„Zaprosiłam wnuki na obiad w Dzień Babci. Dziś siedzę sama przy stole i karmię się złudzeniami, że coś dla nich znaczę”
„Dzień Babci nadchodził powoli. W kioskach zaczęli już sprzedawać kartki z życzeniami. I nagle poczułam... coś jak nadzieję. Może zaproszę ich na obiad? Ugotuję pomidorową, jak kiedyś. Zrobię sernik, który Marta tak lubiła. Przypomnę im, że istnieję. Że wciąż jestem”.

- Redakcja
Mam na imię Maria. Mam 72 lata, choć ostatnio czuję się, jakbym miała ze sto. Może to z powodu ciszy w tym mieszkaniu. Ciszy, która dźwięczy jak dzwon pogrzebowy. Kiedyś to miejsce tętniło życiem. Agnieszka biegała w skarpetkach po panelach, wrzeszcząc, że nie może znaleźć zeszytu. Kamil ciągle słuchał tej swojej muzyki, co dudniła jak w fabryce. A teraz? Czasem sama nie wiem, czy coś się wydarzyło naprawdę, czy mi się śniło. Tylko zdjęcia na ścianach przypominają, że miałam rodzinę. Miałam dom.
Mój mąż zmarł pięć lat temu. Zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu. Dużo jak na jedną starą kobietę. Każdy pokój to osobna kapsuła czasu – ten po Agnieszce nadal pachnie lawendowym płynem, którego używała, kiedy była nastolatką. Pokój Kamila – surowy, pusty, tylko stara półka na książki, które zostawił, bo „może jeszcze się przydadzą”. No i salon, w którym teraz śpię.
Codzienność? Śniadanie o tej samej porze, krótki spacer, zakupy w osiedlowym, obiad dla jednej osoby. Nikt nie dzwoni. Nikt nie puka. Wnuki mają swoje życia, dzieci swoje obowiązki. A ja... mam czas. Zbyt dużo czasu. Dzień Babci nadchodził powoli. W kioskach zaczęli już sprzedawać kartki z życzeniami. I nagle poczułam... coś jak nadzieję. Może zaproszę ich na obiad? Ugotuję pomidorową, jak kiedyś. Zrobię sernik, który Marta tak lubiła. Przypomnę im, że istnieję. Że wciąż jestem. Napisałam do Agnieszki: „Córeczko, może przyjdziecie z dziećmi na obiad w Dzień Babci? Bardzo bym się ucieszyła. Mama.” Potem długo wpatrywałam się w ekran telefonu. Czekałam.
Przyjęcie… na które nikt nie przyjdzie
– Mamo, ja naprawdę nie wiem, jak to wszystko ogarnąć… – Agnieszka westchnęła po drugiej stronie słuchawki. – Marta ma korepetycje, Oskar trening, a ja mam dwa zlecenia na wczoraj. Sama rozumiesz.
Milczałam przez chwilę, żeby nie wybuchnąć.
– Ale to tylko obiad, Aga. Godzina, dwie. Na Dzień Babci.
– Wiem, wiem… Ale dzieciaki są w takim wieku, że trudno coś zaplanować. A może wpadniemy w inny dzień? – rzuciła, ale jej ton mówił jasno: „Nie licz na to.”
– Dobrze – odparłam cicho, choć wcale nie było dobrze. – Rozumiem.
Rozłączyła się szybko. Zostałam z telefonem w ręku, jakby to był jakiś pusty talerz, z którego właśnie zniknęła ostatnia porcja ciepła. Wysłałam SMS-a do Kamila. „Może odwiedzisz mnie z Tomkiem i Zosią na Dzień Babci? Zrobię coś dobrego. Mama.” Odpowiedź przyszła po godzinie. „Mamo, dzięki za zaproszenie, ale mamy już plany. Pozdrówka.” Bez „kocham cię”, bez „następnym razem”. Po prostu – „mamy plany”. Zadzwoniłam do Marty. W końcu odebrała.
– Hej, babciu, co tam?
– Dzień dobry, kochanie. Pomyślałam, że może… wpadniesz do mnie na chwilę w Dzień Babci. Wiem od mamy, że masz korepetycje, ale może potem, chociaż na godzinkę?
– Uhm… babciu… szkoda, że wcześniej nie dałaś znać, bo mam już coś z koleżankami zaplanowane… Ale pomyślę, okej?
Jej ton był niezręczny. Jakby mówiła do telemarketera, który właśnie proponuje garnki.
– Dobrze, Martusiu. Miłego dnia.
– Pa, babciu.
W słuchawce znowu cisza. Podeszłam do stołu i dotknęłam obrusu. Czysty, wyprasowany. Leżał tu już od rana. Nagle poczułam się jak ktoś, kto nakrył do stołu na przyjęcie… na które nikt nie przyjdzie.
Mamo, nie dramatyzuj
Siedziałam przy stole, talerze, sztućce, serwetki z haftem. Wszystko gotowe, jak co roku. Na środku stał zupa – pachniała jak dawniej, tylko że nikt nie powiedział „mmm, babciu, ale pycha”. Zegar w kuchni wybił czternastą. Czekałam. Pięć minut. Dziesięć. W końcu wstałam i poszłam do dawnego pokoju Agnieszki. Na półce wciąż leżały jej książki. W jednej z nich znalazłam zakładkę, którą zrobiłyśmy razem z wnuczką z kolorowego kartonu. Podeszłam do szafy, otworzyłam ją. W kącie leżało stare pudełko z rysunkami – jeden z nich przedstawiał mnie z koroną i podpisem „Najlepsza babcia świata”. Przejechałam palcem po wyblakłym papierze. Z oczu zaczęły mi cieknąć łzy. Ciche, słone, wstydliwe. Chwyciłam telefon i zadzwoniłam do Agnieszki.
– Mamo, mówiłam przecież…
– Wiem, Aga. – W głosie miałam więcej goryczy, niż chciałam. – Ale wiesz co? Przez dwadzieścia lat gotowałam dla was codziennie. Nosiłam was na rękach. Opiekowałam się Martą, kiedy źle się czuła. A teraz nie znajdziecie godziny? Wnuki nawet nie zadzwoniły!
– Mamo, nie dramatyzuj…Oni po prostu są młodzi. Inne pokolenie.
– Nie dramatyzuję! Tylko boli, Aga. – Głos mi zadrżał. – I nie chcę już nikogo o nic prosić. Rozumiesz?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Muszę kończyć – powiedziała sztywno Agnieszka i się rozłączyła.
Stałam w środku pokoju z telefonem w ręce i czułam się zupełnie niepotrzebna.
List. I parę wspomnień
Wieczorem Usiadłam przy kuchennym stole z kartką papieru i długopisem. Pisałam powoli, litera po literze. „Moje Kochane Wnuki,
Nie wiem, czy przeczytacie ten list. Ale chcę wam coś powiedzieć. Pamiętacie, jak razem piekliśmy pierniczki? Marta, ty wtedy wysypałaś mąkę na dywan i śmiałaś się, że zrobiłaś śnieg. Oskar, a ty zjadłeś cały lukier i udawałeś, że to nie ty. Pamiętacie? Bo ja tak, bardzo dobrze. Codziennie.”
Przykleiłam kilka zdjęć – z wakacji nad jeziorem, z choinki, z komunii Marty. Jakby same miały im przypomnieć, że kiedyś byliśmy rodziną. Że istniałam dla nich, naprawdę. Postanowiłam odwiedzić Martę. Czekałam pod jej szkołą. Wyszła z grupką koleżanek, z telefonem w dłoni.
– Babciu? – spojrzała zdziwiona. – Co ty tu robisz?
– Chciałam ci coś dać – podałam jej kopertę. – List. I parę wspomnień.
Spojrzała na mnie zdziwiona.
– List? Od kogo?
Uśmiechnęłam się smutno.
– Od babci. Tej, która stała się dla was niewidzialna.
Wnuczka wzięła kopertę, jakby wciąż nie rozumiała. Serce mi ścisnęło. Ale nie powiedziałam nic więcej.
Nie miałam siły stać pod drzwiami
Przestałam dzwonić. To była decyzja cicha, bez patosu. Nie pisałam do Agnieszki. Nie pytałam wnuków, jak tam w szkole. Pomyślałam, że skoro tak bardzo im przeszkadzam, to spróbuję… nie istnieć. Mijały dni. Cisza nie bolała od razu. Najpierw była ulga. Że nie czekam. Że się nie łudzę. Aż któregoś dnia przyszła krótka wiadomość od Marty: „Babciu, czy ty jesteś na mnie zła?” Patrzyłam na ekran długo. Bardzo długo. I nie odpisałam.
Tydzień później poszłam obejrzeć dom opieki. „Dla świętego spokoju” – powiedziałam samej sobie. Pani w recepcji była miła.
– Ma pani rodzinę? – zapytała.
– Mam – odpowiedziałam po chwili. – Przynajmniej tak mi się kiedyś wydawało.
Na świetlicy starsze kobiety. Jedna trzymała zdjęcie wnuczki. Druga opowiadała, że syn „nie ma czasu”. Kiwałam głową. Tu wszyscy mówili tym samym językiem. Zrozumiałam, że nie zniknęłam po to, by zatęsknili. Zniknęłam, bo już nie miałam siły stać pod drzwiami własnej rodziny.
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dzień Babci pojechałam odpocząć sama nad morzem. Rodzina ma pretensje, ale przecież w końcu to ma być moje święto”
- „W Dzień Babci wnuki tylko wypytywały mnie o spadek. Zdziwią się, jak zobaczą, co im zapisałam w testamencie”
- „Kolejny Dzień Babci znów spędzam sama w kapciach przed telewizorem. Niedługo całkiem zapomnę, jak wygląda mój wnuk”