Reklama

Nie zamierzałam robić z siebie męczennicy. Nie miałam z nią nigdy bliższej relacji – zresztą to mało powiedziane. Ale kiedy przyszło co do czego, to właśnie ja – „obca baba”, jak mnie potrafiła kiedyś nazwać – dopięłam wszystko na ostatni guzik. Od pogrzebowej sukienki, przez wiązanki, po stypę w tej przyzwoitej restauracji niedaleko cmentarza.

Za własne pieniądze. Bo rodzina, jak zwykle, miała ważniejsze sprawy na głowie. A potem, gdy ukazał się nekrolog... No cóż. Przeczytałam go trzy razy, z zapartym tchem, jakbym wzrokiem mogła coś zmienić. Mojego imienia tam nie było. Tylko zimne, formalne: „Z żalem zawiadamiają: syn Jan z rodziną”. Niech będzie. Opowiem wam, jak do tego doszło. I może sami ocenicie, kto tu naprawdę był rodziną, a kto tylko ładnie wyglądał na zdjęciach.

Nie podał nawet herbaty

Stypa była… poprawna. Taka w sam raz, żeby nikt nie mógł powiedzieć, że nie uszanowaliśmy zmarłej. Obrus, kotlety, rosół, ciasto z makiem i kawa w porcelanie. Nawet modlitwę poprowadził kuzyn Piotr, ten sam, który od siedmiu lat nie zadzwonił do teściowej ani razu.

Piękne pożegnanie, Klara – powiedziała bratowa, całując mnie w policzek. – Naprawdę wszystko dopięłaś cudownie.

– Dziękuję. Robiłam, co mogłam – odpowiedziałam, choć zaciskałam zęby.

– Janek mówił, że to wszystko twoja zasługa – dodała słodko, jakby to był komplement, a nie wyrzut sumienia. – On biedny, taki załamany…

Spojrzałam w stronę mojego męża. Stał pod oknem z talerzem w ręce, śmiał się cicho z czymś z kuzynem Marcinem. Załamany? Nagle obok mnie stanęła siostra teściowej, Halina.

– Klaro, kochanie, dziękujemy ci. Naprawdę. Tylko…

Zawahała się.

– Co tylko? – zapytałam uprzejmie.

– No wiesz, ten nekrolog. Może powinniśmy inaczej… jakoś… no, że z rodziną, ale... bez dopisków.

– Bez dopisków? – powtórzyłam powoli. – To znaczy?

– No, że ciebie tam nie ma. Tak wyszło, nie złośliwie.

Parsknęłam śmiechem, ale tylko w myślach.

– Nie szkodzi. Naprawdę...

– Klaro…

I tak tu będę zaglądać

Dwa dni później poszłam na cmentarz sama. Jan miał „ważne spotkanie”, które okazało się wspólnym obiadem z kolegą z pracy. Gdy pakował się do auta, tylko rzucił:

– Jak będziesz, to zerknij, czy znicz się nie wypalił. I weź jakiś nowy, bo tamten był chyba z marketu.

– Mhm – mruknęłam, zakładając płaszcz.

Cmentarz był prawie pusty. Wiatr hulał między nagrobkami, niosąc zapach suchego liścia i wilgoci. Stanęłam nad świeżym grobem. Jeszcze bez płyty, tylko drewniany krzyż z tabliczką. I ten znicz, faktycznie ledwo się tlił.

No i co, teściowo? Tak to się kończy. Pół życia mnie ignorowałaś, a teraz... – mówiłam cicho, sarkastycznie. – Na koniec zostałaś tylko ze mną.

Postawiłam nowy znicz. Złoty, z grawerowanym aniołkiem. Nie najtańszy.

– Ciekawe, czy wiedziałaś, że twój Janek nawet nie zajrzał do kosztorysu. Wystarczyło, że kiwnął głową, a ja już wiedziałam, że to ja wszystko załatwię. Zawsze tak było, prawda?

Usiadłam na ławce obok i wyciągnęłam z torebki herbatę w termosie.

– Pamiętam, jak kiedyś powiedziałaś, że nie jestem „kobietą z klasą”. Bo nie mam porcelanowej zastawy po babci i nie piekę sernika „na parze”. A potem, to ja cię nosiłam do łazienki. Ja.

– Nie oczekiwałam wdzięczności, ale wiesz, nawet zdziwiło mnie, że w tym nekrologu nie wspomnieli o mnie ani słowem. Ani słowem, rozumiesz?

Cisza była odpowiedzią. Cisza, która bardziej bolała niż niejedna obelga.

Ale nie martw się. I tak tu będę zaglądać. Bo ja tak mam. Po cichu. Po swojemu.

Myślał, że wszystko załatwił

Wróciłam do domu wieczorem. Mąż siedział w salonie z pilotem w ręce, wpatrzony w ekran, gdzie ktoś naprawiał dom po powodzi. Bez słowa zdjęłam buty, odłożyłam płaszcz i przysiadłam na skraju kanapy.

– Byłam u twojej mamy – zaczęłam.

– Wiem. I co? – zapytał obojętnie, nie odrywając wzroku od telewizora.

– Nic. Spokój, cisza. Przyniosłam znicz. Posiedziałam chwilę.

– No dobrze, to super. Dziękuję ci. Naprawdę, że się tym zajęłaś.

– A powiesz mi, dlaczego mnie nie ma w nekrologu?

Zamarł. Na sekundę. Potem wzruszył ramionami.

– Klara, przecież to nie było celowe. Sprawa z nekrologiem była szybka. Dzwonili z gazety, powiedzieli, że trzeba wysłać treść do południa. No to podałem. W stresie. W emocjach.

– A „Klara” to takie trudne do zapamiętania imię? – zapytałam spokojnie.

– No nie przesadzaj… Przecież wiedziałaś, że to formalność.

– Formalność? To znaczy, że ja jestem od formalności? Sprzątania, gotowania, robienia zakupów, opłacenia stypy?

Jan spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem, jakby pierwszy raz słyszał moje słowa.

– Ty w ogóle nie wiesz, ile to wszystko kosztowało. Ani złotówki nie dołożyłeś. Ani pytania, czy starczy.

– Ale przecież mówiliśmy, że to weźmiesz na siebie. Ty masz odłożone…

– Nie „mówiliśmy”. Ty powiedziałeś: „Załatw to, Klaruś, ty się na tym znasz”.

Milczał.

– To teraz ci powiem: zapłaciłam z własnych pieniędzy. I nie, nie domagam się zwrotu, ale nie licz, że będę robić za niewidzialną część „rodziny”.

Wstałam i wyszłam do sypialni. Drzwi zamknęły się za mną bez trzaśnięcia – cicho, jak całe moje życie przy jego boku.

Nie potrzebuje mediacji

Kilka dni później zadzwoniła do mnie kuzynka Basia. Taka wieczna mediatorka rodzinna. Spotkałyśmy się w kawiarni w centrum.

– Klaro, naprawdę nie chcę się wtrącać, ale rozmawiałam z Haliną… Ona myśli, że jesteś zraniona tym nekrologiem.

Bo jestem – przyznałam bez emocji.

– Ale to przecież nie było specjalnie! Przecież wiadomo, że ty byłaś… no, wszystkim dla cioci. Opiekunką, organizatorką, jej „prawą ręką” w tych ostatnich tygodniach.

– Basia – przerwałam jej spokojnie – ja nie byłam prawą ręką. Ja byłam jedyną osobą, która się nią zajęła. Ty wiesz, że Jan nawet nie wie, gdzie są jej dokumenty?

Zmieszała się, spuściła wzrok.

– Chciałam tylko powiedzieć, że… może nie warto się tak dystansować. Rodzina to rodzina. Wiesz, nekrolog to tylko słowa.

– Basia – odpowiedziałam – ja nie jestem rozżalona o ten brak w nekrologu. Tylko że naprawdę przez chwilę pomyślałam, że może… może ktoś zadzwoni, podziękuje. Powie: „Klara, dzięki tobie mama odeszła w spokoju”. I nic.

– Ale Janek...

– Janek był zajęty samym sobą.

Dopiłam kawę i wstałam.

– Wiesz co, Basia? Ja już nie muszę być częścią tej rodziny. I chyba nigdy nie byłam.

Nie będę dłużej cieniem

Od pogrzebu minęły trzy tygodnie. W sobotę rano Janek stanął w drzwiach, w dresie i z tą swoją niewinną miną.

– Słuchaj… Myślałem, że może pojechalibyśmy razem na grób mamy. Tak jakoś... razem.

Spojrzałam na niego. Pierwszy raz od tamtego wieczoru.

– Razem? – powtórzyłam. – A po co?

– No… bo tak wypada. Bo może przesadziliśmy z tym wszystkim.

– Przesadziłeś ty, Jan. Ja tylko zrobiłam, co trzeba. Jak zawsze.

Zamilkł, wpatrzony w moją filiżankę z kawą.

– Klaro, ja nie umiem tego wyrazić, ale… wiem, że bez ciebie wszystko by się zawaliło.

– Już się zawaliło – powiedziałam cicho.

Podeszłam do kredensu, sięgnęłam po kopertę i położyłam ją na stole.

Tu są paragony. Za pogrzeb, kwiaty, stypę. Możesz sobie zatrzymać na pamiątkę, jak chcesz. Ja nie chcę zwrotu. Chcę tylko... spokoju.

– Ty chcesz odejść? – zapytał cicho.

– Nie muszę odchodzić. Mnie już ty stąd wyprowadziłeś. Po cichu.

Wyszłam z kuchni. Zostawiłam go samego w salonie. Nie wiem, czy to coś zmieni, ale wiem, że nie będę dłużej cieniem.

Klara, 52 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama