„Zaufałem kuzynowi fachowcowi, bo miał złote ręce. Przez ten przeklęty remont straciłem pieniądze, rodzinę i spokój”
„Poczułem ukłucie niepokoju, ale przelałem pieniądze. W końcu tak to podobno działało. Następnego dnia Konrad się nie pojawił. Napisał wieczorem, że utknął na innym zleceniu, ale wszystko ma pod kontrolą. Potem było już tylko gorzej. Przychodził nieregularnie, czasem na godzinę, czasem na dwie. Zawsze zmęczony, zawsze z nową wymówką”.

- Redakcja
Kiedy odebrałem klucze do swojego pierwszego mieszkania, przez chwilę stałem na środku pustego salonu i nie mogłem przestać się uśmiechać. Duma mieszała się jednak z lękiem, bo wiedziałem, że przede mną remont, na który ledwo wystarczało pieniędzy. Wtedy pojawił się Konrad – kuzyn, który z łatwością przekonywał, że wszystko da się zrobić taniej i szybciej. Justyna patrzyła na to z dystansem, ale mama powtarzała, że rodzinie się ufa. Sam chciałem w to wierzyć, choć gdzieś w środku czułem niepokój.
Dałem się namówić rodzinie
Pierwsza rozmowa odbyła się przy kuchennym stole u mamy. Pachniała herbata, a ja siedziałem jak na egzaminie, z dłonią zaciśniętą na kolanie. Konrad rozłożył ręce, jakby już widział gotowe mieszkanie.
– Zrobię ci wszystko od A do Z – powiedział pewnie. – Po co masz płacić obcym, skoro masz fachowca w rodzinie?
Mama skinęła głową, zanim zdążyłem się odezwać.
– Adrian, Konrad zawsze pomagał. Ma złote ręce, zobaczysz.
Justyna siedziała obok mnie sztywno. Czułem, jak jej milczenie staje się ciężkie.
– A terminy? – zapytała spokojnie. – I koszty, tak dokładnie?
Konrad uśmiechnął się lekko, jakby pytanie było zbędne.
– Dogadamy się. Przecież jesteśmy rodziną.
Wujek Robert dorzucił swoje trzy grosze, tonem kogoś, kto rozstrzyga spór.
– Trzeba zaufać. Młody jest, stara się. Nie patrz na każdy grosz.
Poczułem, jak grunt usuwa mi się spod nóg. Każda moja wątpliwość była gaszona, zanim zdążyła wybrzmieć. Kiedy próbowałem wspomnieć o umowie czy kosztorysie, mama spojrzała na mnie z wyrzutem.
– Co ty, własnemu kuzynowi nie wierzysz?
W drodze do domu Justyna nie wytrzymała.
– Czemu nic nie powiedziałeś? – zapytała cicho. – Przecież to twoje mieszkanie.
– Powiedziałem… trochę – odpowiedziałem, choć sam wiedziałem, że to nieprawda.
– Oni cię zagadali. A ty im pozwoliłeś – dodała, już ostrzej.
Chciałem wierzyć, że przesadza. Że to tylko jej ostrożność, a nie realne zagrożenie. Tłumaczyłem sobie, że rodzina nie zrobi mi krzywdy, że przecież wszyscy chcą dobrze. A jednak tej nocy długo nie mogłem zasnąć. W głowie krążyło jedno zdanie mamy, powtarzane jak zaklęcie: „Rodzina wie lepiej”. I bałem się, że oddając decyzję innym, właśnie tracę kontrolę nad czymś, co dopiero co stało się moje.
To była studnia bez dna
Pierwszego dnia remontu byłem na miejscu od rana. Konrad przyjechał po południu, z torbą narzędzi przewieszoną przez ramię i telefonem przyklejonym do ucha. Rzucił tylko krótkie „zaraz wracam” i zniknął na klatce schodowej. Wrócił po dwudziestu minutach, jak gdyby nic się nie stało.
– Trzeba będzie kupić materiały – oznajmił, rozglądając się po mieszkaniu. – Jak dasz zaliczkę, to jutro ruszamy pełną parą.
Poczułem ukłucie niepokoju, ale przelałem pieniądze. W końcu tak to podobno działało. Następnego dnia Konrad się nie pojawił. Napisał wieczorem, że utknął na innym zleceniu, ale wszystko ma pod kontrolą. Potem było już tylko gorzej. Przychodził nieregularnie, czasem na godzinę, czasem na dwie. Zawsze zmęczony, zawsze z nową wymówką. „Dostawca zawalił”. „Ktoś mi choruje w domu”. „Musiałem dokończyć inną robotę, bo bym nie dostał pieniędzy”.
Każda rozmowa kończyła się tym samym.
– Adrian, potrzebuję jeszcze trochę kasy, bo inaczej wszystko stanie.
I przelewałem. Za każdym razem mówiłem sobie, że to ostatni raz, że skoro już tyle wydałem, nie mogę teraz przerwać. Wchodziłem do mieszkania i patrzyłem na niedokończone ściany, na porozrzucane materiały, które bardziej przypominały bałagan niż postęp. Justyna coraz częściej nie chciała tam przychodzić.
– To nie jest remont, tylko studnia bez dna – mówiła. – On cię zwodzi.
– Przesadzasz – odpowiadałem, choć głos mi drżał. – Konrad nie miałby powodu mnie oszukać.
Sam siebie zaskakiwałem tą obroną. Im więcej widziałem nieprawidłowości, tym bardziej stawałem po jego stronie. Jakby przyznanie Justynie racji oznaczało, że to ja popełniłem błąd. A na to nie byłem gotów. Wieczorami liczyłem pieniądze, które znikały szybciej, niż powinny. Coraz częściej łapałem się na myśli, że coś wymyka mi się z rąk. Ale zamiast reagować, dzwoniłem do Konrada i słuchałem kolejnych obietnic.
– Spokojnie, kuzyn – mówił. – Jeszcze mi podziękujesz.
A ja chciałem w to wierzyć, bo alternatywa była zbyt bolesna.
Zacząłem wątpić w siebie
Pęknięcia pojawiły się najpierw w mieszkaniu. Nierówne ściany, fragmenty instalacji zostawione jakby w połowie pracy, miejsca, w których nic do niczego nie pasowało. Stałem pośrodku salonu i próbowałem sobie wmówić, że tak właśnie wygląda remont w toku. Że to normalne. Że trzeba poczekać.
Konrad przestał odbierać telefon od razu. Najpierw oddzwaniał po kilku godzinach, potem następnego dnia. Gdy w końcu udało mi się go złapać, mówił szybko, nerwowo.
– Adrian, nie panikuj. Wszystko ogarniemy, tylko muszę poukładać parę spraw.
Pojechałem do mamy, licząc na wsparcie. Wyszedłem z poczuciem winy.
– Ty zawsze widzisz problemy – powiedziała, mieszając herbatę. – Konrad się stara, a ty go stresujesz.
– Mamo, on nie kończy rzeczy, bierze pieniądze i znika na tygodnie – odpowiedziałem, czując, jak rośnie we mnie frustracja.
– Każdy ma gorszy okres. Rodzinie trzeba pomóc, a nie podejrzewać ją o najgorsze.
Wujek Robert był jeszcze bardziej stanowczy.
– Czepiasz się szczegółów. Jakbyś wziął obcych, zapłaciłbyś dwa razy więcej.
Wróciłem do domu wściekły, ale też zdezorientowany. Jeśli wszyscy mówili, że przesadzam, może faktycznie coś było ze mną nie tak? Może byłem zbyt nerwowy, zbyt kontrolujący? Justyna nie miała już cierpliwości.
– Oni zawsze będą go bronić – powiedziała. – A ty zostaniesz z tym sam.
Pokłóciliśmy się wtedy najmocniej od lat. Ona wyrzucała mi, że nie słucham, ja jej, że nie rozumie presji rodziny. W pewnym momencie zamilkła i tylko spojrzała na mnie ze zmęczeniem.
– Najgorsze jest to, że zacząłeś wątpić w siebie – powiedziała cicho.
Te słowa bolały bardziej niż krzyk. Bo wiedziałem, że ma rację. Każda kolejna niedokończona rzecz, każda rozmowa z rodziną sprawiała, że czułem się coraz mniejszy. Jakbym nie miał prawa do złości ani do własnego zdania, choć przecież chodziło o moje mieszkanie. A pęknięcia, które zaczęły się w ścianach, powoli przechodziły na wszystko inne.
Wszystko się posypało
Zorientowałem się w poniedziałek rano, kiedy po raz trzeci z rzędu nikt nie odebrał telefonu. Najpierw uznałem, że to zbieg okoliczności. Potem napisałem wiadomość. Jedną, drugą, trzecią. Wszystkie pozostały bez odpowiedzi. W mieszkaniu panowała cisza, kurz osiadał na tym, co miało być początkiem nowego etapu, a ja stałem w drzwiach z kluczami w ręku i narastającym uczuciem paniki.
Pojechałem pod adres Konrada. Jeszcze tydzień wcześniej był pewny siebie, głośny, przekonany o swojej racji. Teraz drzwi otworzyła obca kobieta, wyraźnie zaskoczona moją obecnością.
– Konrad? – powtórzyła. – Nie mieszka tu od kilku dni. Zabrał rzeczy i powiedział, że się wyprowadza.
Poczułem się tak, jakby ktoś dał mi w twarz. Zszedłem po schodach powoli, jakbym liczył, że na dole wszystko okaże się nieporozumieniem. Ale nie okazało się. Telefon nadal milczał. Konto bankowe też nie przyniosło żadnych dobrych wieści. Zadzwoniłem do mamy, odebrała od razu.
– On się pewnie odezwie – powiedziała szybko, zanim zdążyłem skończyć. – Nie rób dramatu.
– Mamo, on zniknął. Nie ma go, nie odbiera, remont niedokończony – powiedziałem, a głos mi się załamał.
Zapadła krótka cisza.
– Może ma problemy – odpowiedziała w końcu. – Trzeba go zrozumieć.
To bolało najbardziej. Nie samo oszustwo, ale to, że nawet w tej chwili byłem sam. Justyna patrzyła na mnie wieczorem bez słów, kiedy opowiadałem jej wszystko. W jej oczach nie było zaskoczenia, tylko smutek.
– Przykro mi – powiedziała. – Wiem, jak bardzo chciałeś wierzyć, że to się dobrze skończy.
Wtedy po raz pierwszy dopuściłem do siebie myśl, że straciłem coś więcej niż pieniądze. Zaufanie, spokój, poczucie bezpieczeństwa. A rodzina, która miała być oparciem, zaczęła szukać usprawiedliwień dla kogoś, kto po prostu odszedł.
Byłem zbyt naiwny
Nie mogłem już udawać, że wszystko samo się ułoży. Pojechałem do wujka Roberta z nadzieją, że tym razem ktoś mnie wysłucha. Siedzieliśmy w jego salonie, a ja mówiłem spokojnie, rzeczowo, jakby ton głosu mógł uratować sytuację.
– Konrad zniknął, nie skończył remontu. Zostałem z długami – powiedziałem w końcu.
Wujek westchnął ciężko i odchylił się na fotelu.
– Trzeba było pilnować. Jak komuś dajesz pieniądze, to bierzesz odpowiedzialność.
Te słowa uderzyły mnie mocniej, niż się spodziewałem.
– Czyli to moja wina? – zapytałem.
– Nie mówię, że twoja, ale… sam rozumiesz. On też ma swoje problemy.
U mamy było podobnie. Słuchała, ale jakby nie do końca mnie.
– Adrian, nie chcę wybierać stron – mówiła. – To wciąż rodzina.
Zrozumiałem wtedy, że dla nich ważniejsze jest zachowanie spokoju niż prawda. Przyznanie, że Konrad zawiódł, oznaczałoby, że wszyscy się pomylili. A łatwiej było uznać, że to ja byłem zbyt ufny, zbyt naiwny.
Wróciłem do pustego mieszkania i usiadłem na podłodze. Bez mebli, bez ścian, które można by nazwać skończonymi. Justyna była obok, ale wiedziałem, że coś między nami się zmieniło. Nie z jej winy, tylko z powodu mojej bezradności.
Po raz pierwszy jasno zobaczyłem, jak łatwo zostałem postawiony w roli winnego. Jak szybko zaufanie zamieniło się w ciężar, który musiałem nieść sam. I że po drugiej stronie tego wszystkiego nie czekała ani sprawiedliwość, ani wsparcie. Tylko cisza i świadomość, że niektóre relacje pękają bezpowrotnie.
Adrian, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Walentynki to dla innych radosny czas, a dla mnie najgorszy dzień w roku. Zapalam wtedy znicz na grobie mojej miłości”
- „2 dni przed walentynkami rozbolała mnie ósemka. Wróżka zębuszka zamiast 100 zł, przyniosła mi faceta ze snów”
- „Czekałem na dziewczynę z pierścionkiem i kolacją walentynkową, a ona wysłała SMS. Szef zaoferował jej coś lepszego”