie miała końca w słowach, tylko w zapachu. A zapach potrafi być silniejszy od wszystkich tłumaczeń.
Iwona, 28 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na emeryturze odkryłam, że nie muszę wyjeżdżać do Chorwacji, bo w Polsce czuję, że żyję. Kryzys obróciłam w szansę”
- „Nieurodziwy sąsiad zabrał mnie windą do nieba. Osiągnęliśmy piękny szczyt, ale zaraz potem zaliczyłam twarde lądowanie”
- „Wskoczyłbym za narzeczoną w otchłań i dziś byłbym na tamtym świecie. Spuściła moją miłość w szambie”