„Córka zrobiła ze mnie prywatny autobus dla wnuków. Nie mam swojego życia, bo kursuję między szkołą, plastyką, a baletem”
„Dojechałyśmy spóźnione pięć minut. Hania wybiegła z auta, a ja zostałam na parkingu, myśląc, że mogłam jednak pojechać z Grażyną do kina. Siedziałabym teraz w ciepełku, z kubkiem kawy, zamiast marznąć pod domem kultury”.

- Redakcja
To nie tak, że ja tych moich wnuków nie kocham. Kocham. I to bardzo. Zrobiłabym dla nich wszystko, gdyby tylko trzeba było. Ale czasem... no, czasem człowiek też by chciał odpocząć. Nic z tych rzeczy. Zapisali dzieciaki na te wszystkie kursy, bo przecież „rozwój ważny”, „dzieci muszą mieć kontakt z rówieśnikami” i – moje ulubione – „żeby nie siedziały w telefonach”. A kto ma je wozić? No przecież nie oni! Ich przecież praca, spotkania, terminy, klient nie poczeka. A babcia? Babcia przecież ma czas.
To nie jest tak, że ja nie chcę pomagać. Jednak odkąd moje życie to jedno wielkie „mamo, zawieź dzieci na angielski”, „mamo, odbierz z basenu”, „mamo, pamiętaj o tenisie o 19:30”, to ja naprawdę mam ochotę rzucić torbę do bagażnika i pojechać gdziekolwiek. Byle dalej. Najgorsze, że jak się próbuję odezwać, to słyszę: „Ale przecież lubisz z nimi być!”. No jasne. Lubię, ale chcę też mieć własne życie. Wszystko było jeszcze jako tako do przełknięcia. Do ostatniego czwartku.
Zdenerwowała mnie
– Mamo, dałabyś radę odebrać Hanię z baletu i potem zawieźć ją od razu na plastykę? – zapytała mnie w środę wieczorem córka, nawet nie podnosząc głowy znad laptopa. – Tylko musisz być punktualnie o siedemnastej, bo nauczycielka się denerwuje, jak dzieci wchodzą spóźnione.
– A czy ktoś mnie w ogóle zapytał, czy mam coś innego zaplanowane na czwartek? – rzuciłam sucho.
Córka wreszcie spojrzała na mnie.
– A masz coś? – zapytała takim tonem, jakby pytała o lot w kosmos.
– Miałam iść z Grażyną do kina. Od miesiąca planowałyśmy.
– A może uda się wam iść w przyszłym tygodniu? No proszę, mamo.
– Hania liczy, żeby ktoś ją tam zawiózł, bo nie wie, ile to kosztuje czasu, nerwów i benzyny. – Westchnęłam. – A ja też bym chciała, żeby ktoś czasem zapytał, co mnie cieszy. Albo chociaż zaproponował, że zawiezie mi auto na przegląd, bo od trzech tygodni mi się kontrolka świeci.
– Oj, mamo… – Córka znowu spojrzała na ekran. – Wiesz, że nie mamy teraz czasu na takie rzeczy.
– No właśnie. Wy nie macie czasu. A ja mam go za dużo, więc zapełniacie mi grafik swoimi dziećmi.
– Trochę przesadzasz.
– Nie, kochanie. Przesadzać to będę, jak któregoś dnia nie odbiorę dzieci. Bo babcia też ma swoje życie.
Robiłam za kierowcę
W czwartek o 16:30 stałam już pod szkołą tańca, opatulona szalem, zmarznięta na kość. Termometr w aucie pokazywał trzy stopnie. Czekałam już dziesięć minut, a Hani jak nie było, tak nie było. W końcu drzwi się otworzyły. Hania wyszła jak księżniczka – powolnym krokiem, z włosami spiętymi w idealny kok, trzymając swoją miniaturową torbę z baletkami.
– Babciu, miałyśmy układ do „Jeziora łabędziego”! – zawołała z entuzjazmem. – A ja jestem w środku, bo pani mówi, że mam świetną postawę!
– Cudownie, skarbie, ale szybciutko do auta, bo zaraz będziemy spóźnione na plastykę. – Poklepałam jej fotelik. – Jeszcze tylko korki i dwa ronda.
– Jestem głodna! – oznajmiła, zapinając pas. – Mama miała mi dać kanapkę.
Zerknęłam do swojej torebki. Miałam jedno jabłko i miętówki.
– Możemy kupić coś po drodze. Może drożdżówkę?
– Nie, ja chcę kanapkę z serem i ogórkiem.
– W drożdżówce też jest ser, tylko w innej wersji – mruknęłam, odpalając silnik.
Dojechałyśmy spóźnione pięć minut. Hania wybiegła z auta, a ja zostałam na parkingu, myśląc, że mogłam jednak pojechać z Grażyną do kina. Siedziałabym teraz w ciepełku, z kubkiem kawy, zamiast marznąć pod domem kultury.
Zadzwoniłam do córki.
– Hania weszła. Odebrać ją po zajęciach?
– Tak, mamo, proszę cię. A możesz potem jeszcze zajrzeć do Lidla po jogurty i jajka?
– Może jeszcze pranie rozwiesić?
– O, jeśli masz siłę, to by było super…
Odłożyłam telefon.
– „Super”... – powtórzyłam pod nosem.
Postawiłam sprawę jasno
Następnego dnia postanowiłam sobie, że pogadam z zięciem. W końcu on też jest rodzicem tych dzieci, a jakoś rzadko się udziela w logistyce pozalekcyjnej. Zastałam go wieczorem w kuchni.
– Masz chwilę? – zaczęłam, siadając przy stole.
– Jasne, co tam, mamo? – uśmiechnął się, nie przerywając pakowania.
– Chciałam pogadać o tych wszystkich zajęciach dzieci. Trochę się robi tego za dużo… dla mnie.
– Jak to? Dzieciaki przecież lubią te zajęcia, Hania aż promienieje po balecie.
– A ja nie promienieję, kiedy muszę je codziennie rozwozić, stać pod szkołami, czekać w korkach. Mam wrażenie, że jestem darmowym kierowcą.
Zięć przystanął i spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
– Przecież mówiłaś, że uwielbiasz spędzać czas z wnukami!
– Uwielbiam. Tylko nie w aucie, w korku, z listą zakupów w ręce i bagażnikiem pełnym plecaków.
– Myślałem, że robisz to z serca.
– Serce mam jedno, ale już nie mam cierpliwości. Czy ty wiesz, że od miesiąca nie byłam w kinie? Ani na basenie? Że nie przeczytałam żadnej książki, bo wieczorami zasypiam z głową na kuchennym stole?
– Mamo, przesadzasz… – Kamil zmarszczył brwi.
– Nie przesadzam. Albo ustalicie jakiś grafik i też będziecie wozić dzieci, albo… – zawahałam się – przestaję. Wybieram siebie.
Zięć spojrzał na mnie uważnie.
– No dobra. Pogadam z Martą. Może faktycznie… trochę cię wykorzystujemy.
Zamarłam
W sobotę usiadłam z wnukami przy stole, żeby pograć w grę planszową. Wreszcie coś dla przyjemności. Nie trwało to długo.
– Babciu, a pojedziesz ze mną jutro na turniej szachowy? – spytał Kuba, wciskając pionek do dziupli z grzybem.
– Jaki turniej, złotko?
– No ten, co mama mówiła. Od ósmej rano do piętnastej. W szkole na drugim końcu miasta.
Zamarłam.
– A twoja mama? Albo tata?
– Mama mówi, że idzie na jogę, a tata... nie wiem. Może biegać? – wzruszył ramionami.
Weszła Marta z telefonem przy uchu, ale jak mnie zobaczyła, zakończyła rozmowę.
– A, właśnie! Kuba powiedział ci o turnieju? – zapytała z uśmiechem.
– Powiedział. I powiedział też, że jedyną osobą, która może go zawieźć, jestem ja.
– No bo kto inny? – rzuciła naturalnie. – Kamil rano biega, ja mam zajęcia, a ty przecież i tak nie masz nic do roboty.
Zawiesiłam wzrok na niej.
– Naprawdę tak myślisz?
– Mamo, nie obrażaj się. Chodzi o to, że masz wolny dzień, to chyba fajnie, że możesz spędzić go z Kubą.
– Chciałam go spędzić… ze sobą.
– Mamo, przecież tylko pytam, nie musisz od razu robić sceny.
– Powoli mam tego dosyć. Zaczynam się czuć jak wasza prywatna taksówka.
Zbuntowałam się
W niedzielę wstałam wcześniej niż zwykle. Zaparzyłam kawę, zjadłam dwie kanapki z dżemem truskawkowym i usiadłam przy stole z notesem. Przez chwilę tylko patrzyłam w okno, aż w końcu wzięłam długopis i zaczęłam pisać:
„Nie odbiorę dziś Kuby z turnieju. Nie zawiozę Hani na plastykę. Nie podjadę po jogurty. Mam dziś wolne. Mama”.
Zostawiłam kartkę na blacie. Bez złości. Bez wyrzutów. Po prostu prawdę. Potem ubrałam się w kurtkę, wzięłam parasolkę, bo siąpił deszcz, i wyszłam. Pierwszy przystanek: kawiarnia na rynku. Kupiłam sobie cappuccino z pianką i ciastko marchewkowe z kremem. Usiadłam sama przy oknie. I wiecie co? Po raz pierwszy od dawna poczułam się jak kobieta, nie jak babcia na zawołanie. Po godzinie zadzwonił telefon. Marta.
– Mamo?! Gdzie ty jesteś?
– W mieście. Piję kawę.
– Kuba siedzi sam w szkole! Nikt nie przyszedł go odebrać!
– No przecież napisałam ci kartkę. Że mam dziś wolne.
– Ale… ty zawsze…
– No właśnie. Zawsze ja. A teraz nie. Wasz syn, wasza odpowiedzialność.
Cisza. W słuchawce tylko cichy oddech.
– Mamo, przepraszam. Naprawdę nie wiedziałam, że aż tak to widzisz.
– Bo mnie nigdy nie pytaliście, jak to widzę.
Po południu wróciłam do domu. Marta siedziała w kuchni, blada. Kamil zmywał naczynia, Kuba układał puzzle z Hanią.
– Babciu, wróciłaś! – zawołała mała.
Uśmiechnęłam się do wnuczki.
W końcu miałam czas dla siebie
W poniedziałek rano Marta przyszła do mnie z kubkiem herbaty. Bez laptopa, bez telefonu w dłoni. Usiadła obok na kanapie.
– Mamo, długo myślałam o tym wszystkim i chyba… chyba nie słuchałam cię od miesięcy.
– Nie chyba, tylko na pewno – odpowiedziałam łagodnie, ale bez słodzenia.
– Masz rację. Przerzuciliśmy na ciebie cały ciężar logistyki, bo było wygodnie. Bo ty się nigdy nie skarżyłaś…
– Bo mnie nikt nie pytał.
– Wiem. I przepraszam. Od teraz układ będzie inny. Wypisaliśmy Hanię z jednych zajęć – Marta spojrzała na mnie pytająco – z tej plastyki w czwartek. I zapisałam ją na zajęcia w naszej szkole, tuż obok domu. Sama ją będę zawozić.
– O. Cud się wydarzył?
– Nie cud, tylko wyrzuty sumienia. Kamil też bierze jeden dzień na siebie. I… znalazłam dziewczynę, studentkę, która może raz w tygodniu pomóc przy odwożeniu dzieci. Za wynagrodzeniem, oczywiście.
– No proszę…
– Mamo, ale jeśli kiedyś… z własnej woli… chciałabyś z nimi gdzieś pojechać – uśmiechnęła się lekko – to one cię naprawdę kochają. I pytają o ciebie codziennie.
– Też je kocham. Ale wiesz, czasem warto kogoś pokochać jeszcze bardziej.
– Kogo?
– Samą siebie. Bo jak o siebie nie zadbam, to nie będzie komu wnuków odbierać. Ani opowiadać im bajek. Ani mówić, gdzie się naprawdę kończy cierpliwość babci.
Obie się roześmiałyśmy. A potem poszłam do kuchni i zjadłam śniadanie.
Maryla, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chciałam iść na andrzejki do znajomych, ale musiałam zajmować się wnukami. Po godzinie miałam ich po dziurki w nosie”
- „Zdębiałem, gdy narzeczona zdradziła mi swoje grzeszne zachcianki. Zgodziłem się, ale do dziś pluję sobie w brodę”
- „Żona zmieniła moje życie w żart. Miałem być tatusiem gromadki maluszków, lecz dziś nie ma mi kto ich urodzić”