„Zaplanowałam walentynkową kolację przy świecach, a przeżyłam koszmar. Nigdy w życiu nie wylałam tylu łez”
„Gdy jechaliśmy do restauracji, miasto wydawało się spokojniejsze niż zwykle. Było już ciemno, a w powietrzu czułam coś nieuchwytnego. Zapach mrozu, może lekki dym z kominków. Ulice były niemal puste, choć przecież to walentynki. Chwyciłam Wojtka za rękę i zamiast ciepła poczułam chłód i drżenie”.

- Redakcja
Walentynki zawsze wydawały mi się świętem trochę na pokaz, ale w tym roku naprawdę chciałam, żebyśmy z Wojtkiem spędzili ten wieczór wyjątkowo. Zarezerwowałam stolik w nowej restauracji z włoską kuchnią, kupiłam czerwoną sukienkę, a w szafie schowałam dla niego elegancką koszulę, bo wiedziałam, że sam pewnie ubrałby się jak na grilla u sąsiadów. Marzyłam o tej kolacji już od tygodnia – o lampce wina, rozmowie bez ciągłego spoglądania na telefony, o pocałunku w świetle świec, tak jak kiedyś, gdy byliśmy jeszcze studentami. W tamtą środę wszystko miało być jak z filmu: trochę śmiesznie, trochę słodko. Nie przewidziałam tylko, że los potrafi zadrwić z człowieka, kiedy najmniej się tego spodziewa. Zamiast nocy pełnej miłości, przeżyliśmy coś, co do dziś trudno mi wymazać z pamięci. Nie wiem, czy cokolwiek jeszcze będzie kiedyś takie samo.
Na chwilę było jak dawniej
Od rana byłam dziwnie podekscytowana – prawie jak wtedy, gdy pierwszy raz jechaliśmy z Wojtkiem na weekend nad morze. W pracy nie mogłam się skupić, co chwilę zerkałam na telefon, wyobrażając sobie wieczór: ja w tej nowej sukience, Wojtek w koszuli, o którą musiałam się nieźle natrudzić, żeby dobrać mu odpowiedni rozmiar. W drodze do domu kupiłam jeszcze świeże kwiaty, żeby postawić je na stole, choć przecież wiedziałam, że spędzimy walentynki na mieście, nie w naszym mieszkaniu. To było silniejsze ode mnie, bo chciałam, żeby ten dzień był naprawdę wyjątkowy – taki „nasz”. Wojtek wrócił wcześniej, nawet się ogolił, co od razu zwróciło moją uwagę.
– Oho, ktoś się dziś postarał – zażartowałam, wchodząc do salonu.
– No wiesz, jak już mam ci się podobać, to na całego – odpowiedział i pocałował mnie w czoło.
Pachniał tym samym zapachem co na naszej pierwszej randce. Zastanawiałam się, czy zrobił to celowo, czy po prostu taki dezodorant był pod ręką, ale nie zapytałam. Uśmiechnęłam się szeroko, bo właśnie takiej swobody i lekkości pragnęłam na co dzień. Na chwilę wszystko było jak dawniej. Szybka zmiana ubrania, spojrzenie w lustro – serce biło mi szybciej. Po cichu liczyłam, że ten wieczór pozwoli nam choć na moment zapomnieć o problemach.
Czułam napięcie w powietrzu
Gdy jechaliśmy do restauracji, miasto wydawało się spokojniejsze niż zwykle. Było już ciemno, a w powietrzu czuć było coś nieuchwytnego – zapach mrozu, może lekki dym z kominków. Ulice były niemal puste, choć przecież to walentynki. Chwyciłam Wojtka za rękę, jakby odruchowo. Zamiast ciepła poczułam, że jego dłoń jest zaskakująco chłodna i lekko drżąca.
– Wszystko w porządku? – zapytałam, patrząc na niego kątem oka.
– Tak, tylko… chyba coś mnie bierze, wiesz? – odpowiedział, ściskając moją dłoń mocniej.
Uśmiechnęłam się, choć poczułam, że gdzieś we mnie rodzi się niepokój. Przypomniałam sobie, jak w zeszłym roku właśnie w walentynki Wojtek smarkał, ale odgoniłam tę myśl. Przecież tym razem nic nie mogło się zepsuć. Gdy weszliśmy do środka, od razu uderzył nas zapach bazylii, czosnku i parmezanu. W sali panował półmrok, na stołach paliły się świece, a kelnerki śmiały się cicho, roznosząc przystawki i czerwone wino. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak powinno. A jednak w głębi duszy miałam wrażenie, że coś jest nie tak. Czułam napięcie w powietrzu, którego nie umiałam nazwać. Spojrzałam na Wojtka, który wciąż się uśmiechał, ale jego oczy były jakieś inne – jakby nieobecne, trochę rozbiegane.
Zachowywał się, jakby się bał
Usiedliśmy przy oknie, tuż obok ogromnego, przybranego w lampki fikusa. Świece migotały, rzucając cienie na naszą twarz i stół. Po raz pierwszy od dawna poczułam, że jestem we właściwym miejscu, o właściwym czasie. Wojtek odsunął mi krzesło, zamówiliśmy wino, a ja poprawiłam ramiączko sukienki, mając nadzieję, że naprawdę dobrze wyglądam. Wtedy na stole zabrzęczał jego telefon. Od razu odruchowo spojrzałam na ekran – pojawiło się tylko imię „Ewa”, nic więcej. Wojtek spojrzał na mnie z lekkim zakłopotaniem i szybko wyciszył połączenie.
– To z pracy – rzucił, siląc się na beztroskę. – Dziś nie odbieram.
Chciałam mu uwierzyć, naprawdę chciałam. Ale wyczułam, że jest spięty, jakby czegoś się bał.
– To ta Ewa z działu kadr? – zapytałam cicho, próbując zachować lekki ton.
– No przecież wiesz, że to tylko koleżanka – odparł, uśmiechając się sztucznie.
Chwilę milczeliśmy, patrząc na siebie przez płomień świecy. Miałam ochotę dopytać, powiedzieć coś jeszcze, ale w końcu tylko wzruszyłam ramionami. Po chwili wrócił kelner z winem i menu. Wojtek próbował odwrócić uwagę żartami o włoskich nazwach potraw, ale widziałam, że wciąż spogląda ukradkiem na telefon. Mój dobry nastrój zaczynał gdzieś się ulatniać, jak powietrze z przebitej balonika.
Zrobiło się bardzo niezręcznie
Zamówiliśmy jedzenie, ja gnocchi z ricottą i szpinakiem, Wojtek – klasyczne spaghetti. Gdy kelnerka odeszła, próbowałam zignorować napięcie, ale nie umiałam już udawać, że wszystko jest w porządku. Wojtek od czasu do czasu zerkał na telefon, a ja miałam ochotę zapytać go wprost, co się dzieje, ale nie chciałam robić sceny w walentynki, wśród innych ludzi. Nagle tuż obok nas, przy sąsiednim stoliku, zaczęło się coś dziać.
Najpierw nie zwróciłam na to uwagi, bo dwie kobiety po trzydziestce śmiały się głośno, popijając prosecco. W pewnej chwili jedna z nich nagle zerwała się z krzesła i, nie mówiąc ani słowa, wybiegła z sali. Została po niej tylko przewrócona szklanka i krótki krzyk zaskoczenia. Druga kobieta, wyraźnie zaskoczona, zbladła i zaczęła gorączkowo grzebać w torebce. Spojrzałam na Wojtka, a on na mnie – oboje wstrzymaliśmy oddech. Po chwili ktoś z obsługi podszedł do tej kobiety i zapytał, czy wszystko w porządku.
– Ona… dostała smsa, musiała wyjść, jej mąż ją... dostała zdjęcie, jak oni i jego... Przepraszam – wyjąkała tamta, ale w jej głosie słychać było panikę.
Reszta sali zamilkła na moment, jakby każdy czekał na wyjaśnienie. Zrobiło się niezręcznie, jakby całe towarzystwo poczuło, że wydarzyło się coś niepokojącego. Atmosfera kolacji w jednej chwili się zmieniła. Zaczęłam zastanawiać się, co się właśnie stało. Czy tmta kobieta wlasnie dostała dowody na zdrade własnego męża? Czy ja gram w jakims tanim dramacie? Zaczęły napływać mi do głowy dziwne myśli. A co jeśli ja byłabym w takiej sytuacji? Czy ja też odważyłabym się, żeby zrobić taki cyrk? A co jak właśnie za sekundę znowu zadzwoni Ewa? A co jak on... I ona? Nieee, to nie mozliwe. A co, jeśli? Kim do cholery jest ta baba!
Gorzki smak walentynek
Siedzieliśmy w ciszy, oboje przytłoczeni tym, co wydarzyło się zaledwie kilka metrów od nas. W powietrzu wciąż wisiała ta sama atmosfera: rozczarowania, niedopowiedzianych żali, samotności nawet w tłumie ludzi. Gdy kelnerka przyniosła nasze dania, zupełnie straciłam apetyt. Przebieraliśmy widelcami w talerzach, oboje myślami gdzieś daleko, każde w swoim świecie. Wojtek próbował jeszcze coś mówić, żartować, zaproponował spacer po kolacji, ale ja już nie chciałam udawać, że wszystko jest jak dawniej.
– Powiedz mi prawdę, proszę. Kim jest Ewa? – szepnęłam, ściskając mocno serwetkę.
Wojtek spuścił głowę.
– To tylko koleżanka z pracy. Przysięgam. Dzwoniła, bo musimy skończyć projekt na jutro.
Chciałam mu wierzyć. Może nawet uwierzyłam, ale już nie czułam tej lekkości, z jaką przyszłam tu kilka godzin wcześniej. Wyszliśmy z restauracji, mijając smutną kobietę w kurtce, która do tej pory stała na dworze i rozmawiała przez telefon. Dopiero w domu pozwoliłam sobie na płacz. Łzy płynęły długo – nie tylko przez nieudaną kolację, ale przez wszystkie niewypowiedziane żale, niepewności, lęki, które narastały przez miesiące. Walentynki już zawsze będą miały dla mnie gorzki smak.
Basia, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Walentynki miałam ochotę na brownie z malinami, a najadłam się wstydu. Wystarczył jeden telefon od byłego męża”
- „Myślałam, że daję kopertę księdzu po kolędzie, a tylko straciłam pieniądze. W życiu nie czułam się tak bezradna”
- „W rzeczach męża znalazłam zaproszenie na Walentynki w SPA. Szkoda, że to nie ze mną planował leżeć w jacuzzi”