„Zawsze byłam nad wyraz ambitna i chciałam zostać kobietą sukcesu. Moje nadzieje jednak szybko stopniały jak śnieg”
„Kiedy kończyłam studia z wyróżnieniem, napakowana ambicjami i marzeniami, byłam pewna, że za kilka lat będę pracować nad ważnymi projektami, spotykać się z inspirującymi ludźmi i robić coś, co naprawdę ma znaczenie. Chciałam być kobietą sukcesu. Tymczasem jestem kobietą od tabel”.

- Redakcja
Nie tak to sobie wyobrażałam. Kiedy kończyłam studia z wyróżnieniem, napakowana ambicjami i marzeniami, byłam pewna, że za kilka lat będę pracować nad ważnymi projektami, spotykać się z inspirującymi ludźmi i robić coś, co naprawdę ma znaczenie. Chciałam być kobietą sukcesu. Tymczasem jestem kobietą od tabel. Od zadań „na wczoraj”, od „zrób prezentację na szybko” i „dopięcie raportu do 18:00”. Dni mi uciekają, oczy pieką od ekranu, a serce boli z tęsknoty za życiem, które mogłabym mieć. Albo które powinnam mieć. Tylko czy nie jest już za późno, żeby to wszystko zmienić
Nikt nie widzi, że znikam
– Czy mogłabyś jeszcze raz przerobić tę tabelę? Klient się rozmyślił – usłyszałam, zanim zdążyłam zdjąć płaszcz.
Weszłam do biura z mokrymi włosami, bo znowu nie zdążyłam ich wysuszyć. Taksówka spóźniona, śniadanie w torbie, kawa zimna, a humor do bani. Winda, piętro szóste, open space i widok na betonowy mur, jakby ktoś chciał mi przypomnieć, że właśnie tu kończy się moja kreatywność.
– Jasne, już robię – odpowiedziałam automatycznie, choć w środku miałam ochotę krzyczeć.
Siedem lat temu z dyplomem w ręku wierzyłam, że ten świat stoi przede mną otworem. Że moja przyszłość będzie czymś więcej niż tabelkami i goniącymi mnie terminami. Dziś liczy się tylko to, żeby się „wyrobić”, „przeklikać”, „zrealizować target”. Nikt nie pyta, co mnie interesuje. Nikt nie widzi, że znikam, że nie ma mnie w tym, co robię.
– Super, jesteś niezastąpiona – rzuciła szefowa, nie podnosząc wzroku znad maila.
Nie jestem. Takich jak ja są tysiące. Rano wchodzimy w korporacyjny rytm i wieczorem wychodzimy z oczyma jakbyśmy przebiegli maraton. Tylko nikt nam za to medalu nie wręcza. Kiedyś chciałam pisać książki, tworzyć coś własnego. Teraz piszę podsumowania kwartalne.
Myślami byłam już gdzie indziej
Znowu siedziałam na zebraniu, na którym nikt tak naprawdę mnie nie słuchał. Mówiłam coś o wnioskach z ostatnich analiz, ale wszyscy patrzyli w ekrany albo na Maćka, który potrafił opowiadać głupoty z taką pewnością siebie, że nikt nie zauważał, jak bardzo są bez sensu.
– Świetny pomysł, Maciek. Możesz to rozwinąć? – zapytała menadżerka i posłała mu uśmiech, który widziałam już dziesiątki razy.
A ja? Ja zgłaszałam podobne uwagi tydzień temu. Wtedy nikt nie zareagował. Może dlatego, że nie mam tego „czegoś”? Może nie umiem się przebić, bo nie potrafię się narzucać, przerywać innym w pół zdania, podbijać ego ludziom, którzy traktują empatię jak zbędne obciążenie?
– A ty, Iza, co sądzisz? – padło pytanie, kiedy myślami byłam już gdzie indziej - w górach, w domku przy lesie, który istniał tylko w mojej głowie.
– Zgadzam się – powiedziałam, choć wcale się nie zgadzałam.
Czasem myślę, że nie jestem zrobiona z odpowiedniego materiału na tę robotę. Że kobiety takie jak ja – spokojne, sumienne, dokładne – są tu tylko tłem. Nie wychylają się, nie wspinają. Zderzają się z sufitem, który nawet nie jest ze szkła. On jest z betonu.
Każdy dzień wyglądał tak samo
Wróciłam do domu po dwunastej w nocy. Komputer zamknęłam dopiero, gdy zaczęła mnie boleć głowa. Siedziałam na podłodze w kuchni i jadłam suchy chleb z masłem. Tylko tyle było. Nawet nie zauważyłam, że od kilku dni nie zrobiłam zakupów. W telefonie wiadomość od mamy: „Córciu, kiedy się w końcu odezwiesz?” Nie miałam siły odpisać. W pracy każdy dzień wyglądał tak samo. Kolejne tabelki, kolejne prośby bez „proszę” i wymagania bez granic. Przestałam się malować, bo rano nie miałam siły nawet się uczesać. Przestałam spotykać się ze znajomymi, bo zawsze byłam „za bardzo zmęczona”. Nawet weekendy stały się przedłużeniem tygodnia – w poniedziałek nad ranem odpisywałam już na maile.
– Tylko nie mów mi, że jesteś wypalona, przecież jesteś jeszcze młoda – rzuciła koleżanka, gdy próbowałam jej powiedzieć, że nie daję już rady.
Jakby wypalenie miało wiek. Jakby trzeba było najpierw przepracować czterdzieści lat i dostać siwych włosów, żeby ktoś uznał, że masz prawo być zmęczona. A potem i tak rano wstałam, zrobiłam kawę i usiadłam przed ekranem. Znowu.
Karmiłam się iluzją, że to droga do sukcesu
To miało być tylko na chwilę. Pół roku w korpo, żeby złapać doświadczenie, potem znajdę coś bardziej „mojego”. Minęły cztery lata. Cztery lata niekończącego się „jeszcze tylko jeden projekt”, „jeszcze trochę i będę mogła odejść”, „jeszcze chwila i coś się zmieni”. Karmiłam się iluzją, że to droga do sukcesu. A tak naprawdę to była droga donikąd.
– Wiesz, ja cię podziwiam – powiedziała kiedyś koleżanka ze studiów. – Ty jesteś taka pracowita. Taka zorganizowana. I masz dobrą pracę!
Uśmiechnęłam się. Nie powiedziałam, jak się naprawdę czuję. Że nie wiem już, kim jestem poza tą, która „dowozi” i nigdy się nie spóźnia. Kiedyś marzyłam, że będę robić coś wielkiego. Że będę mówić głośno o ważnych sprawach, zmieniać świat na lepszy. Teraz najgłośniejsze, co z siebie wydaję, to cichy jęk, gdy w piątek wieczorem dostaję maila z tematem: „Pilne – do poniedziałku rano”. Nikt mnie nie zmusił do tej pracy. Sama ją wybrałam. Sama się zgodziłam na wszystko. Bo przecież chciałam być „kimś”. I może właśnie dlatego teraz tak trudno mi to wszystko rzucić.
Prawdziwe życie czekało
Zaczęłam myśleć o odejściu. Tak naprawdę, nie tylko w przypływie emocji. Zrobiłam sobie tajny folder „plan B” i zbierałam tam wszystko: pomysły, kontakty, linki do kursów, a nawet szkice tego, czym mogłabym się zająć. Prawdziwe życie czekało po drugiej stronie strachu. Wiedziałam o tym. Czułam to całym ciałem.
– To tylko chwilowy kryzys. Przemęczenie. Urlop ci się przyda – rzuciła jedna z koleżanek, kiedy wymsknęło mi się, że myślę o zmianie.
Tylko że ja nie chciałam już urlopu. Nie chciałam dwóch tygodni oddechu, po których znowu wrócę na stare tory. Chciałam czegoś innego. Prawdziwej zmiany. Tylko że… nie miałam odwagi. Każdego dnia szłam na kompromis. Z rozsądkiem, z kredytem, z CV, z obawą, co pomyślą inni. Strach był głośniejszy niż pasja. A jednak coś się zmieniało. Coraz częściej wyobrażałam sobie swoje życie bez tego biura, bez maili, bez poniedziałków z gulą w gardle. I nie czułam wtedy lęku. Czułam spokój. Wciąż nie miałam planu doskonałego. Wciąż się wahałam. Ale już wiedziałam, że jeśli zostanę w tym, co mnie zabija – to nie będzie przez szefową, przez system ani przez obowiązki. To będzie tylko i wyłącznie moja decyzja.
Jeszcze nie umiem inaczej
Dzisiaj znów weszłam do biura i zastałam na biurku nowy projekt. Bez zapowiedzi, bez pytania, czy mam przestrzeń. I zrobiłam go. Spokojnie, sumiennie, jak zawsze. Bo na razie jeszcze nie umiem inaczej. Jeszcze nie jestem gotowa. Ale wiem, że nie chcę już tak żyć. Nie chcę być trybikiem, który każdego dnia wykonuje swoją robotę z zaciśniętymi zębami. Nie chcę się budzić z myślą: „Byle do piątku”. Nie chcę tłumić swojego zmęczenia winą, że „inni mają gorzej”.
Codziennie wieczorem otwieram ten mój folder „plan B” i dopisuję coś nowego. To moje małe akty odwagi. Niewidoczne dla nikogo, ale ważne dla mnie. Może za miesiąc coś odważę się wysłać. Może za trzy rzucę to wszystko. Może zajmie mi to rok. Ale wiem jedno: ten moment się zbliża. I to uczucie, ta cicha ekscytacja zmieszana z lękiem – to pierwszy raz od dawna, kiedy czuję, że naprawdę żyję. Może nie uratuję świata. Może nie zrobię nic wielkiego. Ale jeśli zacznę znowu robić coś, co mnie cieszy – to może w końcu uratuję siebie. Nie chcę już tylko przetrwać. Chcę być. Czuć. Tworzyć. Oddychać. I wiem, że kiedyś naprawdę zacznę.
Izabela, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W mojej pracy harowałam za dwoje, a nikt tego nie doceniał. Patrzyłam, jak innych klepią po plecach za moje wysiłki”
- „Ojciec wyśmiewał moją pracę w dyskoncie i całe życie mnie poniżał. Gdy wylali go z pracy, wyciągnął łapy po moją kasę”
- „Kiedy brat przejął stery w firmie po ojcu, odbiła mu sodówka. Kazał mi pakować manatki i szukać sobie nowej roboty”