„Zaprosiłam teściów na rodzinny obiad, a oni wyszli, zanim zdążyłam podać deser. To był ostatni raz”
„Przez kilka minut kręciłam się po kuchni, udając, że coś sprzątam. W rzeczywistości nie potrafiłam stać w miejscu, bo wszystko we mnie wrzało. Szarlotka wciąż leżała na blacie, przykryta lnianą ściereczką. Nienaruszona”.

- Redakcja
Są takie chwile, kiedy człowiek czuje, że wszystko, co robi, to próba spełnienia oczekiwań innych. Gotujesz, sprzątasz, uśmiechasz się – jakbyś grała w sztuce, której scenariusza sama nie pisałaś. Nie liczysz czasu, nie żałujesz sił, bo to przecież rodzina. Teściowie. Wielkie słowo, które wciąż uczę się wymawiać bez nerwowego zacisku w gardle. Wiem, że nie jestem idealna – nikt nie jest. Czy naprawdę zasłużyłam na ten chłodny wzrok, te spojrzenia pełne oceny i szeptane półgłosem uwagi? Tego dnia naprawdę się starałam. Obiad miał być sposobem, żeby pokazać, że potrafię, że się staram. Tylko że z każdą minutą atmosfera gęstniała jak mój sos do pieczeni, który – o ironio – wyszedł akurat perfekcyjnie. Nie zdążyłam jednak podać deseru, który chłodził się w lodówce, bo goście postanowili wyjść. Tak po prostu. Bez słowa. Bez cienia wdzięczności. Nie pierwszy raz. Jednak z całą pewnością ostatni.
Wciąż miałam nadzieję
Od rana biegałam po kuchni jak opętana. Szarlotka chodziła się na parapecie, schab nadziewany śliwką dusił się w piekarniku, a ja, wciąż w fartuchu i z mąką na brodzie.
– Mamo, po co się tak męczysz? Przecież i tak im nigdy nie dogodzisz – powiedziała córka, opierając się o framugę.
– Bo to rodzina twojego ojca. I mimo wszystko chciałabym, żeby czuli się u nas dobrze – westchnęłam, próbując sosu z patelni.
– A czemu tata nie pomaga?
– Tata… tata jest zajęty w garażu. Musi „coś tam poprawić” przed wizytą – skrzywiłam się. – Poza tym, jak miałby pomóc? Przecież jak się raz zbliżył do piekarnika, to pół kurczaka wyleciało na podłogę.
W tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi.
– Są! – wrzasnęłam i zaczęłam nerwowo ściągać fartuch.
Teściowa weszła pierwsza. Z miną, jakby właśnie ktoś jej zaserwował herbatę w brudnym kubku.
– Dzień dobry – rzuciła chłodno, nie całując mnie nawet w policzek. – Ciepło tu… może aż za bardzo?
– Dzień dobry, cieszę się, że jesteście – odpowiedziałam, uśmiechając się z trudem.
Teść skinął głową, nie odrywając wzroku od moich pantofli. Mąż pojawił się znikąd, jakby właśnie zszedł z ambony.
– No to co? Siadamy do stołu? – zaproponował, udając entuzjazm.
Byłam zła
Przystawki podałam na stół z takim zaangażowaniem, jakbym miała jurorów z programu kulinarnego na kolacji.
– O, śledzik... – mruknęła teściowa, biorąc widelec do ręki.
– W musztardzie francuskiej – powiedziałam, poprawiając serwetki.
– Wolę te w śmietanie – spojrzała na mnie z przekrzywioną głową.
– Możemy zamówić pizzę, jak chcecie – rzucił mój mąż ze śmiechem.
Nikt się nie zaśmiał.
– Ja tam pizzę lubię – odezwał się teść, oblizując łyżkę od żurku. – Ale ten żurek… no, mocny.
– Domowy zakwas. Na żytniej mące – wyjaśniłam, siląc się na uśmiech. – Chciałam, żeby było tradycyjnie.
– Tradycyjnie to moja mama gotowała – powiedziała teściowa z przekąsem.
Mąż spojrzał na mnie, ale nie powiedział nic. Zresztą nie miałam czasu się obrażać – właśnie wyciągałam pieczeń z piekarnika. Pachniała cudownie.
– Schab z suszoną śliwką z kluskami śląskimi i buraczkami z chrzanem – oznajmiłam, jakby to był finał konkursu kulinarnego.
– Chrzan? Przecież to nie Wielkanoc – zadrwiła teściowa, odkładając widelec. – No, ciekawe…
– Zawsze można nie jeść – wysyczałam do siebie przez zęby.
Mąż udawał, że bawią go słowa matki.
– Smacznego, kochani – powiedział.
Wtedy jeszcze wierzyłam, że deser zmieni wszystko.
Ręce mi drżały z emocji
Kiedy odgrzewałam buraczki, usłyszałam stłumione szepty z salonu. Nie podsłuchiwałam. Po prostu kuchnia miała otwarte przejście i wszystko niosło się jak w kościele.
– Mówiłam, żebyśmy nie jechali – mówiła teściowa.
– No ale to przecież rodzina – odpowiedział teść cicho.
– Rodzina, która nie potrafi ugotować porządnej zupy! Przecież to było kwaśne jak ocet! I ten zapach w domu… Czosnek, ocet, kapusta! Jak w barze mlecznym.
– Cicho, bo usłyszy – szepnął mąż, ale nie tak cicho, żebym nie usłyszała.
Stanęłam przy drzwiach z miską buraczków i policzyłam do dziesięciu. Nie pomogło. Wróciłam z uśmiechem, ale ręce mi drżały.
– Wszystko w porządku? – zapytała teściowa, zerkając na moje czerwone policzki.
– Oczywiście. Mam tylko nadzieję, że smakowało – odpowiedziałam lodowato.
– No, było... ciekawe – odparła, sięgając po kieliszek z winem. – Niecodzienne połączenia smaków.
– Ty zawsze eksperymentujesz, prawda? – zwróciła się do mnie z wymuszoną uprzejmością. – A ja zawsze uważałam, że jedzenie ma być proste i sprawdzone. Jak coś się sprawdzało przez pokolenia, to po co to zmieniać?
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, mąż wstał.
– Chcecie kawę do deseru? – zapytał.
– Nie, nie trzeba – machnęła ręką teściowa. – My już będziemy się zbierać. Dziś jeszcze musimy zajrzeć do Władzi.
Spojrzałam na zegarek. Minęła niecała godzina od przyjazdu.
– A deser? – zapytałam z niedowierzaniem. – Sama piekłam.
– Naprawdę nie trzeba – rzuciła lekko teściowa. – Nie będziemy przeszkadzać.
Powiedziałam, co myślę
Teściowie ruszyli do przedpokoju.
– To co, mamy się tłumaczyć z tego, że wychodzimy? – zapytała teściowa, poprawiając kołnierz płaszcza. – Przecież nie jesteśmy dziećmi.
– Mamo, nie o to chodzi… – westchnął mój mąż, ale nawet nie zdjął jej płaszcza z wieszaka, tylko nerwowo drapał się po szyi.
– Po prostu jestem zaskoczona – wtrąciłam, trzymając w dłoniach talerzyki na deser. – Pomyślałam, że spędzimy razem więcej niż… czterdzieści minut.
– Czasami mniej znaczy więcej – rzuciła, jakby cytowała Paulo Coelho. – Zresztą… wiesz, mnie to nie służy.
– Co konkretnie? Buraczki?
– Nie, atmosfera. Jest… napięta. Takie napięcie się odczuwa – dodała, rozglądając się znacząco po mieszkaniu, jakby szukała potwierdzenia swojej teorii.
– Może powinnaś przestać wszystko komentować – powiedziałam, pierwszy raz patrząc jej prosto w oczy. – Może wtedy atmosfera byłaby bardziej… znośna.
Teść chrząknął, mąż spojrzał na podłogę. Teściowa zamilkła na kilka sekund. A potem tylko wzruszyła ramionami.
– No to idziemy. Dziękujemy za… starania.
– Nie ma za co – odpowiedziałam bez cienia uśmiechu.
Drzwi zamknęły się bez pożegnania. Podeszłam do stołu, spojrzałam na resztki obiadu.
– I po co ty się tak przejmujesz? – zapytał mój mąż cicho. – Oni tacy już są.
– A ty? – uniosłam wzrok. – Ty też taki jesteś?
Nie odpowiedział.
Postawiłam ultimatum
Przez kilka minut kręciłam się po kuchni, udając, że coś sprzątam. W rzeczywistości nie potrafiłam stać w miejscu, bo wszystko we mnie wrzało. Szarlotka wciąż leżała na blacie, przykryta lnianą ściereczką. Nienaruszona.
– Może zjemy razem ten deser? – zapytał mąż, nieśmiało zaglądając do kuchni.
– Chcesz? – odparłam, nie odwracając się.
– No weź… Przecież wiem, że się starałaś.
– Nie, nie wiesz. Ty od lat nie wiesz. Ty tylko bierzesz ich stronę. Uśmiechasz się, śmiejesz z ich docinków, a potem mówisz mi, że „oni tacy już są”. A ja co? Mam milczeć?
– To moi rodzice – powiedział zmęczonym głosem. – Nie będę się z nimi kłócił o żurek i buraczki.
– To nie chodzi o buraczki! – podniosłam głos. – To chodzi o to, że od lat czuję się w tym domu jak służąca na egzaminie. Wszystko ocenione. Zawsze za dużo, za ostro, za nowocześnie albo zbyt tradycyjnie. Nigdy nie jest dobrze.
Zapadła cisza. W końcu usiadł przy stole.
– To powiedz, co mam zrobić.
– Nie zapraszaj ich więcej.
– Naprawdę tego chcesz?
– Tak. Jeśli znów mają przyjść i wyjść, zanim rozpuści się bita śmietana – to wolę zjeść deser z tobą. Albo sama.
Zerknął na szarlotkę.
– No to daj ten nóż. Zaczynamy rewolucję od deseru?
Podałam mu go. I tym razem naprawdę się uśmiechnęłam.
Poczułam ulgę
Usiedliśmy przy stole. Bez pośpiechu, bez sztucznych uśmiechów i tej ciągłej czujności, czy przypadkiem ktoś nie skrzywi się na zbyt kwaśny sos.
– No dobra, jak mam być szczery… to nie lubię schabu ze śliwką – powiedział mój mąż, wkładając do ust kawałek szarlotki. – Ale ta szarlotka… o, tu jesteś mistrzynią.
– Dzięki – rzuciłam z przekąsem. – Miło wiedzieć po ośmiu latach małżeństwa.
– Ty też mi nie mówisz, że nie lubisz, jak mruczę przy jedzeniu – uśmiechnął się. – A mruczę od początku.
– Bo myślałam, że się tak cieszysz. A ty po prostu dźwięczysz jak ekspres do kawy.
Zaśmialiśmy się oboje. Szarlotka zniknęła z talerzy w mgnieniu oka.
– Wiesz… Może powinniśmy częściej robić obiady tylko dla siebie – rzuciłam, nalewając herbaty. – Bez napięcia. Bez patrzenia na to, kto krzywo trzyma łyżkę.
– I bez ludzi, którzy udają, że przyszli z miłości, a wychodzą, bo sos był za gęsty?
– Dokładnie.
Zamknęłam lodówkę z poczuciem ulgi. Resztki z obiadu pochowałam do pudełek – nie z poczucia obowiązku, tylko z myślą, że jutro w pracy zjem w spokoju porządny posiłek. W ciszy.
– To co, mam zadzwonić do mamy, że następny obiad się nie odbędzie? – spytał, sięgając po telefon.
– Nie. Po prostu nie dzwoń. Kiedyś się domyśli.
I w końcu poczułam się naprawdę u siebie. We własnym domu.
Milena, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Obiad na Dzień Babci do dziś odbija mi się czkawką. To wtedy przejrzałam na oczy, że rodzina ma mnie w nosie”
- „W Dzień Babci usłyszałam, że jestem toksyczna, bo się wtrącam. Odchowałam dziecko, więc mam większe doświadczenie”
- „To miały być moje ferie z tatą, ale jego kochanka skutecznie nam to zniszczyła. Nigdy więcej z nim nie pojadę”