„Zapis w testamencie ojca był jak policzek. Młoda macoszka przejęła wszystko, a na koniec wysiudała nas z interesu”
„Świadomość, że to macocha siedzi za biurkiem ojca, doprowadzała mnie do szału. Ona sama wydawała się opanowana, ale coś w jej spojrzeniu mówiło mi, że czeka na nasz pierwszy błąd”.

- Redakcja
Od dziecka wiedziałem, że przejmę firmę ojca. To było oczywiste – byłem najstarszy, najbardziej zaangażowany, od lat pracowałem u jego boku. Patrzyłem, jak buduje ten biznes, jak ze zwykłego warsztatu wyrasta potężne przedsiębiorstwo. Ojciec był człowiekiem twardym, oschłym, ale sprawiedliwym. Nie rozdawał pochwał, nie klepał po ramieniu, ale wiedziałem, że mnie szanuje. A przynajmniej tak myślałem. Rodzeństwo nigdy się firmą nie interesowało. Monika robiła karierę w marketingu, ironicznie komentując rodzinny interes, jakby to była jakaś śmieszna manufaktura. Marek? Wieczny artysta, żyjący chwilą, zmieniający plany co dwa miesiące. Czasem wracał, kiedy kończyły mu się pieniądze, ale szybko znikał, gdy tylko trafiła się nowa „inspiracja”. No i była jeszcze Alicja... Pojawiła się, gdy miałem dwadzieścia lat. Macocha, którą traktowaliśmy jak intruza, choć udawała troskliwą i uśmiechniętą. Dla mnie była tylko kobietą, która odebrała nam ojca, a teraz miała jeszcze dostać część jego majątku. Ale nie podejrzewałem, że aż tak wielką.
Kiedy ojciec umarł, nie mogłem się otrząsnąć. Nie dlatego, że czułem ból – chyba nigdy nie byliśmy sobie bliscy. Bardziej dlatego, że nagle świat, który znałem, miał się zmienić. Sądziłem, że testament to tylko formalność. Mój plan był prosty: przejąć firmę, poprowadzić ją dalej i w końcu udowodnić ojcu, że zasłużyłem na jego uznanie. Ale życie miało dla mnie inny scenariusz.
Krew odpłynęła mi z twarzy
Siedzieliśmy w kancelarii notarialnej. Byłem spięty, ale pewny siebie. Monika siedziała z ramionami skrzyżowanymi na piersi, jakby chciała pokazać, że cała sytuacja ją bawi. Marek tkwił rozparty na krześle, z nieodłącznym uśmieszkiem człowieka, którego nic nie rusza. A Alicja… Ona była spokojna, niemal pogodna, jakby znała już treść testamentu. Notariusz chrząknął i zaczął czytać. Najpierw formalności – nieruchomości podzielone równo między naszą trójkę. Pieniądze również. Słuchałem tego, ale nie interesowało mnie to zbytnio. Czekałem na najważniejsze zdanie.
– Jeśli chodzi o firmę – kontynuował notariusz – jedynym spadkobiercą zostaje pani Alicja.
Cisza, która zapadła, była gęsta jak smoła. Poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy.
– Co?! – wybuchnąłem. – To jakaś pomyłka!
– Przykro mi, panie Adamie, ale taki jest zapis testamentu – odparł spokojnie notariusz.
– Nie ma mowy – Monika odchyliła się na krześle. – Ojciec by tego nie zrobił.
Marek gwizdnął cicho.
– No, no… A ja myślałem, że najbardziej pokrzywdzony będę ja.
Alicja milczała, patrząc na nas z wyrazem... czy to była satysfakcja?
– To jeszcze nie wszystko – wtrącił notariusz. – Testament zawiera dodatkową klauzulę.
Spojrzeliśmy na niego, a ja poczułem, że to dopiero początek piekła.
Myślałem, że to żart
Wyszliśmy z kancelarii jak ogłuszeni. Nawet Monika nie miała na miejscu żadnej ciętej riposty. Na szczęście brat pierwszy się ocknął.
– Dobra, co teraz? Bo chyba nie zamierzacie się z tym pogodzić, co? – spojrzał na nas, uśmiechając się lekko, jakby czekał na dobrą zabawę.
– To oczywiste – warknąłem. – Ten testament to absurd. Musimy coś z tym zrobić.
Usiedliśmy w pobliskiej kawiarni. Monika zamówiła wino, Marek piwo, ja nawet nie spojrzałem na menu.
– Dobra, co było w tej klauzuli? – zapytała Monika, bawiąc się kieliszkiem.
Zacisnąłem pięści.
– Firma może przejść na nas, ale tylko pod warunkiem, że przez rok będziemy zgodnie współpracować. Żadnych kłótni, żadnych konfliktów. Ani między nami, ani z Alicją.
Monika prychnęła.
– Czy ojciec nas w ogóle znał?
Marek zaśmiał się cicho.
– No właśnie. To jakiś żart. Jak długo wytrzymaliśmy razem w jednym pokoju bez kłótni? Siedem minut?
– To nie jest śmieszne! – uderzyłem pięścią w stół, a kilka osób spojrzało na mnie krzywo. – Ta firma to całe moje życie!
– Twoje, nie nasze – rzuciła Monika.
– Ale kasa z firmy jest kusząca, prawda? – Marek uniósł brwi. – Może jednak warto poudawać rodzinne ciepło?
– Udawać? – powtórzyła Monika. – Myślisz, że Alicja nie zrobi wszystkiego, żeby nas skłócić?
Milczeliśmy przez chwilę. Wiedziałem jedno – jeśli chcemy odzyskać firmę, musimy trzymać się razem. Problem w tym, że nigdy tego nie potrafiliśmy.
Wpadłem w pułapkę
Macocha zaprosiła nas na spotkanie w biurze ojca. Przyszliśmy niechętnie, ale każdy z nas wiedział, że musimy to zrobić. Kiedy weszliśmy, siedziała już przy dużym mahoniowym stole, dokładnie tam, gdzie zawsze siedział ojciec.
– Cieszę się, że przyszliście – powiedziała z uśmiechem, który od razu mnie zirytował.
– Nie udawaj – rzuciła Monika, siadając naprzeciwko niej. – Nie cieszysz się. Chcesz tylko zobaczyć, jak bardzo jesteśmy wściekli.
– Myślisz, że to była moja decyzja? – Alicja przechyliła głowę, udając niewinność. – To wasz ojciec tak postanowił.
– Ojciec nigdy by tego nie zrobił – warknąłem.
– A jednak zrobił. Może po prostu uznał, że nie zasługujecie na firmę? – Uniosła brew, a jej spokojny ton działał na mnie jak płachta na byka.
Zacisnąłem pięści, czując, że wpadamy w jej pułapkę.
– No dobrze – Marek odezwał się nagle. – Nie lubimy się, to jasne. Ale musimy jakoś wytrzymać ten rok. Więc... co proponujesz, macoszko?
Alicja spojrzała na niego z cieniem uśmiechu.
– Proponuję spokój i współpracę. Ja będę zarządzać firmą, wy możecie się angażować... w ramach rozsądku. Jeśli chcecie ją odzyskać, musicie się dostosować.
– Czyli mamy się ciebie słuchać – podsumowała Monika.
– Możecie to nazwać, jak chcecie.
Marek spojrzał na nas i uśmiechnął się lekko.
– No to zapowiada się ciekawy rok.
Czułem, że to dopiero początek jej gry.
Czekała, aż popełnię błąd
Zgodnie z umową mieliśmy współpracować. Przez pierwszy tydzień każdy z nas udawał, że się stara. Monika przychodziła do firmy punktualnie, choć patrzyła na wszystko z obrzydzeniem. Marek snuł się po biurze, udając zainteresowanie, ale nie robił nic konkretnego. A ja próbowałem zapanować nad wszystkim, ale świadomość, że to macocha siedzi za biurkiem ojca, doprowadzała mnie do szału. Ona sama wydawała się opanowana, ale coś w jej spojrzeniu mówiło mi, że czeka na nasz pierwszy błąd.
– Masz chwilę? – rzuciłem któregoś dnia, wchodząc do jej gabinetu.
– Wejdź, proszę – uśmiechnęła się fałszywie i wskazała mi fotel.
– Dlaczego to zrobiłaś? – zapytałem prosto z mostu. – Przecież wiedziałaś, że to moja firma.
– To firma twojego ojca – poprawiła mnie. – A teraz moja.
– To dla ciebie tylko gra, prawda? – zacisnąłem szczęki.
Alicja wstała i oparła się o biurko.
– To dla mnie szansa. I ostrzegam cię, Adamie… Jeśli myślisz, że pozwolę wam ją odebrać, to się mylisz.
Zacisnąłem pięści, wiedząc, że nie mogę się wściec. Każda kłótnia była krokiem w stronę porażki.
Wieczorem spotkaliśmy się we trójkę w domu Moniki.
– Musimy coś wymyślić – powiedziałem, nalewając sobie whisky. – Alicja tylko czeka, aż któreś z nas wybuchnie.
– A co, jeśli to my pierwsi wbijemy jej nóż w plecy? – Monika uśmiechnęła się zimno.
Marek się roześmiał.
– No, nareszcie zaczyna mi się to podobać.
Wiedziałem, że to się źle skończy.
Potraktowała nie jak dziecko
Zaczęliśmy działać. Monika, ze swoją przebiegłością, postanowiła uderzyć w wizerunek Alicji. Miała kontakty w mediach i znała paru dziennikarzy gotowych do publikowania niewygodnych materiałów. Marek – o dziwo – wziął na siebie rolę szpiega. Udawał beztroskiego luzaka, ale cały czas kręcił się po firmie, słuchał rozmów, podglądał dokumenty. A ja? Ja czekałem. Gotowałem się w środku, ale wiedziałem, że jeśli coś ma pójść nie tak, to nie przez moje nerwy. Macocha, jakby przeczuwała, że coś kombinujemy, nagle zaczęła być dla nas uprzejma.
– Gdybyś podszedł do tego z mniejszą agresją, moglibyśmy się nawet dogadać – zagadnęła mnie pewnego dnia.
– Dogadać? – prychnąłem. – Co masz na myśli?
– Może znalazłoby się dla ciebie miejsce jako współzarządzającego. Oczywiście pod moim nadzorem.
Poczułem, jak zaciskam pięści.
– Wspaniałomyślna propozycja.
– Pomyśl o tym – uśmiechnęła się.
Tego samego dnia Monika odkryła coś ciekawego – Alicja od miesięcy kontaktowała się z dużą zagraniczną korporacją. Wszystko wskazywało na to, że zamierza sprzedać firmę.
– Wiedziałam, że nie chce jej prowadzić! – Monika rzuciła na stół wydrukowane maile.
– No i co teraz? – zapytał Marek, bawiąc się zapalniczką.
Zerknąłem na rodzeństwo.
– Teraz? Musimy sprawić, żeby to ona popełniła błąd.
Nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, jak blisko jesteśmy katastrofy.
Mój świat się skończył
Nie wytrzymaliśmy roku. Wszystko rozpadło się w jednej chwili. Była późna noc, siedzieliśmy w biurze, analizując kolejne dokumenty, szukając haka na Alicję. Marek znalazł coś, co mogło być dowodem na to, że od miesięcy planowała sprzedaż firmy, ale w tamtym momencie byliśmy już zbyt wyczerpani, zbyt rozdrażnieni, zbyt blisko krawędzi.
– Trzeba działać teraz – naciskałem. – Jutro może być za późno!
– A jeśli się mylisz? – Monika spojrzała na mnie zimno. – Jeśli to nic nie znaczy?
– Po co w ogóle to robimy? – Marek wzruszył ramionami. – Może lepiej dać jej to wszystko i mieć święty spokój?
– Jesteś idiotą – syknąłem.
– A ty jesteś obsesyjnie zapatrzony w firmę, której ojciec i tak ci nie zostawił! – warknęła Monika.
Nie pamiętam, kto pierwszy podniósł głos. Może ja. Może ona. Wiem tylko, że w końcu Marek przewrócił krzesło, Monika rzuciła teczką o podłogę, a ja wypaliłem coś, czego nie powinienem był mówić. Następnego dnia Alicja z uśmiechem oznajmiła, że właśnie straciliśmy wszystko.
– Przykro mi – powiedziała bez cienia żalu. – Ale wiecie, że nie mogłam się tego doczekać.
Marek tylko się roześmiał. Monika wyszła bez słowa. A ja… ja stałem tam, patrząc, jak mój świat się kończy. Później było już tylko gorzej. Każde z nas poszło w swoją stronę. Nie wiem, kiedy znów się zobaczymy. Może nigdy. Ojciec nie tylko odebrał mi firmę. Odebrał mi rodzinę. Alicja wygrała.
Adam, 42 lata