Reklama

Zarezerwowałam dla nas pokój w górach. Pensjonat, który pamiętałam z czasów, kiedy jeszcze się śmialiśmy. Gdy dzieci zjeżdżały na sankach, a Jarek robił zdjęcia i mówił, że jestem piękna nawet w czapce i z czerwonym nosem. Marzyłam, że może ten śnieg znowu rozpuści lód w naszych sercach.

– To co, jedziemy w piątek po pracy – rzuciłam, kładąc kolację na stole.

– Jak chcesz, jedźmy – odpowiedział Jarek, nawet nie odrywając wzroku od ekranu.

Syn tylko wzruszył ramionami. Córka zapytała, czy będzie wi-fi.

To miał być nasz wspólny czas. Tylko że „nas” już jakby nie było. Mieszkaliśmy razem, ale każdy w swojej samotności. Dzieci – zamknięte w swoim świecie, śmiejące się do ekranów. Jarek – zatopiony w telefonie, znikający wieczorami „na spacer”. A ja – trzymająca wszystko w garści, jakby to jeszcze miało sens. Czasem myślę, że próbuję nie dlatego, że wierzę, ale dlatego, że to ostatnia rzecz, którą jeszcze potrafię robić. Kiedyś była miłość. Teraz jest cisza. Taka, która nie daje ukojenia.

Obecni, ale nieobecni

Już w drodze czułam napięcie. Siedzieliśmy w samochodzie, cztery osoby, które kiedyś potrafiły śmiać się do rozpuku z głupich żartów. Teraz jechaliśmy w milczeniu. Jarek prowadził z twarzą obojętną jak mur. Syn miał słuchawki, patrzył przez okno, jakby za szybą było cokolwiek wartego uwagi. Córka bawiła się telefonem, od czasu do czasu wybuchając cichym śmiechem. Nikt nie zapytał mnie, czy się cieszę, że jedziemy. Nikt nie spojrzał na dłużej niż sekundę.

Zaraz po przyjeździe rozpakowałam torby. Dzieci od razu zaszyły się w swoim pokoju. Jarek powiedział, że idzie „rozprostować nogi”. To była jego nowa wersja „muszę się przewietrzyć”, która znaczyła dokładnie tyle, że chce być sam. I zawsze wracał późno. Następnego dnia przygotowałam śniadanie. Jajecznica, chleb, herbata, nawet ich ulubione dżemy. Siedzieli przy stole, ale każdy z nich jakby osobno. Córka z telefonem, syn z miną „dajcie mi święty spokój”. Jarek przewracał gazety, które wziął z recepcji.

– Może dziś wyjdziemy gdzieś razem obiad? – zapytałam, zbyt entuzjastycznie, jak na ten chłodny poranek.

Jarek nawet nie podniósł głowy.

– Zobaczymy, zależy jak dzieci – odburknął.

Syn spojrzał na mnie bez wyrazu.

– Zaraz – mruknął.

Córka dodała „może potem”. Zgasiło mnie to od razu.

Przez cały dzień próbowałam coś wymyślić. Kulig, ognisko, może kolejka? Wszystko zbywane było półsłówkami. Chodzili za mną po pensjonacie jak duchy – obecni, ale nieobecni. A ja się starałam. Zagadywałam, uśmiechałam się, mówiłam rzeczy, które kiedyś ich śmieszyły. Nie działało nic.

Wieczorem usiadłam na tarasie, z kubkiem herbaty. Zimno szczypało w dłonie, ale i tak nie chciałam wracać do środka. Tam był tylko telewizor i rozczarowanie. Patrzyłam na góry, które jeszcze pamiętały, jak biegaliśmy razem po szlakach. Dziś nie miałam już siły mówić. Czułam się jak obca wśród swoich.

Rozdział 2

Drugiego dnia po południu dzieci zaczęły się skarżyć na ból gardła. Najpierw córka, potem syn. Siedzieliśmy w pokoju, zawinięci w koce, ja co chwilę mierzyłam im temperaturę i podawałam herbatę z cytryną. Dzieci nawet nie marudziły, co było najgorszym sygnałem – zwykle o wszystko kręcili nosami. Teraz leżeli cicho, jakby ich obecność nie chciała nikomu przeszkadzać.

Jarek wyszedł po południu, mówiąc tylko tyle, że idzie się przejść. Nawet nie spojrzał na chore dzieci. Nie zapytał, jak się czują. Nie zapytał mnie, czy czegoś potrzebuję. Po prostu sięgnął po kurtkę, zapiął zamek i wyszedł. Z każdą godziną narastała we mnie złość. Mijała dziewiętnasta, potem dwudziesta. Dzieci zasnęły.

Siedziałam w fotelu przy oknie, nasłuchując, czy nie wraca. Dzwonić nie chciałam – wiedziałam, że i tak nie odbierze. Tłumaczyłam sobie, że przecież potrzebuje przestrzeni, ale to nie była przestrzeń. To była ucieczka. Wrócił chwilę po północy. Cicho otworzył drzwi, jakby zakładał, że wszyscy śpią. Nie śpieszył się. Pachniał dymem i piwem. Usiadł na łóżku, zrzucając buty.

– Wiesz, że dzieci źle się czują? A ty siedzisz w barze? – zapytałam bez wstępu.

Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.

– Nie przesadzaj. Musiałem odetchnąć.

– Od czego, Jarek? Od nas?

Nie odpowiedział. Tylko westchnął i położył się tyłem do mnie.

– Może byś się wreszcie odezwał. Cokolwiek powiedział. Powiedział, co czujesz, co myślisz. Bo ja tu jestem. Ja tu jeszcze jestem – powiedziałam, ale nie wiem, czy słyszał. Udawał, że śpi. Albo naprawdę zasnął.

A ja siedziałam dalej. I zrozumiałam, że to nie był już tylko wyjazd, który miał coś naprawić. To była próba przetrwania z człowiekiem, który od dawna był już nieobecny.

Wtedy powiedziałam to zdanie

Ostatni dzień zaczął się wcześnie. Córka obudziła się z katarem, syn narzekał na ból głowy. Ja znowu nie spałam prawie wcale. Przewracałam się z boku na bok, słuchając, jak Jarek oddycha równomiernie obok. Był tak spokojny, jakby naprawdę nic się nie działo. Jakby nie działo się nic od miesięcy.

Zrobiłam śniadanie, rozłożyłam wszystko na stole. Chleb, masło, wędliny, jajka na twardo, herbata. Usiadłam jako pierwsza. Czekałam. Przyszli po kilku minutach – dzieci milczące, ospałe. Jarek z telefonem w ręce. Nikt się nie odezwał. Tylko łyżki stukały o talerze.

Zaczęłam mówić o trasie powrotnej, o tym, że może zatrzymamy się po drodze na chwilę, że moglibyśmy chociaż przez godzinę coś zobaczyć, razem. Nie dostałam odpowiedzi. Po prostu nie odpowiedzieli. Jakby nawet tego nie słyszeli.

– Może byśmy... nie wiem... po prostu porozmawiali? – powiedziałam cicho, bardziej do siebie niż do nich.

Jarek podniósł wzrok, ale jego twarz była zimna jak ten poranek za oknem.

– Nie teraz – odpowiedział.

Patrzyłam na niego. Nie teraz. Nigdy. Te słowa krążyły mi w głowie. Pomyślałam, że właśnie to jest najgorsze – nie zdrada, nie awantura. Tylko obojętność. Ta obojętność, która wpełzała w nasze życie latami i teraz nie zostawiła nic.

Zaczęliśmy się pakować. Cisza była lepka i gęsta. Składałam ubrania powoli, jakby każde zgięcie materiału miało w sobie coś ostatecznego. Dzieci siedziały na łóżkach, nie pytając, czy się spieszymy, czy jedziemy jeszcze gdzieś. Jarek rzucił walizkę do bagażnika i wrócił do pokoju, żeby zabrać ładowarkę.

Wtedy powiedziałam to zdanie. Nawet nie wiedziałam, że je powiem. Wyszło ze mnie nagle, zupełnie naturalnie.

– Wracamy. Mam was dość.

Nikt nie odpowiedział. Może nie usłyszeli. A może właśnie dlatego, że usłyszeli.

Czekałam na cud

W drodze powrotnej nikt się nie odzywał. Silnik monotonnie buczał, mijaliśmy puste przystanki, lasy, małe miasteczka, których nazw nawet nie chciałam zapamiętywać. Dzieci zasnęły po kilkunastu minutach. Córka z głową opartą o szybę, syn z kapturem naciągniętym na twarz.

Myślałam o wszystkim, co wydarzyło się przez te trzy dni. I o wszystkim, co nie wydarzyło się przez ostatnie lata. Bo przecież to nie było tak, że z dnia na dzień przestaliśmy być rodziną. To był proces. Powolny, cichy rozpad. Najpierw przestaliśmy rozmawiać o głupotach. Potem przestaliśmy się dotykać. Potem nawet patrzeć sobie w oczy. Zostawały obowiązki, kredyt, wywiadówki, zakupy. Funkcjonowaliśmy.

Wspominałam czasy, gdy Jarek jeszcze potrafił mnie rozśmieszyć. Gdy robił zdjęcia dzieciom i godzinami wybierał najlepsze do wywołania. Gdy córka przytulała się do mnie, zanim zasnęła. Gdy syn opowiadał o tym, co budował z klocków. I wtedy jeszcze myślałam, że wszystko się ułoży. Wierzyłam, że to tylko przejściowe. Że trzeba przetrwać.

Teraz już wiedziałam. Ta podróż miała być ostatnią próbą. Czekałam na cud, na moment, który coś zmieni. Na to, że spojrzymy na siebie i zobaczymy coś więcej niż zmęczenie i niechęć. Nic się nie wydarzyło. Nie było spięcia, kłótni, wyrzucania sobie win. Tylko cisza. Niewypowiedziane żale, zamarłe spojrzenia. Pusta przestrzeń między nami, której nie dało się już wypełnić.

– Masz chusteczki? – zapytał Jarek.

Podałam mu bez słowa. Użył jednej, rzucił ją do kieszeni na drzwiach i jechał dalej. Nie spojrzał na mnie, ja też nie czułam potrzeby, żeby cokolwiek mówić. I w tej ciszy dotarło do mnie, że bardziej niż samotność boli bezsens trwania razem, gdy już nic nie łączy. Jeszcze nie wiedziałam, co zrobię. Ale wiedziałam, że nie chcę tak żyć.

Myślałam, czy odejść

Po powrocie wszystko było dokładnie tam, gdzie zostawiliśmy. Oni poszli od razu do siebie. Syn zamknął się na klucz. Córka nawet nie zdjęła butów, tylko przeszła do pokoju i rzuciła się na łóżko. Jarek zdjął kurtkę i usiadł na balkonie. Z telefonem. Wpatrzony w ekran, tak jak każdego wieczoru.

Zostałam w kuchni. Światło nad stołem było zbyt ostre, ale nie chciało mi się go przygaszać. Usiadłam, oparłam łokcie o blat i wpatrywałam się w kran, który od miesięcy przeciekał, a nikt nie miał czasu go naprawić. Taki drobiazg, ale właśnie na takich drobiazgach rozkłada się dom.

Myślałam, czy odejść. Nie jak bohaterka filmu, nie z walizką, dramatycznym pożegnaniem i hukiem zamykanych drzwi. Raczej spokojnie. Cicho. Tak samo, jak przez te lata odchodziło wszystko między nami. Miałabym do czego wrócić? Do siebie. I może właśnie to było najtrudniejsze – przypomnieć sobie, kim jestem bez nich. Bez prób ratowania, bez napięcia w plecach, bez wiecznego udawania, że nic się nie dzieje.

Usłyszałam kroki. To był syn. Wszedł do kuchni, spojrzał przelotnie na mnie.

– Jutro mam sprawdzian z historii – rzucił.

– Masz coś do jedzenia w plecaku – odpowiedziałam.

– No. I... idę się pouczyć.

– Dobrze – powiedziałam.

Wyszedł. I znowu zostałam sama. Podeszłam do drzwi balkonowych. Jarek siedział z nogą założoną na nogę, telefon w jednej ręce, drugą podpierał głowę. Nie zauważył mnie.

– Wiesz – powiedziałam, nie otwierając drzwi – chyba nie mamy już nic do powiedzenia.

Nie zareagował. Ani nie drgnął. Wróciłam do kuchni. Odkręciłam kran. Woda zleciała cienkim strumieniem. Zimna. Przez chwilę tylko słuchałam. Potem zakręciłam. Cisza znowu wypełniła cały dom. Nie była ulgą.

Magda, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama