„Zatrudniłam kuzynkę, a ona pracę pomyliła z wybiegiem. Przez nią prawie straciłam firmę i autorytet wśród pracowników”
„Myślałam, że wyciągam do kuzynki pomocną dłoń, że daję jej wędkę, a nie rybę. Nie przewidziałam jednego: Kinga nie chciała wędki. Ona chciała leżeć na leżaku i czekać, aż ryby same wskoczą jej do kieszeni, tylko dlatego, że jesteśmy rodziną. To, co miało być gestem dobrej woli, zamieniło się w najgorszy koszmar mojego zawodowego życia i prawie doprowadziło moją firmę do ruiny”.

- Redakcja
Rodzina to świętość – to zdanie słyszałam przy każdym niedzielnym obiedzie, odkąd byłam dzieckiem. Wpojono mi, że krewnym trzeba pomagać, niezależnie od kosztów. Kiedy więc moja ciotka ze łzami w oczach prosiła o szansę dla swojej córki, mojej kuzynki Kingi, czułam na sobie ten ciężki, moralny obowiązek.
Budowałam to sama cegła po cegle
Moja firma eventowa nie powstała z dnia na dzień. To nie był prezent od bogatych rodziców ani wynik wygranej na loterii. To były lata nieprzespanych nocy, stresu, od którego wypadają włosy, i ryzyka, które sprawiało, że budziłam się z krzykiem. Zaczynałam od organizowania urodzin dla dzieci znajomych w garażu, a po dekadzie doszłam do momentu, w którym obsługiwałam największe korporacje w mieście i wesela celebrytów. Każdy kontrakt, każda pozytywna opinia w internecie, każde polecenie – to wszystko było wynikiem mojej dbałości o szczegóły i szacunku do klienta.
Zatrudniałam sześć osób. Zgrany zespół, który rozumiał, że w tej branży nie ma miejsca na „nie chce mi się”. Kiedy organizujesz galę na trzysta osób, a catering spóźnia się pięć minut, musisz działać, a nie narzekać. Moi ludzie to wiedzieli. Szanowałam ich, płaciłam dobrze, ale wymagałam pełnego zaangażowania.
I wtedy, podczas imienin wujka Staszka, temat zszedł na Kingę. Moja kuzynka, młodsza ode mnie o osiem lat, była... specyficzna. Wieczna studentka, która zmieniała kierunki jak rękawiczki – od kulturoznawstwa, przez kosmetologię, aż po zarządzanie, którego oczywiście nie skończyła. Ciotka Teresa, krojąc sernik, zaczęła swoją stałą śpiewkę.
– Sylwia, ty to masz tak dobrze. Firma się kręci, jeździsz nowym autem... A nasza Kinia? Taka zdolna dziewczyna, a takiego ma pecha do pracodawców. Wszędzie ją wykorzystują, nigdzie nie doceniają jej potencjału.
Znałam tę narrację. Kinga traciła pracę średnio co trzy miesiące. Raz szef był „tyranem”, bo kazał jej przychodzić na ósmą. Innym razem koleżanki były „zazdrośnicami”. Nigdy wina nie leżała po jej stronie.
– Może potrzebuje po prostu kogoś zaufanego? Kogoś z rodziny, kto ją poprowadzi? – Ciotka spojrzała na mnie tym wzrokiem, który nie znosi sprzeciwu. – Przecież szukasz asystentki, widziałam w internecie.
Czułam, jak żołądek zawiązuje mi się w supeł. Wiedziałam, że to błąd. Moja intuicja wyła jak syrena alarmowa. Ale presja spojrzeń całej rodziny przy stole była paraliżująca.
– Niech przyjdzie w poniedziałek na rozmowę – wydukałam, podpisując na siebie wyrok.
Myślała, że biuro to wybieg
Poniedziałek, godzina 9:00. Biuro tętniło życiem. Telefony dzwoniły, Ania (moja prawa ręka) biegała z fakturami, a ja próbowałam ugasić pożar związany z brakiem dostawy kwiatów na piątkowy event. Kingi nie było. Pojawiła się o 9:45. Weszła do biura z kubkiem kawy ze znanej sieciówki, w obcisłej, welurowej sukience, która bardziej nadawała się do klubu niż do pracy biurowej, i z wielkimi okularami przeciwsłonecznymi na nosie.
– Cześć, kuzynko! – rzuciła głośno, ignorując zdziwione spojrzenia moich pracowników. – Ale tu macie sajgon. Sorry za spóźnienie, ale korki na mieście to jakiś dramat, a musiałam jeszcze wstąpić po latte, bo bez kofeiny nie funkcjonuję.
Zacisnęłam zęby. Zaprosiłam ją do gabinetu. Chciałam być profesjonalna. Chciałam oddzielić relacje rodzinne od zawodowych.
– Kinga, tutaj jestem twoją szefową, nie kuzynką – zaczęłam twardo. – Praca asystentki to nie tylko parzenie kawy. To pilnowanie kalendarza, odpisywanie na maile, kontakt z podwykonawcami. To ciężka praca, często pod presją czasu. Zaczynamy o 9:00, co oznacza, że o 9:00 siedzisz przy biurku z włączonym komputerem, a nie wchodzisz do budynku.
Zaśmiała się, machając ręką, jakbym opowiadała dobry żart.
– Jasne, jasne, Sylwia. Przecież wiem. Dam radę, w końcu mam to w genach, co nie? Poza tym, dla rodziny chyba można trochę nagiąć zasady? Przecież nie będziesz mnie rozliczać z minuty spóźnienia.
To był pierwszy dzwonek alarmowy, który zignorowałam, bo chciałam wierzyć, że dziewczyna się wyrobi. Dałam jej biurko, dostęp do poczty i listę zadań na pierwszy dzień. Proste rzeczy: uporządkowanie bazy klientów i potwierdzenie obecności gości na zbliżającą się konferencję medyczną.
Po dwóch godzinach wyszłam z gabinetu. Kinga siedziała z telefonem w ręku, przewijając media społecznościowe. Monitor był wygaszony.
– Jak idzie z bazą? – zapytałam, starając się nie brzmieć oskarżycielsko.
– A, robi się – odpowiedziała, nawet nie podnosząc wzroku. – Ale musiałam odpisać mamie, a potem Kaśka wrzuciła zdjęcia z wakacji... Sylwia, wyluzuj. Zrobię to. Mamy czas.
Czułam na plecach wzrok pracowników
Pierwszy tydzień był trudny, ale drugi stał się koszmarem. Kinga wprowadziła do biura atmosferę, której nigdy tam nie było – atmosferę taniego dramatu i braku szacunku. Traktowała innych pracowników jak gorszych. Ania, która pracowała ze mną od pięciu lat i była absolutną profesjonalistką, stała się głównym celem jej komentarzy.
– Znowu w tej samej bluzce? – rzuciła głośno przy ekspresie do kawy. – Sylwia powinna ci dać podwyżkę, żebyś mogła iść na zakupy, bo to wpływa na wizerunek firmy.
Kiedy zwróciłam jej uwagę na osobności, zrobiła wielkie oczy.
– No co? Przecież tylko żartowałam! Wy tutaj wszyscy jesteście tacy sztywni. Trochę luzu nikomu nie zaszkodzi. Przynoszę wam powiew świeżości.
Ale najgorsze było jej podejście do obowiązków. Kinga uważała, że „gorsze” zadania są poniżej jej godności. Kiedy poprosiłam ją o przygotowanie pakietów powitalnych dla gości (czyli włożenie długopisu i notesu do torby – prosta, manualna praca), spojrzała na mnie z oburzeniem.
– Ja mam to robić? – prychnęła. – Przecież mam dyplom (nie miała). Od tego chyba masz stażystów? Ja jestem twoją asystentką, powinnam jeździć z tobą na spotkania i wybierać menu, a nie pakować gadżety.
W tym momencie popełniłam błąd. Zamiast ją zwolnić, próbowałam tłumaczyć. Tłumaczyłam, że ja też pakuję te torby, kiedy jest taka potrzeba. Że w małej firmie nie ma uprzywilejowanych osób. Że szacunek zdobywa się pracą, a nie nazwiskiem.
– Dobra, dobra, zrobię to – westchnęła ostentacyjnie.
Pół godziny później wyszła na „szybki lunch”, który trwał dwie i pół godziny. Wróciła z siatkami z galerii handlowej, uśmiechnięta, jakby nic się nie stało.
– Były wyprzedaże, nie mogłam się powstrzymać! Zobacz, kupiłam ci apaszkę, żebyś nie była zła.
Moi pracownicy patrzyli na to w milczeniu, ale widziałam, jak narasta w nich frustracja. Ania zaczęła wychodzić wcześniej, inni przestali ze mną żartować. Traciłam autorytet. Zaczęli widzieć we mnie nie szefową, ale ciotkę, która pozwala rozpuszczonej siostrzenicy na wszystko. Wiedziałam, że muszę to uciąć, ale bałam się telefonu od matki i ciotki. „Jak możesz tak traktować rodzinę? Przecież ona się stara!”.
Granica została przekroczona
Sytuacja sięgnęła zenitu miesiąc po jej zatrudnieniu. Mieliśmy ogromne zlecenie – bankiet charytatywny dla fundacji, której ambasadorką była znana aktorka. Budżet był ogromny, prestiż jeszcze większy. Wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik.
Kinga dostała jedno, kluczowe zadanie. Miała potwierdzić ostateczną liczbę gości w firmie cateringowej i upewnić się, że menu wegańskie (dla głównej gwiazdy wieczoru i zarządu fundacji) zostanie przygotowane w oddzielnej sekcji. Przypominałam jej o tym trzy razy. Dostałam maila: „Załatwione, szefowo!”.
Nadszedł dzień bankietu. Sala wyglądała obłędnie, oświetlenie grało idealnie, goście zaczęli się schodzić. Czułam dumę. Do momentu, gdy podeszła do mnie menadżerka cateringu, blada jak ściana.
– Pani Sylwio... Mamy problem.
– Co się stało? – serce podeszło mi do gardła.
– Mamy przygotowane jedzenie na 150 osób. A na sali jest już 200. I... nie mamy żadnych dań wegańskich. W zamówieniu, które dostaliśmy od pani Kingi, wyraźnie zaznaczono „standard meat only”.
Ziemia usunęła mi się spod stóp. To była katastrofa. Gwiazda wieczoru była weganką. Prezes fundacji był weganinem. Brak jedzenia dla 50 osób to wizerunkowy koniec.
– Gdzie jest Kinga? – syknęłam, czując, jak w żyłach pulsuje mi czysta wściekłość.
Znalazłam ją w strefie chilloutu, sączącą prosecco przeznaczone dla gości. Rozmawiała z jakimś przystojnym kelnerem, śmiejąc się wniebogłosy.
– Kinga, musimy porozmawiać. Teraz.
– O co chodzi? – przewróciła oczami, niechętnie odstawiając kieliszek. – Przecież impreza się kręci, wyluzuj.
Zaciągnęłam ją na zaplecze.
– Czy potwierdziłaś liczbę gości? Czy zaznaczyłaś opcję wegańską?
– No... wysłałam im maila tydzień temu. Chyba.
– „Chyba”? Kinga, brakuje jedzenia dla 50 osób! Gwiazda wieczoru nie ma co jeść! Wysłałaś mi potwierdzenie!
Wzruszyła ramionami, jakby chodziło o rozlane mleko.
– No mogło mi umknąć, okej? Miałam wtedy dużo na głowie, zerwał ze mną Paweł... Nie rób afery, zamówimy pizzę czy coś. Nikt nie zauważy.
Zamarłam. Zamówimy pizzę na bankiet charytatywny, gdzie bilet wstępu kosztował tysiąc złotych.
– Wyjdź – powiedziałam cicho, ale tonem, który sprawił, że nawet ona się cofnęła.
– Co?
– Wyjdź stąd. Oddaj identyfikator i wyjdź. Jesteś zwolniona. W trybie natychmiastowym.
– Nie możesz mnie zwolnić! – krzyknęła, a jej twarz zrobiła się czerwona. – Jestem twoją rodziną! Zadzwonię do mamy! Jak możesz być taka przez głupie jedzenie?!
– Wynoś się, zanim wezwę ochronę – powiedziałam, patrząc jej prosto w oczy. Po raz pierwszy od miesiąca czułam się jak szefowa, a nie jak zastraszona kuzynka.
Prawdziwe piekło rozpętało się następnego dnia
Uratowaliśmy ten wieczór cudem. Błagałam szefa kuchni pobliskiej restauracji o pomoc, ściągnęliśmy dodatkowe półmiski w godzinę, osobiście przepraszałam gwiazdę, wymyślając bajkę o awarii chłodni. Wizerunek ucierpiał, ale nie zatonęliśmy. Prawdziwe piekło rozpętało się jednak następnego dnia. Telefon dzwonił bez przerwy. Ciotka Teresa, matka, nawet babcia.
Odebrałam tylko raz, telefon od ciotki.
– Jak mogłaś, Sylwia? – nadawała do słuchawki tak, że musiałam odsunąć telefon od ucha. – Wyrzuciłaś ją jak zbędną rzecz. Biedactwo płacze od wczoraj! Powiedziała, że upokorzyłaś ją przy wszystkich, że kazałaś jej wynosić śmieci! Nie sądziłam, że jesteś taka bezduszna... Rodzinie się tak nie robi!
– Ciociu – przerwałam jej spokojnie. – Kinga naraziła moją firmę na ogromne straty. Nie pracowała, kłamała. To, że jest rodziną, nie zwalnia jej z myślenia. Nie zatrudnię jej z powrotem. Koniec tematu.
Rozłączyłam się i zablokowałam numer. Przez kolejne miesiące byłam „czarną owcą”. Nie zaproszono mnie na święta. Kuzynostwo przestało lajkować moje posty. Słyszałam plotki, które Kinga rozsiewała po rodzinie – że wykorzystywałam ją, że byłam zazdrosna o jej urodę, że nie wypłaciłam jej pensji (co było kłamstwem, dostała wszystko co do grosza, nawet za ten nieszczęsny ostatni dzień).
Bolało? Na początku tak. Bolało jak diabli, bo kochałam moją rodzinę. Ale wiecie co? Kiedy weszłam do biura w poniedziałek po zwolnieniu Kingi, poczułam coś innego. Ulgę. Moi pracownicy uśmiechali się szczerze. Ania przyniosła mi kawę i powiedziała cicho: „Dzięki, szefowo”. Atmosfera oczyściła się natychmiast. Praca znów szła sprawnie. Nikt się nie spóźniał, nikt nie robił dąsów.
Zrozumiałam wtedy jedną, bolesną prawdę. Czasami toksyczność przychodzi ubrana w rodzinne więzy. To, że z kimś dzielimy geny, nie daje mu prawa do niszczenia tego, na co ciężko pracowaliśmy. Kinga chciała łatwej kasy i statusu, nie dając od siebie nic. Myślała, że „firma kuzynki” to przedłużenie jej beztroskiego dzieciństwa.
Dziś moja firma prosperuje lepiej niż kiedykolwiek. Z rodziną powoli odbudowuję relacje – na moich zasadach. Ciotka Teresa nadal patrzy na mnie wilkiem, ale przestała dzwonić z pretensjami. A Kinga? Słyszałam, że zatrudniła się u wujka w warsztacie samochodowym. Podobno po tygodniu pomyliła zamówienia na części i wujek wyrzucił ją z hukiem. Cóż, przynajmniej teraz w rodzinie wiedzą, że to nie ja byłam tą „złą”. Nie żałuję swojej decyzji. Biznes to biznes. A rodzina? Rodzina powinna wspierać, a nie pasożytować. Jeśli ktoś tego nie rozumie, nie ma miejsca ani przy moim stole, ani przy moim biurku.
Sylwia, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałam, że po 40-stce nikt nie będzie mnie uczył, jak prowadzić dom. No ale teściowa miała inne zdanie”
- „Mam już po dziurki w nosie złotych rad teściowej. Myśli, że będę tańczyć, jak mi zagra, ale się grubo myli”
- „Na czas remontu domu wynajęliśmy z mężem kawalerkę. Na 30 mkw. po naszym małżeństwie pozostał tylko kurz”