„Zarabiałam duże pieniądze i żyłam jak pączek w maśle. Dopiero upadek otworzył mi oczy na bolesną prawdę”
„Nie miałam czasu na gotowanie, sprzątanie czy banalne rozmowy o pogodzie. Od tego miałam ludzi. Panią Jadzię do sprzątania, firmę cateringową do jedzenia i asystentkę do załatwiania spraw urzędowych”.

- Redakcja
Byłam przekonana, że moje życie jest definicją sukcesu, o jakim inni mogą tylko pomarzyć, przeglądając kolorowe magazyny. Miałam apartament z widokiem na panoramę miasta, szafę pełną ubrań z metkami, których nazw moi rodzice nie potrafili nawet wymówić i poczucie absolutnej wyższości nad każdym, kto zarabiał mniej niż średnia krajowa. Pieniądze były dla mnie tarczą, która miała chronić przed smutkiem, samotnością i problemami. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że ta tarcza jest zrobiona z papieru, a wiatr zmian, który właśnie nadciągał, zdmuchnie moją idealną konstrukcję jak domek z kart.
Przewróciłam oczami
Jeszcze dwa lata temu mój poranek wyglądał jak scena z filmu. Budził mnie dźwięk ekspresu do kawy, który kosztował tyle, co używany samochód, a ja przeciągałam się w pościeli z egipskiej bawełny. Wstawałam, podchodziłam do wielkiego okna na czternastym piętrze i patrzyłam na miasto budzące się do życia. Czułam się wtedy panią świata. Pracowałam jako dyrektor kreatywna w dużej agencji marketingowej. Moja praca polegała na sprzedawaniu marzeń, a ja sama byłam najlepszym produktem tej sprzedaży. Każdy mój dzień był precyzyjnie zaplanowany. Spotkania, lunche w restauracjach, gdzie za sałatkę płaciło się fortunę, wieczorne bankiety. Nie miałam czasu na gotowanie, sprzątanie czy banalne rozmowy o pogodzie. Od tego miałam ludzi. Panią Jadzię do sprzątania, firmę cateringową do jedzenia i asystentkę do załatwiania spraw urzędowych. Pamiętam, jak pewnego dnia zadzwoniła do mnie moja młodsza siostra, Ewa.
– Cześć – powiedziała cicho. – Może wpadniesz do nas na obiad? Mama robi pierogi, te z jagodami, które tak lubisz.
Przewróciłam oczami, trzymając telefon ramieniem, podczas gdy drugą ręką poprawiałam makijaż w lusterku taksówki.
– Ewa, daj spokój – westchnęłam z nieukrywanym zniecierpliwieniem. – Wiesz, jaki mam grafik. W ten weekend lecę do Mediolanu na targi designu. Pierogi? Serio? Nie jadam już takich rzeczy, dbam o linię.
– Ale mama bardzo tęskni – próbowała jeszcze walczyć siostra. – Nie było cię na święta, na urodzinach taty też nie...
– Wyślę wam prezent. Kupcie sobie coś ładnego – ucięłam rozmowę, rozłączając się bez pożegnania.
Wtedy wydawało mi się, że jestem hojna. Przecież wysyłałam im pieniądze. Czego więcej mogli chcieć? Nie rozumiałam, że waluta, którą operowali moi bliscy, miała zupełnie inny kurs niż ta, którą ja gromadziłam na koncie. Oni chcieli czasu, uwagi i bliskości. Ja oferowałam przelewy. Mój ówczesny partner tylko utwierdzał mnie w tym przekonaniu. Był przystojny, ambitny i tak samo, jak ja zakochany w luksusie. Razem tworzyliśmy „power couple”. Byliśmy idealni na zdjęciach w mediach społecznościowych, ale w domu rzadko ze sobą rozmawialiśmy. Nasze dialogi ograniczały się do planowania kolejnych wakacji na Malediwach albo wyboru nowego modelu samochodu.
Byłam w szoku
Nagle wszystko zaczęło się sypać. Weszłam do biura pewnym krokiem, stukając obcasami o marmurową posadzkę. Czułam się nietykalna. Tego dnia miałam dopiąć fuzję z zagranicznym inwestorem, co miało przynieść mi gigantyczną premię i awans na wiceprezesa. Weszłam do sali konferencyjnej, ale zamiast uśmiechniętego prezesa, zobaczyłam prawników i audytorów. Okazało się, że jeden z moich zaufanych podwładnych, człowiek, którego sama zatrudniłam i promowałam, od miesięcy przypisywał sobie moje sukcesy i zrzucał na mnie winę za nieudane projekty.
– Przykro mi, pani Kamilo – powiedział chłodno prezes, nie patrząc mi w oczy. – Zarząd stracił do pani zaufanie. Rozwiązujemy umowę ze skutkiem natychmiastowym. W świetle strat, jakie poniosła firma, nie przysługuje pani odprawa.
Wyszłam z biurowca z jednym kartonowym pudełkiem w rękach. Padał deszcz, a ja nawet nie miałam parasola. Moja służbowa limuzyna już na mnie nie czekała. Stałam na chodniku, w przemoczonym żakiecie od projektanta i czułam, jak ogarnia mnie panika. To nie mogło się dziać naprawdę. Przecież ja byłam Kamilą, kobietą sukcesu. Wróciłam do domu, licząc na wsparcie Roberta. Zastałam go pakującego walizki.
– Co ty robisz? – zapytałam, ocierając tusz spływający po policzkach.
– Słyszałem, co się stało – rzucił, nie przerywając składania koszul. – Wiadomości w naszej branży rozchodzą się błyskawicznie. Jesteś spalona. Nikt cię nie zatrudni w tym mieście.
– I dlatego odchodzisz? Bo straciłam pracę? – głos mi się załamał.
Robert wyprostował się i spojrzał na mnie z politowaniem.
– Odchodzę, bo ten układ przestał mi się opłacać. Bądźmy szczerzy, łączył nas styl życia, a nie wielka miłość. Bez twojej pensji nie utrzymamy tego mieszkania, a ja nie zamierzam obniżać standardów.
Zostałam sama. W wielkim, pustym apartamencie, za który rata kredytu wynosiła tyle, co trzymiesięczne zarobki przeciętnego człowieka.
Rozpłakałam się
Kolejne miesiące były jak koszmar, z którego nie mogłam się obudzić. Oszczędności topniały w zastraszającym tempie. Próbowałam znaleźć pracę, ale łatka „niekompetentnej menadżerki”, którą przypięła mi plotka środowiskowa, zamykała wszystkie drzwi. Zaczęłam sprzedawać swoje torebki, buty, biżuterię. Każda sprzedana rzecz była jak cios w moje ego. Płakałam, pakując markowe szpilki dla obcych kobiet, które kupowały je za ułamek ceny. Najgorszy moment nadszedł, gdy bank upomniał się o mieszkanie. Musiałam się wyprowadzić. Nie miałam dokąd pójść. Moi „przyjaciele” z czasów świetności nagle przestali odbierać telefony. Nikt nie miał czasu, nikt nie miał wolnego pokoju. Wszyscy byli zajęci swoim idealnym życiem, w którym nie było miejsca na porażkę. Została mi tylko jedna opcja. Opcja, której wstydziłam się najbardziej na świecie. Wybrałam numer mamy. Ręce mi drżały.
– Mamo... – wychrypiałam. – Czy... czy mogłabym przyjechać do domu na jakiś czas?
Po drugiej stronie zapadła cisza. Bałam się, że mi odmówi. Że powie: „Teraz sobie o nas przypomniałaś?”. Jednak usłyszałam tylko ciepły, spokojny głos:
– Oczywiście. Przyjeżdżaj, kiedy chcesz.
Powrót do małego miasteczka, z którego uciekłam dziesięć lat temu, był dla mnie jak zesłanie. Rodzinny dom wydawał mi się ciasny, duszny i stary. Skrzypiąca podłoga, zapach gotowanej kapusty, stare meble – wszystko to mnie drażniło. Czułam się jak przegrana, która wróciła z podkulonym ogonem. Jednak rodzice i Ewa przyjęli mnie bez ani jednego słowa wyrzutu. Tata wniósł moje walizki, mama postawiła na stole talerz zupy.
– Jedz, dziecko, marnie wyglądasz – powiedziała, gładząc mnie po plecach.
Rozpłakałam się. Nie z wdzięczności, ale ze złości na siebie i na los. Że siedzę w tej kuchni z ceratą na stole, zamiast w modnej restauracji sushi.
Zaskoczyła mnie
Mijały tygodnie. Leżałam w swoim dawnym pokoju, gapiąc się w sufit. Apatia przykuła mnie do łóżka. Nie miałam pieniędzy, nie miałam perspektyw. Ewa, która pracowała jako nauczycielka w lokalnej szkole i wychowywała samotnie dwójkę dzieci, pewnego dnia weszła do mojego pokoju i odsłoniła zasłony.
– Wstawaj – powiedziała stanowczo. – Dość tego użalania się nad sobą.
– Nie mam po co wstawać – mruknęłam, naciągając kołdrę na głowę.
– Masz. Potrzebuję pomocy. Nie dam rady przekopać ogródka, a idzie wiosna. Warzywa same się nie posadzą. Jeśli chcesz tu mieszkać i jeść, musisz się dołożyć. Nie pieniędzmi, bo ich nie masz, ale pracą.
Byłam w szoku. Moja cicha, spokojna siostra stawiała mi warunki? Miała rację. Wstyd mnie piekł. Ubrałam stare dresy, które znalazłam na dnie szafy, i wyszłam do ogrodu. Po godzinie miałam pęcherze na dłoniach, bolały mnie plecy, a pot spływał po czole. Jednak działo się coś dziwnego. Z każdym wbiciem łopaty w ziemię, złość ze mnie uchodziła. Skupiałam się na prostych czynnościach. Wyrywanie chwastów, grabienie, sadzenie. Ziemia nie oceniała mojego stroju ani stanu konta. Ziemia wymagała tylko troski i cierpliwości. Wieczorem, padnięta ze zmęczenia, usiadłam z Ewą na tarasie. Piłyśmy herbatę z obtłuczonych kubków.
– Dzięki – powiedziała siostra. – Bez ciebie bym sobie nie poradziła.
Spojrzałam na nią. Wyglądała na zmęczoną, miała zmarszczki wokół oczu, nie farbowała włosów u najlepszego fryzjera, a jednak... bił od niej spokój, którego ja nigdy nie miałam.
– Jak ty to robisz? – zapytałam cicho. – Ledwo wiążesz koniec z końcem, dzieciaki hałasują, a ty jesteś... szczęśliwa?
Ewa uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami.
– Bo mam to, co ważne. Mam dla kogo żyć. Cieszę się z małych rzeczy. Z tego, że pomidory w tym roku obrodziły, że Antek dostał piątkę z matematyki, że słońce świeci. Pieniądze są ważne, jasne, że tak. Tylko że one są środkiem do celu, a nie celem samym w sobie. Ty goniłaś za cieniem.
Jej słowa uderzyły mnie mocniej niż strata pracy. Zrozumiałam, że przez ostatnie lata byłam emocjonalnym żebrakiem w przebraniu milionerki.
Zarabiałam grosze
Z czasem zaczęłam angażować się w życie domu. Pomagałam siostrzeńcom w lekcjach. Okazało się, że mam talent do tłumaczenia matematyki, o czym nie miałam pojęcia. Zaczęłam gotować z mamą, ucząc się przepisów, które kiedyś uważałam za prostackie. Odkryłam, że zrobienie własnego makaronu daje więcej satysfakcji niż kupienie gotowego dania w najdroższych delikatesach. Pewnego popołudnia, spacerując po miasteczku, zauważyłam ogłoszenie na witrynie małej kwiaciarni. „Szukamy pomocy do układania bukietów”. Weszłam do środka. Zapach świeżych kwiatów uderzył mnie w nozdrza. Kiedyś zamawiałam wielkie bukiety do biura, nigdy nie zastanawiając się, kto je układa. Właścicielka, starsza pani o imieniu Zofia, spojrzała na mnie sceptycznie.
– Pani nie wygląda na kogoś, kto lubi brudzić sobie ręce ziemią i kolcami – oceniła, patrząc na moje wciąż zadbane dłonie.
– Pozory mylą – odpowiedziałam z uśmiechem, który po raz pierwszy od dawna był szczery. – Bardzo potrzebuję pracy. I szybko się uczę.
Zatrudniła mnie na próbę. Zarabiałam grosze w porównaniu do mojej dawnej pensji. Jednak praca z kwiatami, dobieranie kolorów, tworzenie kompozycji sprawiało mi niesamowitą radość. Przypomniałam sobie, że jako dziecko uwielbiałam plastykę, miałam zmysł artystyczny, który stłamsiłam w korporacyjnym wyścigu szczurów. Klienci zaczęli chwalić moje bukiety. Mówili, że mam „to coś”. Zaczęłam wprowadzać nowe pomysły, dekoracje ślubne w stylu rustykalnym, wianki z polnych kwiatów. Kwiaciarnia odżyła, a ja razem z nią.
Nie czułam żalu
Pół roku później, układając wystawę, zobaczyłam znajomą twarz. To była Joanna, moja dawna znajoma z „wielkiego świata”, żona prezesa banku. Weszła do kwiaciarni, rozmawiając przez telefon.
– Tak, to musi być ekskluzywne, żadnych tanich róż... – mówiła, nie patrząc na mnie.
Podeszłam do niej.
– Dzień dobry.
Zamilkła i opuściła telefon. Spojrzała na mnie z niedowierzaniem, a potem z czymś, co przypominało pogardę pomieszaną z litością.
– Kamila? Boże, co ty tu robisz? W takim... fartuchu? – zapytała, taksując mnie wzrokiem.
– Pracuję – odpowiedziałam prosto, nie czując ani grama wstydu, którego się spodziewałam. – Czego potrzebujesz? Mamy piękne piwonie.
Joanna pokręciła głową.
– Słyszałam, że upadłaś nisko, ale nie myślałam, że aż tak. Sprzedawczyni w kwiaciarni? Ty? Przecież to upokarzające.
– Wiesz co? – oparłam dłonie o ladę. – Upokarzające było udawanie przyjaźni z ludźmi, którzy zniknęli, gdy tylko powinęła mi się noga. Upokarzające było życie na pokaz. Teraz zarabiam mało, mam brudne ręce i bolą mnie nogi po całym dniu. Jednak wieczorem wracam do domu, gdzie czeka na mnie rodzina, która kocha mnie bezwarunkowo. Piję herbatę z siostrą i śmiejemy się do łez. I wiesz co? Śpię spokojnie. A ty? Kiedy ostatnio spałaś spokojnie ?
Nie odpowiedziała. Wyszła szybko ze sklepu, nie kupując niczego. Patrzyłam za nią i czułam ogromną ulgę. Ostatnia nić łącząca mnie z dawnym życiem została przecięta. Nie czułam żalu. Czułam wolność.
Odzyskałam spokój
Dziś, patrząc wstecz, wiem, że strata wszystkiego była najlepszą rzeczą, jaka mogła mi się przytrafić. Gdybym została na tamtym szczycie, w szklanej wieży, pewnie do tej pory byłabym samotna, zgorzkniała i pusta w środku, otoczona drogimi przedmiotami, które nie potrafią przytulić. Nadal pracuję w kwiaciarni. Pani Zofia powoli przekazuje mi biznes, planuje przejść na emeryturę. Mam mnóstwo pomysłów na rozwój. Może kiedyś otworzę drugą filię? Kto wie. Jednak nie robię tego dla milionów. Robię to, bo to kocham. Mieszkam w małym, wynajętym mieszkaniu niedaleko rodziców. Nie ma tam marmurów, ale jest ciepło. Mam psa, kundelka ze schroniska, który wita mnie merdaniem ogona, niezależnie od tego, czy mam makijaż, czy nie. Moje relacje z siostrą są silniejsze niż kiedykolwiek. Jest moją najlepszą przyjaciółką.
Pieniądze są potrzebne, nie jestem naiwna. Jednak przestały być moim bogiem. Nauczyłam się, że prawdziwy luksus to czas spędzony z bliskimi, zdrowie i spokój ducha. To smak świeżego chleba z masłem jedzonego na werandzie, a nie ostrygi w drogiej restauracji, gdzie nikt z nikim nie rozmawia. Żyłam jak pączek w maśle, to prawda. Tylko że to masło było zjełczałe, a pączek pusty w środku. Teraz moje życie jest proste, czasami trudne, ale jest wreszcie prawdziwe. I za żadne skarby świata nie zamieniłabym go z powrotem.
Kamila, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Byłam szczęśliwa, gdy mąż zafundował dzieciom ferie. Szkoda, że zapomniał wspomnieć, w jakie długi nas wpakował”
- „Gdy mąż zdradził mnie z przyjaciółką, świat mi się zawalił. To teściowa dała mi radę, która postawiła mnie na nogi”
- „Nie planowaliśmy ferii, bo brakowało nam kasy na chleb. To niewinne zaproszenie do Austrii zmieniło wszystko”