Reklama

Mieszkanie ucichło, odkąd Paweł się wyprowadził. Zostały dźwięki, które nie miały już do kogo należeć: tykanie zegara, szum lodówki, skrzypienie podłogi. Poranki straciły sens, skoro nie parzyłam już dwóch kaw. Wmawiałam sobie, że to naturalne, ale gdzieś pod tym wszystkim rosło przekonanie, że Natalia zabrała mi coś, co było tylko moje. Zaproszenie Pawła na pączki wydawało się niewinnym sposobem, by na chwilę cofnąć czas.

Pączki tylko dla synusia

Zadzwoniłam do Pawła rano, jeszcze zanim na dobre obudziło się miasto. Telefon leżał na stole, a ja przez dłuższą chwilę tylko patrzyłam na ekran, jakby to on miał podjąć decyzję za mnie. W końcu nacisnęłam zieloną słuchawkę.

– Mamo? – odezwał się po trzecim sygnale. Głos miał jeszcze lekko zachrypnięty, jak dawniej, gdy budziłam go do szkoły.

– Pomyślałam… może wpadłbyś dziś po pracy na pączki – powiedziałam możliwie swobodnie. – Kupię takie jak najbardziej lubisz.

Zapadła krótka cisza. Serce zaczęło mi bić szybciej, zupełnie bez powodu.

– Jasne, czemu nie – odpowiedział w końcu. – Będę około siedemnastej.

Uśmiechnęłam się do pustej kuchni. Nie zapytałam o Natalię. Specjalnie. Wmawiałam sobie, że to nic złego, że przecież syn może odwiedzić matkę sam. Przez lata był tylko mój. To ja znałam jego humory, jego cisze, jego spojrzenia mówiące więcej niż słowa. Poszłam do cukierni wcześniej niż zwykle. Wybrałam te pączki, które Paweł lubił najbardziej, z różą, lukrem i kandyzowaną skórką pomarańczy, chociaż dawno nie mówił mi już o takich drobiazgach.

W drodze powrotnej łapałam się na tym, że prostuję plecy i poprawiam płaszcz, jakbym szykowała się na ważne spotkanie. W domu zaczęłam krzątać się nerwowo. Przestawiałam filiżanki, wycierałam już czysty stół, zerkałam na zegarek. Każda minuta ciągnęła się nieznośnie. W głowie wracały obrazy sprzed lat: Paweł siedzący przy tym samym stole, opowiadający o szkole, o kolegach, o pierwszych planach na dorosłość.

– Zawsze byłeś blisko – szepnęłam do siebie. – I tak miało zostać.

Bałam się tylko jednego. Że coś mi tę chwilę odbierze. Że znów okaże się, że nie mam już wyłącznego prawa do jego czasu, uwagi, uśmiechu. Odpędzałam te myśli, tłumacząc sobie, że to przecież tylko pączki. Tylko matka i syn. Nikt więcej. Ale napięcie rosło we mnie z każdą minutą oczekiwania, jakby pod tą niewinną zapowiedzią kryło się coś, czego jeszcze nie chciałam nazwać.

Uśmiech zamarł mi na twarzy

Usłyszałam dzwonek punktualnie o siedemnastej. Serce podskoczyło mi do gardła. Otarłam dłonie o fartuch i ruszyłam do drzwi szybciej, niż zamierzałam. Otworzyłam je z uśmiechem, który zamarł mi na twarzy w tej samej sekundzie. Paweł stał na wycieraczce, ale nie był sam. Obok niego Natalia poprawiała pasek torebki, rozglądając się po klatce schodowej z tym swoim spokojnym, opanowanym wyrazem twarzy. Takim, który zawsze sprawiał, że czułam się jak intruz we własnym życiu.

– Cześć, mamo – powiedział Paweł, jakby wszystko było zupełnie normalne. – Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko. Natalia akurat też wcześniej skończyła pracę.

– Oczywiście, że nie – odpowiedziałam zbyt szybko. Głos zabrzmiał mi obco nawet dla mnie samej. – Wejdźcie.

Cofnęłam się, robiąc im miejsce. Natalia uśmiechnęła się grzecznie, skinęła głową i przekroczyła próg pierwsza.

– Pachnie pączkami – rzuciła, zdejmując płaszcz.

– Tak, Paweł zawsze lubił te z różą – odpowiedziałam, nie patrząc na nią.

W kuchni zrobiło się ciasno, choć przecież miejsca było tyle samo co zawsze. Ustawiłam talerz na stole i nalałam kawy, starając się nie obserwować, jak Paweł i Natalia stoją obok siebie. Zgrani, spokojni, jakby tworzyli jedną całość, do której nie miałam już dostępu.

– Dawno tu nie byliśmy – powiedziała Natalia łagodnie.

– Paweł wpadał częściej, zanim się ożenił – wyrwało mi się, zanim zdążyłam ugryźć się w język.

Zapadła krótka cisza. Paweł spojrzał na mnie uważnie, jakby ważył każde słowo.

– Mamo… – zaczął, ale urwał.

Usiadłam naprzeciwko nich, prostując plecy. Czułam, że tracę grunt pod nogami. Każde spojrzenie Natalii odbierałam jak cichy zarzut, choć wiedziałam, że to głównie moje myśli. Chciałam tego spotkania tylko dla siebie. Teraz miałam wrażenie, że zostało mi odebrane, zanim zdążyło się na dobre zacząć. Uśmiechy były uprzejme, rozmowa banalna, ale pod stołem dłonie ściskałam tak mocno, że pobielały mi knykcie. Coś wisiało w powietrzu, ciężkie i nieuchronne. Czułam, że za chwilę stracę resztki kontroli nad tą sytuacją.

Poczułam nagłą panikę

Paweł odłożył filiżankę na spodek z cichym stuknięciem. Ten dźwięk przeciął rozmowę ostrzej niż jakiekolwiek słowo. Spojrzał najpierw na Natalię, potem na mnie. Znałam ten wyraz twarzy. Zbyt dobrze. Tak patrzył, gdy jako chłopiec musiał powiedzieć coś trudnego.

– Mamo, musimy porozmawiać – powiedział spokojnie, ale w jego głosie było napięcie.

Poczułam, jak żołądek ściska mi się w ciasny supeł.

– Teraz? – próbowałam się uśmiechnąć. – Przecież przyszliście na pączki.

– Właśnie o to chodzi – wtrąciła Natalia cicho. – O to zaproszenie.

Uniknęłam jej wzroku, skupiając się na talerzu. Czułam, że zaraz zemdleję.

– Zaprosiłam syna do siebie. Czy to coś złego? – zapytałam, unosząc głos bardziej, niż chciałam.

– Zaprosiłaś mnie. Tylko mnie. A Natalia jest moją żoną. Kiedy ją pomijasz, stawiasz mnie w trudnej sytuacji.

– Ja nikogo nie pomijam – zaprotestowałam. – Po prostu… chciałam pobyć z tobą jak dawniej.

– Ale „jak dawniej” już nie istnieje – powiedział i te słowa uderzyły mnie prosto w pierś. – I kiedy próbujesz to wymusić, ranisz nas oboje.

Spojrzałam na Natalię. Siedziała prosto, dłonie miała złożone na kolanach. Nie wyglądała na triumfującą. Raczej na zmęczoną.

– Nigdy nie chciałam cię skrzywdzić – powiedziała. – Ale czuję, że muszę walczyć o miejsce, które powinno być oczywiste.

Złość wezbrała we mnie nagle, gwałtownie. Zaraz potem przyszło coś gorszego – wstyd.

– Czyli jestem problemem – wyszeptałam. – Przeszkodą.

– Nie – Paweł pochylił się w moją stronę. – Jesteś moją mamą. Ale jeśli nie zaakceptujesz, że mam swoje życie, możemy się naprawdę oddalić. A tego bym nie chciał.

Słowo „oddalić” zabrzmiało jak groźba. Jak zapowiedź pustki większej niż ta, którą znałam. Poczułam nagłą panikę. Dopiero w tej chwili dotarło do mnie, jak bardzo byłam zazdrosna. Jak bardzo bałam się zostać sama. Nie odpowiedziałam. W gardle stanęła mi gula, a oczy zapiekły, choć nie pozwoliłam sobie na łzy. Wiedziałam już, że to nie pączki były stawką tego spotkania. Tylko coś znacznie ważniejszego.

Niestety role się zmieniły

Wyszli niedługo potem. Paweł uściskał mnie krótko, ostrożnie, jakby bał się, że zrobi mi krzywdę jednym gestem. Natalia pożegnała się uprzejmie, z tym samym spokojem, który wcześniej tak mnie drażnił. Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami, czując, jak cisza zalewa mieszkanie ciężką falą.

Na stole wciąż stał talerz z pączkami. Nietknięty. Usiadłam naprzeciwko pustych krzeseł i przez dłuższą chwilę tylko patrzyłam w blat, jakby miał mi coś podpowiedzieć. W głowie krążyły słowa Pawła, odbijały się echem od ścian, które znały jego dziecięcy śmiech, trzask drzwi do pokoju, kroki biegnące do kuchni. Wstałam i przeszłam do jego dawnego pokoju. Zostawiłam go prawie takim, jaki był. Biurko, półka z książkami, zdjęcie z wakacji, na którym obejmował mnie ramieniem. Wtedy byłam całym jego światem. Albo przynajmniej tak mi się wydawało.

– Może nigdy nim nie byłam – powiedziałam cicho.

Dotarło do mnie, jak bardzo kurczowo trzymałam się przeszłości. Jak nazywałam miłością coś, co było raczej lękiem przed pustką. Przed dniami, w których nikt nie zadzwoni, nikt nie zapyta, jak się czuję. Zrozumiałam też, że Natalia nie odebrała mi syna. Ona po prostu przyszła w miejsce, którego ja nie chciałam oddać.

Wróciłam do kuchni i zaczęłam sprzątać, powoli, bez pośpiechu. Każdy ruch był jak ciche przyznanie się do prawdy. Że czas minął. Że role się zmieniły. Że jeśli nie nauczę się tego akceptować, zostanę sama nie dlatego, że ktoś mnie odsunął, ale dlatego, że sama nie zrobiłam miejsca.

Bolało bardziej niż chciałam przyznać

Zostałam przy oknie, gdy zapadł wieczór. Światła na ulicy zapalały się jedno po drugim, jakby ktoś powoli godził się z nadchodzącą nocą. Myślałam o Pawle nie jako o chłopcu, którego prowadziłam za rękę, ale jako o mężczyźnie, który miał odwagę postawić granice. Bolało. Bardziej, niż chciałam przyznać. Ale w tym bólu było też coś nowego. Świadomość, że jeśli naprawdę go kocham, muszę nauczyć się być obok, a nie ponad.

Nie wiedziałam jeszcze, czy potrafię się zmienić. Czy umiem zbudować życie, w którym nie będę czekać na cudzy telefon jak na ratunek. Po raz pierwszy jednak dopuściłam do siebie myśl, że moja wartość nie kończy się tam, gdzie zaczyna się jego dorosłość. Że mogę być matką inaczej. Ciszej. Uważniej. Z godnością. Nie było we mnie ulgi ani wielkich obietnic. Było tylko pytanie, z którym zostałam sama, ale którego już nie chciałam zagłuszać: czy wybiorę przyszłość, nawet jeśli będzie inna, czy będę kurczowo trzymać się wspomnień, które nie wrócą.

Łucja, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama