„Zapytałam synową, czy mogę przyjść na roczek wnusia. Powiedziała, że to kameralna impreza tylko dla bliskich”
„Mam trójkę dzieci i jednego wnuka, a jednak pewnego dnia poczułam się, jakbym wcale nie była częścią własnej rodziny. Gdy synowa powiedziała mi, że roczek będzie tylko dla najbliższych, coś we mnie pękło. Czy naprawdę zabrakło dla mnie miejsca – czy po prostu przestałam być dla nich ważna?”.

- Redakcja
Mam trójkę dzieci, jednego wnuka i mnóstwo wspomnień – niektóre są ciepłe jak świeże bułeczki, inne przypominają zimny prysznic. Mój syn, jedynak z pierwszego małżeństwa, to moje oczko w głowie. Zawsze był spokojny, zrównoważony. Nie sprawiał problemów, aż... aż się zakochał. W kobiecie, która nie przypominała nikogo z naszej rodziny. Była chłodna, powściągliwa i nieprzewidywalna. Nigdy nie wiedziałam, co o niej myśleć, choć bardzo się starałam ją zaakceptować.
Urodził im się syn, mój wnuczek. Serce mi zmiękło, gdy go pierwszy raz zobaczyłam – tak podobny do mojego syna. Krew z krwi. Odliczałam dni do jego pierwszych urodzin, szykowałam prezent, szukałam zdjęć, które mogłabym oprawić w ramkę i dołączyć do upominku. W końcu postanowiłam zapytać synową, kiedy i gdzie ma być impreza. Zapytałam grzecznie, z nadzieją i uśmiechem. A wtedy ona – z tym swoim lodowatym spokojem i nutą złośliwego uśmieszku – rzuciła:
– Mamo, to będzie kameralne spotkanie. Tylko dla najbliższych...
I wtedy coś we mnie pękło.
Miejsca nie starczyło?
Stałam w kuchni, mieszając zupę, kiedy w końcu odważyłam się wykręcić do niej numer. Serce biło mi szybciej, jakbym miała zaraz zdawać egzamin. Odebrała po drugim sygnale.
– Halo?
– Cześć, kochanie, tu Grażyna – powiedziałam jak najłagodniej.
– O, dzień dobry, mamo – odpowiedziała, przeciągając „mamo” jakby to było jakieś zaklęcie. Już wtedy coś mnie zakuło w żołądku.
– Słuchaj, myślałam… no bo to już niedługo roczek małego… – zaczęłam niepewnie. – I chciałam zapytać, czy mogę przyjść. Chciałabym mu coś dać, zobaczyć, jak zdmuchuje świeczkę…
Po drugiej stronie przez moment zapadła cisza. A potem usłyszałam ten ton. Lekko rozbawiony, trochę sztuczny.
– Och, mamo… Wiesz, my robimy bardzo kameralne przyjęcie. Tylko dla najbliższych…
Zamarłam.
– A… rozumiem – wydukałam, choć nie rozumiałam nic. – To znaczy… Ja przecież jestem rodziną, prawda?
– Oczywiście, że tak. Ale wiesz, pandemia, miejsca ograniczone, a moja mama już zapowiedziała się z siostrą i babcią…
– No tak… a dla mnie już miejsca nie starczyło – wyrwało mi się. Usłyszałam, jak westchnęła.
– Nie chodzi o ciebie, mamo. Po prostu nie chcemy robić z tego wielkiej imprezy. Takie rodzinne spotkanko, no wiesz. Dla bliskich.
Bliskich. Te słowo dudniło mi w głowie. Czyli nie dla mnie.
– Aha. No to… bawcie się dobrze – rzuciłam i szybko się rozłączyłam.
Zupa wykipiała. Nawet nie zauważyłam.
Zadzwoniłam do mojego syna
Tego wieczoru nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, patrzyłam w sufit i próbowałam znaleźć jakiekolwiek usprawiedliwienie dla jej słów. „Kameralne spotkanie… tylko dla bliskich…” – powtarzałam w myślach jak przekleństwo. W końcu, około północy, nie wytrzymałam. Zadzwoniłam do mojego syna.
– Mamo? Wszystko w porządku? – odezwał się zaspanym głosem.
– Nie śpisz jeszcze?
– No teraz już nie. Co się stało?
– Wiesz co, tak się tylko zastanawiam… – zaczęłam niby od niechcenia. – Ten roczek małego. Twoja żona mówiła, że to tylko dla najbliższych…
– No tak, tak planowaliśmy. Kameralnie. Bez tłumów – odparł, jakby powtarzał coś, co już słyszał sto razy.
– A ja? – zapytałam prosto, bez owijania. – Ja jestem tą „bliską”, czy już nie?
Zapadła cisza. Usłyszałam tylko, jak westchnął.
– Mamo, nie rób scen.
– Jakich scen? Ja tylko pytam. Bo jak się okazuje, moja obecność już nie jest mile widziana. Może i wnuka powinnam zacząć oglądać tylko na zdjęciach?
– Oj mamo… – znowu westchnął. – Wiesz, że to nie tak. Po prostu… No, ona chce mieć spokój, bez napięć.
– A ja jestem napięciem?
– Nie to miałem na myśli.
– Wiesz co, szkoda słów. Chciałam tylko się upewnić, że dobrze zrozumiałam. Dobranoc, synu.
– Mamo…
Ale ja już się rozłączałam. Dłoń mi drżała. W oczach stanęły łzy. Tylko nie wiedziałam – bardziej z żalu czy z wściekłości.
„Babcia nie była zaproszona”
Następnego dnia, wzięłam wolne z pracy. Usiadłam z herbatą przy kuchennym stole i wpatrywałam się w pusty kalendarz. W sobotę miał być ten „kameralny roczek”. Wpisałam sobie wcześniej wielkimi literami: URODZINY MAŁEGO. Teraz zakreśliłam to na czarno.
Nie wytrzymałam. Zadzwoniłam do Basi – mojej przyjaciółki z czasów szkoły pielęgniarskiej. Zawsze wiedziała, co powiedzieć, kiedy człowiekowi pękało serce.
– Grażynka? Co się dzieje? Masz taki głos, jakby ci ktoś kota przejechał – rzuciła od razu.
– Basia… – westchnęłam ciężko. – Synowa urządza roczek wnusiowi. Powiedziała, że to tylko dla bliskich. A ja… się nie załapałam.
– Że co?! – aż krzyknęła. – Ona chyba sobie żarty robi. Ty nie jesteś bliska?
– Najwyraźniej nie. Wiesz, niby jestem „mamo”, ale tylko z grzeczności.
– To nie grzeczność, to pogarda, tylko ładnie opakowana. Słuchaj, przyjedź do mnie w sobotę. Zrobimy sobie własny roczek. Przynieś zdjęcia, album, coś na słodko.
– Myślisz, że powinnam dać im spokój?
– Myślę, że powinnaś przestać się pchać tam, gdzie cię nie chcą. I trochę zadbać o siebie.
– A jak wnuk mnie zapyta kiedyś, czemu mnie nie było?
– To mu powiesz: „babcia nie była zaproszona”. I zobaczysz, że sam kiedyś zrozumie.
Zrobiło mi się lepiej. Może tylko odrobinę, ale jednak. Może zamiast prosić o miejsce przy ich stole, warto czasem nakryć swój własny.
Pojawił się syn
Sobota nadeszła szybciej, niż bym chciała. Od rana chodziłam po mieszkaniu jak struta. W radiu leciała piosenka o rodzinie – wyłączyłam. Zrobiłam sernik, bo przecież obiecałam Basi. Spakowałam album, stare zdjęcia małego, te z pierwszego spaceru, kąpieli i chrztu. Siedziałam już w kurtce, gotowa wychodzić, kiedy zadzwonił domofon.
– To ja – rozległ się głos mojego syna.
Zdziwiłam się. Otworzyłam. Wszedł z wnukiem na rękach. Mały miał na sobie elegancką koszulę z muszką.
– Co ty tu robisz? – zapytałam cicho.
– Mamy chwilę, zanim zacznie się impreza. Pomyślałem, że może wpadniemy na kawę.
– Nie ma czasu na kawę – odparłam chłodno. – Nie jestem na liście „najbliższych”.
– Mamo, nie zaczynaj… – jęknął.
Mały wyciągnął do mnie rączki. Serce mi zmiękło. Wzięłam go, przytuliłam. Usiadłam z nim na kanapie, a on zaraz zaczął bawić się moim wisiorkiem.
– Mam dla niego prezent… – powiedziałam, po chwili milczenia. – Ale skoro nie jestem zaproszona, miałam go dać Basi. Miałyśmy sobie urządzić nasz własny roczek.
– Mamo, ja... przepraszam – powiedział cicho. – To nie powinno tak wyglądać. Chciałem jakoś to załagodzić. Chociaż tak.
– Więc zamiast zaprosić matkę na urodziny wnuka, podrzucasz dziecko na piętnaście minut? Jak kurier?
Spuścił wzrok.
– Nie wiem już, jak to wszystko pogodzić...
– To może pora, żebyś zaczął próbować.
Dla świętego spokoju?
– Słuchaj, nie chcę się kłócić – powiedział, siadając na brzegu fotela. – Po prostu… jesteśmy w trudnym momencie. Tam już wszystko gotowe, ludzie się schodzą, a ja wolałem tu przyjechać.
– Bo łatwiej przyjechać z dzieckiem niż stanąć twarzą w twarz z własną żoną i powiedzieć: „Zaprosiłem mamę”? – uniosłam brwi.
– Ona nie chciała, żebyś była. Mówi, że się stresuje, że będzie spięta, że zrobisz jakąś „scenę”.
– Scenę? – prychnęłam. – Ja? To ona od początku gra pierwszoplanową rolę w dramacie, który sama sobie napisała.
Mały przytulił się do mnie i zaczął mamrotać coś pod nosem, jakby chciał coś opowiedzieć. Patrzyłam na niego z mieszaniną miłości i żalu. Wnuk miał dziś urodziny, a ja – zamiast dmuchać z nim świeczkę – byłam babcią na zapleczu.
– Nie chcę wybierać między wami – odezwał się syn. – Ale naprawdę… mogłabyś czasem odpuścić. Dla świętego spokoju.
– Dla czyjego świętego spokoju? Bo na pewno nie mojego – odparłam ostro. – Ty już dawno wybrałeś. Nie musisz wybierać między nami. Po prostu pamiętaj, kto cię urodził i kto cię całe życie wspierał.
Spojrzał na mnie i przez chwilę naprawdę wyglądał na zawstydzonego.
– Mamo… – zaczął, ale przerwałam mu.
– Idź. Niech dziecko nie spóźni się na swoją własną imprezę. I nie martw się o prezent. Dam mu go kiedy indziej. Kiedy będzie tylko nasz czas. Bez masek, pozorów i „kameralnych spotkań”.
Pocałowałam wnuka w czółko i oddałam go ojcu. Nawet nie obejrzał się, wychodząc.
Zawiodłam się na synu
Minęły trzy tygodnie. Od tamtej wizyty nie odezwał się ani syn, ani jego żona. Nie dzwonili, nie pytali, czy żyję, czy coś mi trzeba. Wnuk miał już swoje zabawki, tort, świeczki, zdjęcia do albumu – beze mnie. Dziwnie się z tym czułam. Jakby ktoś wykreślił mnie z rodzinnego zdjęcia i nawet nie zapytał, czy może.
W niedzielę z samego rana zadzwoniła Basia.
– Grażynka, załóż coś ładnego i chodź na spacer. Powietrze ci dobrze zrobi, bo znowu mi się smutkiem dusisz przez telefon.
Zgodziłam się. Poszłyśmy alejkami w parku, milcząc przez dłuższą chwilę. W końcu wyrzuciłam z siebie:
– Wiesz, co jest najgorsze? Nie to, że mnie nie zaprosili. Tylko to, że on – mój syn – nawet się nie postawił. Nawet nie próbował…
– Bo się boi. Albo nie chce mieć problemów. A niektórzy mężczyźni wolą święty spokój niż porządek w sumieniu.
– A ja całe życie byłam dla niego… na wyciągnięcie ręki – wyszeptałam.
Basia uścisnęła mnie za ramię.
– Może teraz pora, żeby on się postarał. Albo wnuk. Bo z tobą wszystko jest w porządku. To z nimi coś poszło nie tak.
– Myślisz, że kiedyś zrozumieją?
– Może. Albo i nie. Ale ty masz prawo nie czekać wiecznie z sercem na dłoni.
Przytaknęłam. A potem wróciłam do domu, zdjęłam z lodówki kartkę z napisem „roczek wnuka” i wrzuciłam ją do kosza. W rodzinie czasem trzeba też umieć zniknąć – póki jeszcze boli.
Grażyna, 59 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dostałam nietypowy kalendarz adwentowy. Z każdym kolejnym otwieranym okienkiem płakałam coraz bardziej”
- „Zięć codziennie znikał bez słowa i wracał cały w skowronkach. Myślałam, że zdradza Anię, ale prawda była gorsza”
- „Mąż woli leżeć na kanapie niż pomóc mi w sprzątaniu. Jak teściowa zrobi test białej rękawiczki, to nie będzie zmiłuj”