Reklama

Nigdy nie sądziłam, że dno ma piwnicę. Myślałam, że rozwód to koniec świata, zwłaszcza gdy dowiedziałam się, z kim i jak długo Janusz mnie oszukiwał. Ale prawdziwy cios nadszedł chwilę później, gdy ludzie, których nazywałam rodziną z wyboru, odwrócili się na pięcie, zostawiając mnie samą w kałuży łez.

Zostałam sama

Zanim to wszystko runęło jak domek z kart na wietrze, byliśmy idealni. Przynajmniej na zewnątrz. Janusz – przystojny, charyzmatyczny, z hollywoodzkim uśmiechem, który otwierał każde drzwi w Warszawie. Ja – zadbana żona, organizatorka przyjęć, na których szampan lał się strumieniami, a krewetki nigdy się nie kończyły. Nasz dom pod miastem był otwarty dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Pamiętam te letnie wieczory na tarasie. Kaśka, moja rzekoma „siostra od innej matki”, siedziała z nogami w basenie. Janek i Paweł, wspólnicy Janusza, śmiali się do rozpuku z jego żartów, klepiąc go po plecach. Byliśmy centrum ich wszechświata. Sponsorowaliśmy wyjazdy, pożyczaliśmy pieniądze, których nigdy nie oddawali, byliśmy emocjonalnym pogotowiem.

Czułam się bezpiecznie w tym kokonie uwielbienia. Byłam pewna, że ta lojalność jest dwukierunkowa. Że te setki godzin, które spędziłam, pocieszając Kaśkę po jej rozstaniach, czy pomagając Pawłowi wyjść z długów hazardowych, zbudowały nierozerwalną więź.

Żyliśmy jak w bajce

To nie stało się nagle. To znaczy, dowiedziałam się nagle, ale proces gnicia naszego małżeństwa trwał od lat. Janusz zawsze lubił błyszczeć, ale w pewnym momencie przestałam mu wystarczać jako lustro. Potrzebował kogoś, kto będzie patrzył na niego nie jak na partnera, ale jak na boga.

Oliwia, dwie dekady młodsza. Jego nowa asystentka. Klasyk gatunku, prawda? Taki banał, że aż zęby bolą. Dowiedziałam się w najgorszy możliwy sposób. Nie przez SMS-a, nie przez szminkę na kołnierzu. Wróciłam wcześniej z delegacji. Weszłam do naszego domu, do sypialni, którą urządzałam miesiącami, dobierając każdy odcień beżu. Byli tam. W moim łóżku. Na mojej pościeli z egipskiej bawełny.

To, co nastąpiło później, to nie był płacz i przeprosiny. To była rzeźnia. Janusz nawet nie próbował się tłumaczyć. Wstał, naciągnął bokserki i spojrzał na mnie z tą swoją lodowatą obojętnością, którą do tej pory rezerwował dla konkurencji biznesowej.

– Skoro już wiesz, to oszczędzimy sobie teatru – rzucił, zapalając papierosa, choć w sypialni był zakaz palenia. – Wyprowadź się do końca tygodnia. Oliwia wprowadza się w poniedziałek.

Nie owijał w bawełnę

Czułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Stałam tam, z walizką w ręku, trzęsąc się jak osika, a on patrzył na mnie jak na zepsuty sprzęt AGD, który trzeba zutylizować.

– To jest mój dom – wykrztusiłam.

– To jest dom, za który ja płacę – poprawił mnie chłodno. – Ty tu tylko mieszkasz. I radzę ci, nie rób scen. Nie stać cię na wojnę ze mną.

Miał rację. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo miał rację. Zablokował mi karty kredytowe jeszcze tego samego wieczoru. Wyprowadziłam się do taniego hotelu, potem do wynajętej kawalerki na obrzeżach, gdzie tynk sypał się na głowę, a sąsiedzi kłócili się o flaszkę wódki o trzeciej nad ranem.

Przez pierwsze dwa dni byłam w szoku. Ale trzeciego dnia sięgnęłam po telefon. Potrzebowałam wsparcia. Potrzebowałam moich przyjaciół. Zadzwoniłam do Kaśki. Nie odebrała. Napisałam w komunikatorze: „Wiesz co się stało? Jestem wrakiem. Muszę się spotkać”. Odczytała. Brak odpowiedzi. Zadzwoniłam do Pawła. Poczta głosowa. Myślałam, że może Janusz im coś nagadał. Że może nie wiedzą. Że to nieporozumienie.

Zdradzili mnie

A potem weszłam na Instagrama. Zdjęcie wrzucone godzinę temu. Lokalizacja: nasz dom – teraz już jego dom. Na zdjęciu Janusz, uśmiechnięty od ucha do ucha, obejmujący Oliwię, która siedziała na moich meblach ogrodowych. A wokół nich? Cała nasza „paczka”. Kaśka trzymała kieliszek z winem i śmiała się do Oliwii, jakby znały się od lat. Paweł robił grilla. Janek przybijał piątkę Januszowi.

Upuściłam telefon na podłogę, a ekran pękł w drobny mak, co było idealną metaforą mojego życia. Wyłam jak zwierzę. Nie przez Janusza – on był draniem, to już ustaliłam. Ale Kaśka? Kobieta, którą trzymałam za rękę, gdy ryczała po złamanym sercu? Kobieta, której pożyczyłam dziesięć tysięcy na start biznesu, wiedząc, że nie odda? Wybrali zwycięzcę. Wybrali darmowe drinki, basen i koneksje Janusza. Ja byłam teraz tylko problematyczną byłą, smutną historią, która psuje im zabawę. Zostałam wymazana.

Minął miesiąc. Byłam cieniem człowieka. Schudłam osiem kilogramów, bo nie miałam apetytu ani pieniędzy na jedzenie. Żyłam na zupkach chińskich i najtańszej kawie. Czekałam na rozprawę rozwodową, wiedząc, że prawnik Janusza mnie zniszczy. Janusz oficjalnie twierdził, że to ja go zdradzałam. Miał „świadków” – naszych wspólnych znajomych, którzy byli gotowi skłamać pod przysięgą, żeby tylko zachować dostęp do jego portfela.

Byłam wrakiem

Był wtorkowy wieczór, padał deszcz, a w moim mieszkaniu było zimno, bo oszczędzałam na ogrzewaniu. Usłyszałam pukanie. Serce podeszło mi do gardła. Myślałam, że to właściciel po czynsz, albo – co gorsza – Janusz, który przyszedł napawać się moim upadkiem. Otworzyłam drzwi na łańcuch. Na korytarzu stała matka Janusza.

Teściowa zawsze była dla mnie zagadką. Była zimna, dystyngowana, zawsze idealnie ubrana. Nigdy nie okazywała emocji. Relacje z nią były poprawne, ale sztywne. „Dzień dobry, mamo”, „Dziękuję za obiad”. Tyle. Byłam pewna, że przyszła odebrać rodzinną biżuterię, którą dostałam w prezencie ślubnym. Janusz pewnie chciał ją dać Oliwii.

– Otwórz, dziecko. Przeciąg jest – powiedziała swoim twardym głosem.

Drżącymi rękami zdjęłam łańcuch. Weszła do środka, rozejrzała się po wilgotnych ścianach i starych meblach z obrzydzeniem, którego nawet nie próbowała ukryć. Postawiła na stole swoją markową torebkę, która była warta więcej niż całe wyposażenie tego mieszkania.

– Więc to tutaj wylądowałaś – stwierdziła, nie pytając.

– Jeśli przyszłaś po kolczyki prababci, to leżą na komodzie. Weź je i wyjdź – warknęłam. Nie miałam już siły na uprzejmości.

– Siadaj – rozkazała, ignorując moją uwagę.

Zaskoczyła mnie

Usiadłam na taborecie. Ona zajęła jedyny fotel, wcześniej przecierając go chusteczką higieniczną.

– Mój syn to szkodnik – powiedziała spokojnie.

Zatkało mnie. Nigdy, przenigdy nie słyszałam, żeby użyła wulgaryzmu. A już na pewno nie w kontekście swojego złotego chłopca.

– Słucham?

– Słyszałaś. To szkodnik. Po ojcu to ma. Genetycznie uwarunkowany brak kręgosłupa moralnego i narcyzm.

Wyciągnęła z torebki grubą teczkę i położyła ją na stole. Potem wyjęła termos i dwa kubki.

– Zrobiłam rosół. Jesteś chuda jak śmierć. Jedz, a ja będę mówić.

Jadłam rosół, płacząc, a teściowa sączyła herbatę i opowiadała historię, której nikt nie znał. Opowiedziała mi o swoim małżeństwie z ojcem Janusza. O tym, jak ją niszczył, jak zdradzał, jak próbował zrobić z niej wariatkę, żeby przejąć majątek. I o tym, jak widzi ten sam schemat u Janusza.

– Myślałam, że wychowałam go inaczej – powiedziała z goryczą, patrząc w okno. – Ale krew nie woda. Kiedy zobaczyłam, co zrobił tobie i jak ci wszyscy fałszywi ludzie, których karmiłaś, plują teraz na ciebie… Nie pozwolę, żeby historia się powtórzyła. Ty nie jesteś głupia, tylko dobra. A w świecie mojego syna dobroć to słabość.

Przyniosła dowody

Otworzyła teczkę.

– Co to jest? – zapytałam.

– To są wyciągi z jego tajnych kont. To są dowody na kreatywną księgowość w jego firmie, o których wiem, bo sama kiedyś te firmy zakładałam. A to… – wyciągnęła pendrive’a – …to są nagrania z kamer bezpieczeństwa z jego biura. Oliwia nie była pierwsza. I wiesz co? Kaśka też tam była. Dwa lata temu.

Świat zawirował mi przed oczami. Kaśka? Moja przyjaciółka Kaśka spała z moim mężem?

– Tak – potwierdziła, widząc moją minę. – Dlatego teraz tak gorliwie stoi po jego stronie. Boi się, że jeśli on upadnie, to pociągnie ją za sobą. Albo że Oliwia się dowie i ją wygryzie z towarzystwa.

Czułam, jak wściekłość, która tliła się we mnie, nagle wybucha pożarem. To nie był już smutek. To była czysta, krystaliczna żądza zemsty.

– Dlaczego mi pomagasz? – zapytałam cicho. – To twój syn.

– Bo jestem matką, ale jestem też kobietą – spojrzała mi prosto w oczy. – I brzydzę się niesprawiedliwością. On myśli, że jest bezkarny. Że może traktować ludzi jak śmieci. Czas, żeby ktoś dał mu lekcję pokory. A poza tym… zawsze wolałam ciebie od niego. On jest pusty w środku. Ty masz duszę.

Pomogła mi

– I jeszcze jedno – dodała, wyjmując kopertę. – To na dobrego prawnika. Nie tego z urzędu. Mam znajomego, który nienawidzi takich typów jak Janusz. Zje go na śniadanie.

Rozprawa rozwodowa była spektaklem. Janusz wszedł na salę pewnym krokiem, w garniturze za kilkanaście tysięcy, z tą swoją armią klakierów czekających na korytarzu. Uśmiechnął się do mnie protekcjonalnie. Jego prawnik zaczął wywód o tym, że jestem chora psychicznie, że zaniedbywałam dom, że to moja wina.

Siedziałam cicho. Janusz nie wiedział, że zmieniłam adwokata. Nie wiedział też, kto jest moim kluczowym świadkiem. Kiedy sędzia zapytał, czy strona pozwana chce powołać świadków, mój mecenas wstał.

– Tak, Wysoki Sądzie. Powołujemy matkę powoda.

Twarz Janusza – to był widok wart milion dolarów. Zbladł tak bardzo, że myślałam, że zemdleje. Odwrócił się gwałtownie w stronę drzwi, w których właśnie stanęła jego matka. Wyglądała jak żelazna dama. Nienaganna fryzura, perły i wzrok, który mógłby zamrażać wodę.

– Mamo? – wykrztusił Janusz. – Co ty tu robisz?

Był w szoku

Teściowa nawet na niego nie spojrzała. Przeszła obok niego jak obok powietrza i stanęła przy barierce. Jej zeznania były gwoździem do trumny Janusza. Mówiła spokojnie, rzeczowo. Opowiedziała o manipulacjach, o kłamstwach, potwierdziła autentyczność dowodów finansowych, które przedłożyliśmy.

Kiedy mecenas Janusza próbował ją podważyć, sugerując, że jest starszą panią, która nie wie co mówi, zniszczyła go jednym zdaniem: „Młody człowieku, ja prowadziłam księgowość w firmach, o których pan czytał tylko w podręcznikach, zanim pan się nauczył wiązać buty”.

Ale najgorsze dla Janusza było to, co stało się na korytarzu po rozprawie. Wyszliśmy z sali. Kaśka, Janek i reszta „dworu” rzucili się do Janusza, pytając co się stało. Janusz był wściekły, czerwony na twarzy, wrzeszczał na swojego prawnika. Wtedy teściowa podeszła do mnie, wzięła mnie pod rękę i powiedziała głośno, tak, żeby wszyscy słyszeli:

– Chodź, córeczko. Idziemy na szampana. Świętujemy twoją wolność.

Zniszczyła go

Kaśka podbiegła do nas, próbując ratować sytuację, widząc, że okręt Janusza tonie.

– Anita! Cześć kochana! Boże, tak się martwiłam, nie mogłam się dodzwonić…

Zatrzymałam się. Spojrzałam na nią. Widziałam w jej oczach strach. Wiedziała, że wiem.

– Ty się nie martwiłaś. Ty piłaś moje wino z moją następczynią. I wiesz co? Możesz je pić dalej. Ale uważaj, bo ten rocznik ma gorzki posmak. A, i moja teściowa wie o tobie i Januszu sprzed dwóch lat. Oliwia chyba jeszcze nie wie? Szkoda by było, gdyby się dowiedziała, prawda?

Kaśka zamilkła, jakby ktoś uderzył ją w twarz. Odsunęła się. Janusz patrzył na matkę z nienawiścią.

– Zniszczyłaś mnie – syknął. – Własnego syna.

– Nie, synku – odpowiedziała, poprawiając apaszkę. – Ja cię tylko wychowałam. Zniszczyłeś się sam, kiedy uznałeś, że ludzie to przedmioty. A teraz przeproś byłą żonę i zejdź mi z oczu.

Rozwód dostałam z orzeczeniem o jego wyłącznej winie. Dzięki dokumentom od teściowej podział majątku był dla mnie bardzo korzystny. Janusz ma teraz na głowie prokuraturę i urząd skarbowy. Oliwia go zostawiła, gdy tylko zablokowano mu konta – podobno nie pisała się na taki stres.

Zyskałam coś bezcennego

„Przyjaciele” próbowali wracać. Paweł dzwonił pożyczyć pieniądze. Kaśka wysyłała rzewne SMS-y. Zablokowałam wszystkich. Nie czułam satysfakcji, tylko ulgę. To jak wycięcie gangreny. Boli, zostaje blizna, ale przynajmniej przestajesz gnić.

Dziś mieszkam w małym, ale własnym mieszkaniu. Mam nową pracę, prawdziwą, nie u męża. I mam jedną, sprawdzoną przyjaciółkę. W każdą niedzielę jem obiad z byłą teściową, teraz Teresą dla mnie. Czasem śmiejemy się, że jesteśmy jak weteranki wojenne. Ona uratowała mi życie, a ja dałam jej szansę na zadośćuczynienie za błędy przeszłości.

Zrozumiałam jedno: krew nie czyni rodziny. Śluby, imprezy i pieniądze nie czynią przyjaciół. Prawdziwa lojalność to coś, co rodzi się w najciemniejszych momentach, kiedy wszyscy inni gaszą światło. I czasem pomocna dłoń przychodzi z ręki, która – jak sądziłaś – pierwsza cię uderzy. Janusz stracił żonę, a ja zyskałam matkę. W ogólnym rozrachunku – wygrałam.

Anita, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama