Reklama

Siedziałam przy stole nakrytym dla dwunastu osób, gładząc dłonią nieskazitelnie biały obrus, który krochmaliłam jeszcze dwa dni wcześniej. Na talerzu stygły moje kotlety schabowe – popisowe danie, na które mój syn, Marek, czekał rzekomo cały rok. W lodówce chłodził się tort orzechowy, dokładnie taki, jaki uwielbiała moja córka, Ania. Zegar w salonie głośno wybijał kolejne sekundy, a cisza w mieszkaniu stawała się nie do zniesienia. Nie było gwaru wnuków, nie było śmiechu przy stole, nie było „sto lat”. Było tylko powiadomienie w telefonie: zdjęcie, na którym moje dzieci pozują na tle ośnieżonych szczytów w Alpach. Podpis brzmiał: „Zasłużony relaks. Family time”. Wtedy zrozumiałam, że dla moich dzieci „czas dla rodziny” nie obejmuje matki, która właśnie skończyła siedemdziesiąt lat.

Siedemdziesiątka to nie są zwykłe urodziny

Przygotowania do tych urodzin zaczęłam w zasadzie miesiąc wcześniej. Siedemdziesiątka to nie są zwykłe urodziny. To pewien kamień milowy, moment, w którym człowiek chce podsumować swoje życie, rozejrzeć się wokół i zobaczyć owoce swojej pracy. Moimi owocami mieli być oni – Marek i Ania. Moja duma, moje dwa największe sukcesy. Przez dwa tygodnie sprzątałam mieszkanie, choć i tak lśniło czystością. Myłam okna, prałam firanki, polerowałam srebra, które wyciągałam tylko na największe uroczystości. Pamiętam, jak Tadeusz, mój nieżyjący już mąż, zawsze powtarzał: „Helenko, nie musisz się tak starać, oni przyjeżdżają dla ciebie, nie dla obiadu”. Ale ja wiedziałam swoje. Matka karmi. Matka dba. Matka tworzy dom.

Marek jest wziętym deweloperem. Człowiek sukcesu, zawsze pod telefonem, zawsze w biegu. Jego żona, Kinga, prowadzi modny butik. Mają dwoje dzieci, Krzysia i Polę. Wnuki widuję rzadko, zazwyczaj wtedy, gdy trzeba je odebrać ze szkoły, albo gdy młodzi chcą wyjść na ekskluzywną kolację we dwoje. Ania, młodsza, pracuje w marketingu. Jest singielką, wiecznie szukającą „tego jedynego”, ale wpatrzoną w brata jak w obrazek. Jeśli Marek kupuje nowe auto, Ania bierze leasing na podobne, choć jej na to nie stać. Jeśli Marek leci na Malediwy, Ania jedzie do Egiptu, byle tylko też mieć zdjęcie z palmą.

Tym razem miało być inaczej. To miała być moja niedziela. Zaplanowałam wszystko. Rosół z domowym makaronem, który wałkowałam pół dnia. Wiedziałam, że Krzyś uwielbia te kluski. Kotlety, modra kapusta, ziemniaczki z koperkiem. Wszystko domowe, wszystko z sercem. Wydałam na te zakupy połowę mojej emerytury. Nie żałowałam ani grosza. Chciałam, żeby poczuli się docenieni, żeby wiedzieli, że w domu u mamy zawsze czeka na nich królewska uczta. Naiwnie sądziłam, że dla nich to też jest ważne.

Przecież to twoje urodziny

Sygnały ostrzegawcze pojawiały się już wcześniej, ale je wypierałam. Kiedy dzwoniłam tydzień temu, żeby potwierdzić godzinę – czternastą, jak zawsze w niedzielę – Marek był dziwnie zdawkowy.

– Tak, mamo, pamiętamy. Czternasta. Będziemy – rzucił szybko, słyszałam w tle szum biura i głos Kingi, która instruowała kogoś podniesionym tonem.

– Zrobić kotlety, synku? – zapytałam z nadzieją.

– Zrób, zrób. Co tam chcesz. Muszę kończyć, mam spotkanie z inwestorem.

Zbagatelizowałam ten chłód. Pomyślałam: stres, praca, duże pieniądze to duży kłopot. Ania z kolei nie odbierała telefonu przez trzy dni. Kiedy w końcu oddzwoniła, brzmiała, jakby była w amoku.

– Mamo, nie mam teraz głowy, szukam sukienki, bo mamy ważne wyjście firmowe w piątek. Tak, będę w niedzielę, oczywiście. Przecież to twoje urodziny, nie zapomniałabym – zapewniła, a ja poczułam ulgę.

Musimy być tam w ten weekend

W piątek wieczorem, dwa dni przed urodzinami, zadzwonił telefon. Wyświetliło się imię Marka. Uśmiechnęłam się do siebie, wycierając ręce w ścierkę.

– Cześć synku! Co tam? – zagadnęłam wesoło.

W słuchawce zapadła cisza. Taka gęsta, nieprzyjemna cisza, która zawsze zwiastuje kłopoty.

– Mamo… słuchaj – zaczął, a jego głos był nienaturalnie niski. – Wypadła nam pewna sytuacja.

– Jaka sytuacja? Coś się stało? – serce podeszło mi do gardła. Od razu wyobraziłam sobie najgorsze.

– Nie, nie, wszystko ok. Chodzi o to… Słuchaj, trafiła się niesamowita okazja. Klient, ten od dużego osiedla pod miastem, udostępnił nam swój apartament w Alpach. Wiesz, to jest taki poziom, na który normalnie trzeba czekać latami. I to całkowicie za darmo, w ramach domknięcia kontraktu. Warunek jest jeden: musimy być tam w ten weekend.

Zamilkłam. Patrzyłam na kluski leżące na blacie, na miski z poszatkowaną kapustą.

– Ale Marku… w niedzielę są moje siedemdziesiąte urodziny. Zaprosiłam też ciocię Jankę, wujka Staszka…

– Wiem, mamo, wiem! – przerwał mi z irytacją, jakbym to ja robiła mu wyrzuty bez powodu. – Ale zrozum, to jest biznes. To są relacje. Kinga już się spakowała, dzieciaki szaleją ze szczęścia, że zobaczą prawdziwy śnieg, bo u nas tylko chlapa. Przecież urodziny możemy wyprawić w przyszły weekend. Co za różnica, czy to będzie siódmego, czy czternastego?

Co za różnica? Łzy napłynęły mi do oczu, ale nie pozwoliłam im popłynąć. Nie chciałam wyjść na histeryczkę.

– A Ania? – zapytałam cicho.

– Ania jedzie z nami – rzucił szybko. – Było jedno wolne miejsce w aucie, a wiesz, że ona ma teraz dołek finansowy, potrzebuje się rozerwać. Postawiłem jej ten wyjazd. Nie mogłem jej zostawić samej w mieście.

Oczywiście. Nie mógł zostawić siostry samej w mieście, ale matkę w dniu 70. urodzin – już tak.

– Rozumiem – powiedziałam. To było kłamstwo. Nie rozumiałam.

– No, to świetnie, że nie robisz problemów. Jesteś kochana. Przywieziemy ci szwajcarską czekoladę. Zadzwonimy w niedzielę z życzeniami! Pa!

Rozłączył się. Nawet nie zapytał, czy potrzebuję pomocy z odwołaniem gości, czy mam co zrobić z jedzeniem. Po prostu "pa".

Własne dzieci wystawiły mnie do wiatru

Sobotę spędziłam jak automat. Odwołałam ciocię Jankę i wujka Staszka, kłamiąc, że poczułam się gorzej. Wstydziłam się. Po prostu potwornie wstydziłam się przyznać przed rodziną, że własne dzieci wystawiły mnie do wiatru dla darmowego apartamentu i nart. Janka pewnie by zrozumiała, ale w jej głosie usłyszałabym litość. A litości nie zniosłabym najbardziej. W niedzielę rano wstałam z przyzwyczajenia o szóstej. Wstawiłam rosół. Usmażyłam kotlety Zrobiłam to wszystko, mimo że nikt miał nie przyjechać. Może podświadomie liczyłam na cud? Że zadzwonią, że to był żart, że staną w drzwiach z krzykiem „Niespodzianka!”?

Ubrałam się w moją najlepszą sukienkę, tę granatową z jedwabiu, którą kupiłam trzy lata temu na komunię Krzysia. Uczesałam włosy, pomalowałam usta. I usiadłam przy stole. Wokół mnie, na ścianach, wisiały ich zdjęcia. Marek odbierający dyplom – pamiętam, jak sprzedałam złotą biżuterię po matce, żeby opłacić mu czesne na prywatnej uczelni, bo na państwową zabrakło mu punktów. Ania na wakacjach w Hiszpanii – wyjazd, który sfinansowałam z odprawy emerytalnej, bo płakała, że wszyscy znajomi gdzieś lecą, a ona nie.

Patrzyłam na te uśmiechnięte twarze i zastanawiałam się, gdzie popełniłam błąd. Czy dałam im za dużo? Czy chroniłam ich zbyt mocno przed trudami życia, że wyrośli na ludzi, dla których czyjeś uczucia są mniej ważne niż „okazja życia”? Tadeusz byłby wściekły. On by im wygarnął. Ale ja? Ja zawsze byłam tą łagodną, tą, która rozumie, wybacza, czeka.

Sto lat, mamuś!

Około trzynastej telefon zaczął brzęczeć. Najpierw Ania. Wideorozmowa. Odebrałam. Na ekranie zobaczyłam jej twarz w wielkich goglach narciarskich, zarumienioną od mrozu i słońca. W tle błękitne niebo i ostre słońce odbijające się od śniegu.

– Sto lat, mamuś! – krzyknęła, przekrzykując wiatr. – Ale tu jest pięknie! Nie uwierzysz, jaki luksus. Właśnie jesteśmy na stoku. Wszystkiego najlepszego, dużo zdrówka!

– Dziękuję, córeczko – powiedziałam, starając się, by głos mi nie drżał.

– Marek! Chodź, mama jest na linii! – zawołała.

W kadrze pojawił się Marek, też w kasku i goglach.

– Mamuś! Najlepszego! Jesteś wielka! Słuchaj, tu jest słaby zasięg, zaraz nas rozłączy. Kochamy cię! Wypijemy twoje zdrowie wieczorem!

– Pa, babciu! – gdzieś z tła dobiegł głos Krzysia, zajętego lepieniem śnieżki.

– Pa… – zdążyłam powiedzieć, zanim ekran zgasł.

Rozmowa trwała czterdzieści trzy sekundy. Tyle czasu mieli dla mnie w dniu moich siedemdziesiątych urodzin. Siedziałam tak dalej, patrząc w czarny ekran telefonu. Czułam się pusta w środku. Nawet nie smutna, po prostu pusta. Jak wydmuszka. Całe moje życie kręciło się wokół nich, a teraz, kiedy ja potrzebowałam ich obecności – nie prezentów, nie pieniędzy, tylko obecności – oni wybrali prestiż.

To był najlepszy prezent, jaki mogli mi dać

Spojrzałam na na wazę z rosołem, który już przestał parować. Miałam ochotę wyrzucić to wszystko do śmietnika. Coś we mnie pękło. Nauczyłam moje dzieci, że jestem niezniszczalna i zawsze dostępna. Że moje potrzeby są na końcu. A jak ktoś sam siebie nie szanuje, to inni też go nie uszanują. Nawet własne dzieci. Zrozumiałam, że najwyższy czas, by w końcu zacząć żyć dla siebie. Nie było we mnie żalu, raczej chłodna kalkulacja. Zrozumiałam, że pewien etap mojego życia się zamknął. Etap bycia „służbą” dla własnych dzieci. Tydzień później Marek zadzwonił po południu.

– Słuchaj, może wpadniemy w środę wieczorem na ten zaległy obiad urodzinowy, co? Zrobisz pierogi? Marzą mi się te z serem.

Wzięłam głęboki oddech. Spojrzałam na kalendarz wiszący na ścianie.

– Niestety, synku. W środę nie mogę.

– Jak to nie możesz? – zdziwił się autentycznie. – Przecież ty nigdzie nie chodzisz.

– Już chodzę. Wybieram się do kina, a potem na dancing do klubu seniora.

– Na dancing? Mamo, czy ty się dobrze czujesz?

– Wyśmienicie. A w czwartek też nie mogę, bo zapisałam się na uniwersytet trzeciego wieku. Mam zajęcia z historii sztuki.

– Mamo, ale my chcemy przyjechać! Przywieziemy prezenty!

– To zapraszam w przyszłą niedzielę. Na kawę i ciasto. Obiadu nie będzie, bo nie mam zamiaru stać przy garach pół dnia. Kupię dobre ciastka w cukierni.

– Ale…

Rozłączyłam się. Moje dzieci zapomniały o moich urodzinach, ale dzięki temu ja przypomniałam sobie o sobie. To był najlepszy prezent, jaki mogli mi dać, choć wcale tego nie planowali.

Helena, 70 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama