Reklama

Wyjazd w góry w środku zimy to był mój pomysł. Chciałam, żeby nasze dzieci wreszcie zobaczyły prawdziwy śnieg i poczuły magię ferii, o której tyle razy opowiadałam im przy kominku. Wyobrażałam sobie ciepły, drewniany pensjonat z widokiem na ośnieżone szczyty, domową kuchnię i zapach ciasta unoszący się z kuchni. Kiedy szukałam miejsca w internecie, zdjęcia pensjonatu wydawały się niemal bajkowe: białe firanki, kute łóżka i kominek. Po kilku latach oszczędzania uzbierałam w końcu wystarczająco, by pozwolić sobie na taki wyjazd. Rezerwacja przebiegła szybko, zaliczka przelana, walizki spakowane, a dzieci odliczały dni do ferii. Mąż, jak zwykle z rezerwą, rzucił tylko, żebym „nie oczekiwała cudów”. Nie słuchałam. Marzyłam, że ten wyjazd będzie początkiem nowej, rodzinnej tradycji.

Pierwsze rozczarowanie

Droga w góry dłużyła się niemiłosiernie, dzieci wierciły się z tyłu, pytając co pięć minut, kiedy będziemy na miejscu. Słońce już zaszło, kiedy dotarliśmy pod adres podany przez właściciela pensjonatu. Zamiast widoków z katalogu, powitał nas szary, dwupiętrowy budynek, który bardziej przypominał ośrodek kolonijny z lat osiemdziesiątych niż pensjonat z bajki. Przed wejściem walały się stare sanki i plastikowe wiadra, a przy schodach stała popękana ławka. Przez chwilę miałam nadzieję, że to tylko zmyłka i zaraz ktoś zaprosi nas do właściwego domu.

– To tutaj? – spytał mąż, zerkając na mnie podejrzliwie.

– Tak, to ten adres... może w środku jest ładniej – próbowałam bronić swojego wyboru, ale sama nie byłam do końca przekonana.

Przekroczyliśmy próg i od razu uderzył nas zapach stęchlizny zmieszanej z gotowaną kapustą. W recepcji siedziała starsza kobieta w rozciągniętym swetrze, która nawet nie podniosła na nas wzroku.

– Na nazwisko K. – powiedziałam nieśmiało.

– A, do dwójki – rzuciła kobieta, wręczając nam klucz na kawałku drewna. – Po schodach na górę, w lewo.

Mąż milczał, ale widziałam, jak ściska zęby. Dzieci patrzyły na siebie z niepokojem, jakby same wyczuwały, że coś tu nie gra. Ruszyliśmy schodami, które trzeszczały przy każdym kroku, a z sufitu zwisały gołe żarówki.

Pokój z widokiem na rozczarowanie

Drzwi do naszego pokoju ledwo się otwierały, bo zamek był wykrzywiony, a klucz trzeba było przekręcić siłą. W środku panował półmrok – jedyne okno zasłaniała ciężka, brązowa zasłona w kwiaty, która chyba nie była prana od dekady. Rozejrzałam się z rosnącym niepokojem: dwa metalowe łóżka przykryte szorstkimi kocami, szafa z obdrapanym lustrem i rozklekotany stolik. O kominku czy ciepłych pledach mogłam tylko pomarzyć.

– Przecież tu jest zimniej niż na korytarzu – jęknęła moja starsza córka, wciągając ręce w rękawy kurtki.

– Zaraz się rozgrzejemy, na pewno mają tu kaloryfery – próbowałam ratować sytuację, ale pod oknem stał żeliwny grzejnik, z którego wydobywało się jedynie ciche bulgotanie. Mąż otworzył okno – zamiast widoku na góry zobaczyliśmy parking, a za nim śmietnik.

– No to pięknie, świetny ten twój pensjonat – westchnął z ironią.

Starałam się nie przejmować. W końcu to tylko miejsce do spania, reszta się liczy. Próbowałam rozpakować walizki, kiedy do pokoju wpadł syn z nietęgą miną.

– Mama, w łazience nie ma papieru, a na podłodze leży jakiś mokry ręcznik…

– Idę to załatwić – odparłam, zagryzając wargi. Po drodze do recepcji zauważyłam, że korytarz świeci pustkami, a zza jednych drzwi dobiegł mnie głos telewizora grającego na cały regulator.

Przy recepcji spotkałam tę samą kobietę, co wcześniej.

– Przepraszam, czy moglibyśmy dostać papier toaletowy do łazienki? – zapytałam cicho.

– Trzeba wziąć z półki na końcu korytarza, każdy sobie sam bierze – odburknęła.

Wracając do pokoju, zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinniśmy po prostu wsiąść w samochód i wrócić do domu. Dzieci były rozczarowane, a ja czułam się oszukana.

Kuchnia pełna niespodzianek

Następnego ranka postanowiłam, że spróbuję uratować wyjazd dobrym śniadaniem. Skoro na stronie pensjonatu chwalono się domową kuchnią, miałam nadzieję, że choć tu znajdziemy trochę ciepła. Schodziliśmy do jadalni po skrzypiących schodach, dzieci powłóczyły nogami, a mąż szedł z miną, jakby szedł na ścięcie. W jadalni, która wyglądała jak stołówka z dawnych lat, siedziało już kilka rodzin. Stoły przykryte ceratami w kratkę, na środku dzbanek z kompotem i talerze z białym serem. W powietrzu unosił się zapach smażonej cebuli, który wyraźnie nie wszystkim odpowiadał. Przy wejściu czekała na nas ta sama ponura kobieta, którą spotkaliśmy dzień wcześniej.

– Co na śniadanie? – spytała bez uśmiechu.

– Dzień dobry… Może jajecznicę? – zaproponowałam ostrożnie.

– Dziś tylko chleb z pastą jajeczną i ogórek kiszony. Herbata w termosie na końcu sali – odpowiedziała.

Usiedliśmy przy stole i próbowaliśmy nie komentować rzeczywistości. Dzieci bawiły się kompotem, mieszając w nim łyżkami. Mąż co chwilę podnosił wzrok znad kubka.

Przecież to jakiś żart – mruknął pod nosem.

Spojrzałam na niego z wyrzutem.

– Nie psuj im humoru – wyszeptałam, choć sama czułam, że moje starania zdają się na nic.

Po śniadaniu dzieci nie miały ochoty na żadne wyjście. Chciały wrócić do pokoju, a ja zaczęłam wątpić, czy w ogóle uda nam się poczuć magię tych ferii.

Górskie atrakcje po nowemu

Mimo kiepskiego początku, postanowiłam, że nie dam się pokonać. Przecież nie po to tyle planowałam ten wyjazd! Namówiłam wszystkich na spacer w stronę wyciągu, przekonując dzieci, że czeka je przygoda na śniegu. Mąż nie miał entuzjazmu, ale ubrał się i wyszliśmy. Gdy tylko przekroczyliśmy próg pensjonatu, uderzył nas chłód i silny wiatr, który skutecznie wypędził resztki optymizmu z naszych serc.

– Mamo, czemu tu tak wieje? – jęknęła Zuzka, wpychając ręce głęboko do kieszeni.

Szliśmy boczną drogą, mijając stare, rozpadające się domki letniskowe i puste budki z napisem „Gofry – Lody – Zapiekanki”. Na szlaku ledwie dało się iść – śnieg był rozdeptany i przemieszany z błotem, dzieci co chwilę się ślizgały. W końcu dotarliśmy do wyciągu. Stara budka była zamknięta na kłódkę, a obok wisiała karteczka: „Nieczynne do odwołania. Przepraszamy.” Dzieci zamarły, patrząc na mnie pytająco.

– To co teraz? – spytał syn, z wyraźnym zawodem w głosie.

– Może chociaż pozjeżdżamy na sankach – zaproponowałam, ale nawet to nie wywołało entuzjazmu. Zamiast śmiechu i zabawy była cisza, przerywana tylko szumem wiatru.

Wróciliśmy do pensjonatu przemoknięci, zmarznięci i z coraz większym poczuciem porażki. Mąż nie odezwał się ani słowem przez całą drogę.

Ostatnia próba ratowania ferii

Wieczorem, kiedy dzieci siedziały skulone na łóżkach z nosami w telefonach, próbowałam wymyślić coś, co choć trochę poprawi nam nastrój. Przeglądałam lokalne ogłoszenia w internecie, aż wpadła mi w oko informacja o kuligu organizowanym przez okolicznych gospodarzy. Podobno w programie była jazda saniami, ognisko i kiełbaski. Pomyślałam, że to szansa na prawdziwe górskie wspomnienie. Namówiłam wszystkich, choć po minach widziałam, że każdy ma już dość moich pomysłów. Pod pensjonat podjechał stary traktor z przyczepionymi saniami, które bardziej przypominały wielką skrzynię na drewno niż bajkowe sanie. W środku już siedziało kilka osób, głównie starsze panie owinięte w koce. Dzieci usiadły niechętnie, mąż poklepał się po kolanie, jakby chciał sprawdzić, czy nie straci czucia od zimna.

– Ruszamy! – zawołał gospodarz, dodając gazu.

Jazda przez wieś była daleka od romantycznych wyobrażeń: śniegu mało, traktor warczał niemiłosiernie, a zapach spalin przysłaniał wszystko. Ognisko okazało się stertą żarzących się gałęzi, a kiełbaski każdy piekł sobie sam, walcząc z dymem i lodowatym wiatrem. Po powrocie do pensjonatu dzieci położyły się spać bez słowa, a ja czułam już tylko pustkę. Nawet mąż przestał mi docinać. Wieczór minął nam w kompletnej ciszy.

Powrót z lekcją na przyszłość

Ostatni poranek w pensjonacie upłynął w ciszy. Dzieci szybko się spakowały, nawet nie prosząc o pomoc. Mąż wniósł walizki do samochodu, a ja jeszcze raz rozejrzałam się po pokoju, w którym nie spędziliśmy ani jednej beztroskiej chwili. Patrząc na obdrapane ściany i zimny grzejnik, poczułam nie tylko rozczarowanie, ale też wstyd. Miałam nadzieję, że ten wyjazd zbliży nas do siebie, tymczasem każdemu było lżej, gdy pożegnaliśmy się z pensjonatem. Droga powrotna minęła nam w milczeniu. Dzieci przysypiały na tylnym siedzeniu, mąż prowadził, ściskając kierownicę z taką siłą, jakby chciał wymazać ten wyjazd z pamięci. Dopiero, gdy wjechaliśmy do naszego miasta, odważyłam się odezwać.

– Przepraszam, że nie wyszło tak, jak chciałam… – powiedziałam cicho.

Mąż spojrzał na mnie przez ramię.

– Bywa, nie zawsze się udaje. Przynajmniej będziemy mieli co wspominać – odparł z nutą smutku w głosie.

Dopiero wtedy zrozumiałam, że wcale nie musimy mieć idealnych ferii, żeby być rodziną. Czasem najwięcej uczymy się z porażek, a najwięcej śmiechu wywołują właśnie wspomnienia o najgorszych wakacjach. Może za rok wybierzemy się gdzieś indziej. A może wcale nie musimy nigdzie wyjeżdżać, żeby być blisko.

Weronika, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama