„Zaplanowałam dzieciom wspaniałe ferie w Bieszczadach. Zamiast z rodziną na stoku, mąż wolał bawić się z sąsiadką z hotelu”
„Zostałam sama. Usiadłam na łóżku i nasłuchiwałam odgłosów z korytarza. Cisza. W pensjonacie cicho, dzieci oddychały spokojnie przez sen. Robert nie wracał przez ponad godzinę. Następnego dnia było tak samo”.

Wyjazd zaplanowałam już w listopadzie. Wzięłam wolne w pracy, zarezerwowałam pensjonat z widokiem na las, kupiłam dzieciom nowe kombinezony, kaski, narty. Cieszyły się, jakby to były wakacje życia. Może dlatego tak bardzo chciałam, żeby wszystko wyszło idealnie.
Miało być wspaniale
– Ale tata też będzie z nami zjeżdżał? – spytał Jasiek, gdy pakowaliśmy bagaże do samochodu.
– Pewnie – odpowiedziałam, nie do końca wierząc w to, co mówię.
Robert siedział wtedy w salonie i z niechęcią wciskał swoje ubrania do torby. Miałam wrażenie, że każdy ruch go męczy. Był jak cień – obecny, ale jakby przez mgłę. Jeszcze miesiąc wcześniej miałam nadzieję, że ten wyjazd to będzie nasz restart. Marzyłam, że w Bieszczadach znowu się do siebie zbliżymy, a dzieci zapamiętają te ferie jako magiczny czas z mamą i tatą. Może Robert znów spojrzy na mnie tak, jak kiedyś, zanim wszystko zaczęło się kruszyć?
Na parkingu przed pensjonatem wzięłam głęboki oddech i spojrzałam na biały, nieruchomy krajobraz. „Teraz ma być dobrze – pomyślałam. – Teraz wszystko się naprawi”.
– Robert, wyjdź z nami, dzieci czekają – powiedziałam, poprawiając czapkę Jaśkowi.
– Nie dam rady, kolano mnie boli – odparł, nawet nie patrząc na mnie. Leżał na łóżku w dresie, z telefonem w ręce.
– To może chociaż na chwilę? Posiedzisz z nami na stoku, wypijesz herbatę? – próbowałam dalej, choć wiedziałam, że nic z tego nie będzie.
– Nie ma sensu, i tak nie zjadę. Po co mam marznąć?
Był zmęczony
Z łazienki dobiegł głos Leny:
– Tato, a dzisiaj też nie idziesz z nami?
Spojrzałam na nią i zawahałam się przez ułamek sekundy. Nie chciałam, żeby czuła się zawiedziona, ale nie potrafiłam jej okłamać.
– Tata dzisiaj musi odpocząć – odpowiedziałam, starając się mówić spokojnie. – Może jutro.
– Ale mówił wczoraj, że dzisiaj pójdzie – zauważyła.
Robert odwrócił głowę w stronę okna. Udawał, że nie słyszy. Wyszliśmy na zewnątrz we trójkę. Dzieci biegały w śniegu, rzucały się kulkami i zaczepiały innych na stoku. Z każdą godziną miałam coraz większą ochotę wrócić do pokoju i powiedzieć mu, żeby się ogarnął. Dzieci nie czekają wiecznie. Można mieć dosyć, ale nie od wszystkiego się ucieka. Zamiast tego wróciliśmy wieczorem, przemoczeni, z czerwonymi policzkami. Dzieci zjadły kolację i zasnęły prawie natychmiast. Robert siedział na łóżku w tej samej pozycji, w której go zostawiłam.
– Mógłbyś chociaż udawać, że ci zależy – powiedziałam.
– Zależy mi. Po prostu nie mam siły – rzucił krótko.
Poszłam do łazienki i zamknęłam za sobą drzwi.
Siedział w pokoju
Kolejne dni wyglądały podobnie. Rano szykowałam dzieci, zapinałam im buty narciarskie, wciskałam rękawiczki, pilnowałam kasków i kremu na mróz. Robert zostawał w pokoju. Zawsze miał jakąś wymówkę: kolano, sen, ból głowy. Nie pytałam już, nie miałam siły.
Chodziliśmy na sanki, lepiliśmy bałwana, jeździliśmy na wyciągu krzesełkowym, śmialiśmy się. Czasami naprawdę byłam blisko zapomnienia, że na tym wyjeździe miało chodzić o coś więcej niż tylko dziecięce zabawy. To miał być nasz wspólny czas.
Wieczorami wracaliśmy do pensjonatu zmęczeni i szczęśliwi. Wtedy wchodziłam do pokoju i widziałam go znowu tak samo: przy oknie, z telefonem w dłoni, jakby świat się zatrzymał i nic nie miało znaczenia, nawet nasza córka, która wbiegając, opowiadała z entuzjazmem, jak zjechała z samej góry i nie upadła ani razu.
– Super – odpowiadał bez emocji. Nawet nie podnosił głowy.
Coś mi nie pasowało
Któregoś wieczoru zauważyłam, że zakłada świeżą koszulę i przeczesuje włosy. Zdziwiło mnie to, bo dotąd chodził cały dzień w dresie. Dzieci już spały, więc zapytałam:
– Wychodzisz?
– Zejdę coś zjeść na dole.
– Sam?
– Tak. Głodny jestem – rzucił i wyszedł.
Zostałam sama. Usiadłam na łóżku i nasłuchiwałam odgłosów z korytarza. Cisza. W pensjonacie cicho, dzieci oddychały spokojnie przez sen. Robert nie wracał przez ponad godzinę. Następnego dnia było tak samo. I jeszcze kolejnego. Rano nie zszedł z nami na śniadanie. Wieczorem znów się ubrał i wyszedł. Zatrzymałam go w drzwiach.
– Dokąd chodzisz?
– Na kolację. Mówiłem już.
– Sam?
– Dagmara, przestań. Naprawdę nie mam siły się tłumaczyć – powiedział i wyszedł.
Stałam w przedpokoju, patrząc na zamknięte drzwi. Wiedziałam już, że to nie kolacja. Nie miałam dowodów, ale to się czuło.
Miałam przeczucie
Następnego dnia wróciliśmy wcześniej z nart. Dzieci były zmęczone, marudziły, że zimno, że głodne. Kiedy wbiegły do pokoju, ja zeszłam na dół, żeby wziąć im gorącą czekoladę. Roberta nie było w pokoju.
Kawiarnia była prawie pusta, tylko jeden stolik był zajęty. Zatrzymałam się na schodach. Siedział tam mój mąż i kobieta. Pochylali się do siebie i śmiali. On trzymał ją za dłoń, ona patrzyła na niego. Na stole butelka wina, dwa kieliszki. Nie podeszłam. Stałam tam przez chwilę, wystarczająco długo, żeby mieć pewność. Cofnęłam się, weszłam po schodach, otworzyłam drzwi do pokoju.
– Mamo, czemu tak długo? – zapytała Lena, siedząc w piżamie.
– Zmieniamy plany. Pakujcie rzeczy.
– Teraz?
– Ferie się właśnie skończyły – powiedziałam spokojnie i zaczęłam składać ubrania do walizki.
Wyszliśmy z hotelu w pośpiechu. Robert nawet o tym nie wiedział, bo cały czas siedział w hotelowej restauracji z tą kobietą. Nie obchodziło mnie, jak sobie poradzi z powrotem do domu. Zapakowałam dzieci do auta i ruszyliśmy.
Miałam dosyć
Przypomniałam sobie, jak się poznaliśmy. Był wtedy uważny, dopytywał, słuchał. Potrafił siedzieć ze mną po nocach i rozmawiać o niczym. Później coraz częściej mówił, że nie ma głowy, że jest zmęczony, że to nie czas. Ja przejmowałam stery. Planowałam, organizowałam, pilnowałam, żeby dzieci miały ciepło, spokój i poczucie bezpieczeństwa. Jego usprawiedliwiałam przed nimi i przed sobą.
Tej nocy zrozumiałam, że to był wybór. On wybrał łatwiejsze rozmowy, cudzy śmiech, cudzą dłoń. Poczułam wstyd, że tak długo nie chciałam tego zobaczyć, ale obok wstydu pojawiła się też dziwna ulga. Nie musiałam już nic tłumaczyć ani ratować. Nie zamierzałam czekać, aż będzie się tłumaczył. Nie interesowało mnie, co powie. Miał swoją szansę. Widział, jak ciągnę to wszystko sama, jak codziennie robię za matkę, żonę i koło napędowe naszej rodziny. Widział i wybrał coś innego.
Wiedziałam, co zrobię. Nie potrzebowałam czasu do namysłu. Nie będzie drugiej szansy, nie będzie rozmów. Nie zamierzam wychowywać dzieci w kłamstwie. Położyłam się w sypialni. Druga połowa łóżka może dla mnie nie istnieć. Nie mam już żadnych złudzeń.
Dagmara, 40 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Przez 10 lat mąż traktował mnie jak mebel. Gdy nie chciałam być dłużej elementem jego meblościanki, nie dał mi rozwodu”
- „Na ferie pojechałam na wieś do szwagra. Za 9 miesięcy dowiem się, czyje oczy będzie miało moje dziecko”
- „Któregoś dnia mąż wyszedł z domu i już nie wrócił. Po 15 latach zamiast na cmentarzu, znalazłam go w ramionach innego”