„Zawsze uważałam mojego dziadka za pantoflarza. W Dzień Dziadka jednym zdaniem postawił całą rodzinę na nogi”
„Kiedy upuściłam widelec i schyliłam się po niego, zobaczyłam telefon. Nowoczesny smartfon, a nie ta przedpotopowa Nokia, którą podobno ledwo umiał obsłużyć. Ekran świecił się w ciemności pod obrusem. Ktoś pisał. Dziadek odpisywał”.

Zawsze uważałam moją rodzinę za nudną. I mówię to z pełną odpowiedzialnością – byliśmy tak przeraźliwie, do bólu przewidywalni, że można by nas umieścić w encyklopedii pod hasłem „polska klasa średnia z aspiracjami”. Moi rodzice? Małżeństwo z trzydziestoletnim stażem, gdzie jedyne kłótnie dotyczyły tego, czy na święta jedziemy w góry, czy nad morze. Ja? Dwudziestodziewięcioletnia singielka, która przyjeżdża na rodzinne obiadki, by najeść się za darmo i wysłuchać pytań o to, kiedy w końcu przyprowadzę kogoś „na stałe”.
Byli nierozłączni
Ale centrum tego wszechświata zawsze stanowili dziadkowie Krystyna i Antoni. Byli jak te porcelanowe figurki, które babcia trzymała w witrynce w dużym pokoju – nienaruszalni, zakurzeni historią, ale zawsze razem.
Dziadek Antoni, lat siedemdziesiąt cztery, był typem milczka. Emerytowany inżynier, człowiek, który w swoim życiu zbudował więcej mostów niż wypowiedział komplementów. Babcia Krystyna to z kolei archetyp matki-polki w wersji senior. Całe życie kręciła się wokół garnków, męża i wnuków. Jej największą ambicją było to, by nikt nie wyszedł od niej głodny.
Tego dnia, w Dzień Dziadka, atmosfera była gęsta, choć wtedy zrzuciłam to na karb pogody – za oknem była ta obrzydliwa, styczniowa szaruga, która wysysa z człowieka chęć do życia. Weszłam do ich domu, uderzona zapachem pieczonej kaczki i dusznych perfum babci.
– Wioletko, dziecko, jak ty wyglądasz! Znowu schudłaś! – Babcia Krystyna rzuciła się na mnie w przedpokoju, zanim zdążyłam zdjąć płaszcz. Jej dłonie były ciepłe i suche jak pergamin.
– Cześć, babciu. Nie schudłam, to tylko czarny sweter – skłamałam, całując ją w policzek.
W salonie siedział już cały klan. Moja siostra Marta walczyła z dwójką swoich dzieci, Kubusiem i Milenką, którzy próbowali rozsmarować czekoladę na beżowej tapicerce. Mój ojciec oglądał skoki narciarskie z wyłączonym głosem, a mama jak zwykle krytykowała ustawienie sztućców.
Coś było nie tak
Dziadek siedział w swoim fotelu, tym wielkim, skórzanym tronie, z którego zazwyczaj wydawał nieme wyroki. Ale coś było nie tak. Zamiast swojego stałego swetra w romby miał na sobie marynarkę. Dobrze skrojoną, granatową marynarkę, której nie widziałam na nim od chrzcin Kubusia. I pachniał. Nie starym drewnem i tytoniem fajkowym, jak zawsze. Pachniał czymś ostrym, cytrusowym. Czymś drogim.
Zasiadaliśmy do stołu. Rytuał był święty. Najpierw rosół, potem drugie, potem deser. Rozmowy toczyły się utartym torem. Narzekanie na politykę (tata), narzekanie na ceny prądu (mama), opowieści o przedszkolu (dzieciaki). Ja siedziałam naprzeciwko dziadka. Przez lata nauczyłam się czytać jego twarz. Dziadek Antoni był mistrzem kamiennej miny, ale jego oczy zawsze zdradzały, czy jest rozbawiony, czy wściekły. Tym razem jego oczy biegały. Unikał wzroku babci. Unikał mojego wzroku. Co chwilę zerkał pod stół.
Początkowo myślałam, że może ma problemy ze zdrowiem. Ale kiedy upuściłam widelec i schyliłam się po niego, zobaczyłam telefon. Nowoczesny smartfon, a nie ta przedpotopowa Nokia, którą podobno ledwo umiał obsłużyć. Ekran świecił się w ciemności pod obrusem. Ktoś pisał. Dziadek odpisywał, używając kciuka z wprawą nastolatka.
Nie wiedziałam, co myśleć
Wróciłam do pozycji siedzącej, czując dziwny ucisk w żołądku. Moja intuicja, zazwyczaj uśpiona, teraz wyła jak syrena alarmowa. Dziadek ma sekret. Może jest chory? Może wyniki badań wyszły źle i nie chce martwić babci w swoje święto? Ta myśl ścisnęła mnie za gardło. Patrzyłam na tego starszego mężczyznę, którego siwe włosy były dzisiaj wyjątkowo starannie zaczesane, i czułam falę czułości przemieszanej z lękiem.
– Tato, wszystko w porządku? Prawie nie tknąłeś rosołu – zapytała mama, przerywając moje rozmyślania.
– W porządku, Beatko. Po prostu… czekam na deser – mruknął dziadek, a jego głos brzmiał jakoś inaczej. Bardziej stanowczo, mniej chrapliwie.
Babcia Krystyna uśmiechnęła się promiennie, zbierając talerze.
– Antoni zawsze woli słodkie. Jak dziecko. Zrobiłam twój ulubiony sernik, kochanie.
Po obiedzie nadszedł czas na część oficjalną. Marta ustawiła dzieciaki w szeregu.
– No, Kubuś, Milenka, co macie dla dziadziusia?
Kubuś, lat pięć, wystąpił naprzód, ściskając w rączce pogniecioną kartkę.
– Dziadziusiu, to dla ciebie! Żebyś był zdrowy i sto lat żył!
Atmosfera była gęsta
Milenka, lat trzy, po prostu rzuciła się dziadkowi na szyję z okrzykiem „Dziadzia!”. Dziadek przyjął laurki. Na rysunku Kubusia widniał koślawy dom, słońce i dwie postacie trzymające się za ręce. Podpis głosił: „Babcia i dziadek”. Patrzyłam, jak dziadek wpatruje się w ten rysunek. Jego dłoń zadrżała. Przez ułamek sekundy widziałam na jego twarzy coś, co wyglądało jak ból. Czysty, fizyczny ból. Ale zaraz potem to zniknęło, zastąpione maską zimnej determinacji. Odsunął Milenkę delikatnie, ale stanowczo.
– Dziękuję wam, dzieci. Idźcie się bawić do drugiego pokoju. Marta, włącz im bajkę – powiedział. To nie była prośba. To był rozkaz.
Marta spojrzała na niego zdziwiona, ale posłusznie zgarnęła dzieciarnię. W pokoju zostali tylko dorośli. Cisza stała się nieznośna. Słychać było tylko tykanie starego zegara i brzęk filiżanek, które babcia stawiała na stole.
– Kawka parzona, tak jak lubisz, Antoni – powiedziała babcia, siadając obok niego i kładąc mu rękę na ramieniu.
Wszystko się rozsypało
Dziadek wziął głęboki oddech. Odsunął się, zrzucając jej dłoń. Ten gest był tak gwałtowny i tak nienaturalny dla ich relacji, że wszyscy zamarliśmy. Moja mama przestała mieszać herbatę. Ojciec podniósł wzrok znad telefonu. Ja wstrzymałam oddech. Dziadek wstał, poprawił marynarkę, spojrzał po kolei na każdego z nas: na moją matkę, na ojca, na mnie. Na końcu jego wzrok spoczął na babci Krystynie, która patrzyła na niego ze strachem i niezrozumieniem.
– Muszę wam coś powiedzieć – zaczął. Jego głos był mocny, nie drżał. – Zaprosiłem was wszystkich dzisiaj nie tylko z okazji Dnia Dziadka. Chciałem, żeby wszyscy byli przy tym obecni, bo nie mam zamiaru powtarzać tego każdemu z osobna.
– O czym ty mówisz, tato? Chodzi o testament? Jesteś chory? – mama wpadła w swój typowy, histeryczny ton.
– Nie jestem chory, Beata. Jestem zdrowszy niż kiedykolwiek. Czuję się, jakbym dopiero zaczął żyć – powiedział dziadek, a w jego oczach pojawił się błysk, którego nigdy wcześniej nie widziałam. – Wyprowadzam się – rzucił krótko.
Myślałam, że padnę
Zapadła cisza, taka absolutna. Nawet zegar zdawał się przestać tykać.
– Co? – wydukała babcia. Jej twarz zrobiła się szara.
– Wyprowadzam się, Krysiu. Dzisiaj. Spakowałem już najważniejsze rzeczy. Resztę zabiorę w tygodniu.
Moja mama wstała gwałtownie, przewracając krzesło.
– Tato, co ty wygadujesz?! Demencja cię dopadła? Masz siedemdziesiąt cztery lata! Gdzie ty się chcesz wyprowadzić? Do domu opieki?
Dziadek uśmiechnął się. To był ten rodzaj uśmiechu, który sprawia, że krew zastyga w żyłach. Cyniczny, triumfalny uśmiech mężczyzny, który wie coś, czego nie wiedzą inni.
– Nie do domu opieki. Do kobiety. Do Moniki.
– Do… kobiety? – powtórzył mój ojciec, jakby to słowo było w jakimś obcym języku.
– Tak. Mam kogoś od dwóch lat. I mam dość ukrywania się, dość udawania, że to małżeństwo – wskazał ręką na babcię – ma jeszcze jakikolwiek sens. Jesteśmy ze sobą z przyzwyczajenia, Krysiu. Z litości. A ja nie chcę litości. Chcę życia, chcę namiętności, chcę budzić się przy kimś, kto mnie fascynuje, a nie przy kimś, kto tylko pyta, czy wziąłem tabletki na nadciśnienie.
Sądziliśmy, że to żart
Słowa dziadka były jak ciosy nożem. Brutalne, precyzyjne, celowane prosto w serce kobiety, która poświęciła mu pięćdziesiąt lat życia. Patrzyłam na babcię. Nie płakała. Siedziała nieruchomo, jakby zamieniła się w ten kamień, którym dziadek był przez całe życie.
– Dwa lata? – szepnęła w końcu. – Antoni… dwa lata?
– Monika jest inna – kontynuował dziadek, ignorując jej pytanie, nakręcając się własną narracją. – Rozumie mnie. Mamy wspólne pasje. Podróżujemy. Pamiętasz te moje wyjazdy do sanatorium w Ciechocinku? Albo te weekendy na rybach z wujkiem Staszkiem? Staszek krył mnie od początku.
W tym momencie poczułam, jak wzbiera we mnie furia. Święty wujek Staszek, przyjaciel rodziny. Wszyscy byli w to zamieszani. Cały ten męski krąg wzajemnej adoracji.
– Ile ona ma lat? – zapytałam. Mój głos był zimny i ostry. Zdziwiłam się, że potrafię tak brzmieć.
Dziadek spojrzał na mnie wyzywająco.
– Czterdzieści pięć. Jest młodsza od twojej matki, Wioletko. I co z tego? Miłość nie wybiera.
Czterdzieści pięć lat. O prawie trzydzieści lat młodsza od dziadka. Spojrzałam na mamę. Była purpurowa na twarzy. Wyglądała, jakby zaraz miała dostać wylewu.
– Oszalałeś! – wrzasnęła mama. – To jakiś kryzys wieku starczego? Ona leci na twoją emeryturę! Na dom!
Rozpętała się kłótnia
– Uważaj na słowa, córeczko – dziadek syknął. – Ten dom jest mój. I zrobię z nim, co zechcę. Monika jest niezależna finansowo. Prowadzi salon kosmetyczny. Dba o siebie, dba o mnie. Kiedy ostatni raz widziałaś swoją matkę bez tego fartucha? Kiedy rozmawialiśmy o czymś innym niż o cenach pietruszki?
To było okrutne, nieludzko okrutne. Dziadek obnażał przed nami nędzę ich pożycia, detale, o których wnuczka nigdy nie powinna wiedzieć. W pokoju wybuchła awantura. Mama krzyczała, ojciec próbował ją uspokoić, choć sam był w szoku. Babcia wciąż siedziała cicho, wpatrzona w stygnącą kawę.
Ja patrzyłam na dziadka i widziałam go po raz pierwszy naprawdę. Zawsze był dla mnie symbolem stabilizacji. Dziadek Antoni, który naprawiał mi rower, który uczył mnie grać w szachy. Teraz widziałam egoistycznego mężczyznę, który poczuł na karku oddech śmierci i postanowił za wszelką cenę jeszcze raz poczuć się jak młody bóg.
Czy go nienawidziłam? Tak. W tamtej chwili nienawidziłam go za każdą zmarszczkę, która pojawiła się teraz na twarzy babci. Za to, że zniszczył jej świat w dniu, który miał być świętem rodziny. Ale gdzieś, w głębi duszy, czułam też przerażający dreszcz zrozumienia. Strach przed byciem „starym i niepotrzebnym”. Desperacką chęć ucieczki od szarości.
Ona go kochała
– Odchodzę teraz. Monika czeka w samochodzie, dwie ulice dalej – powiedział dziadek, sięgając po teczkę, która stała przy fotelu.
– Czeka w samochodzie? – zapytałam z niedowierzaniem. – Przywiozłeś ją tutaj? Pod dom babci? W Dzień Dziadka?
– Chciałem mieć to za sobą.
Ruszył w stronę przedpokoju. Nikt go nie zatrzymywał. Fizycznie nikt nie był w stanie. Byliśmy sparaliżowani absurdem tej sytuacji. Wtedy babcia wstała. Powoli, z trudem, opierając się o stół.
– Antoni – powiedziała cicho.
Dziadek zatrzymał się w progu, ale się nie odwrócił.
– Nie zapomnij tabletek. Tych niebieskich, na serce. Masz je w szafce w łazience, na drugiej półce. Kończą się, trzeba iść po receptę w czwartek.
To zdanie zawisło w powietrzu cięższe niż wszystkie wyzwiska mojej matki. To była miłość. Ta stara, zniszczona, nudna miłość, którą on właśnie wyrzucił do kosza. Miłość, która nawet w obliczu zdrady martwi się o to, czy zdrajca nie umrze na zawał. Dziadek zesztywniał. Przez chwilę myślałam, że odwróci się, przeprosi i wszystko wróci do normy, ale on tylko kiwnął głową, mruknął: „Wziąłem zapas” i wyszedł.
Po prostu wyszedł
Dźwięk zamykanych drzwi był jak wystrzał z pistoletu. Przez okno zobaczyłam, jak dziadek wsiada do srebrnego SUV-a, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Ruszyli z piskiem opon, jak nastolatkowie uciekający z lekcji. Wróciłam wzrokiem do salonu. Mama płakała, chodząc w kółko i wyklinała ród męski do siódmego pokolenia. Ojciec nalewał sobie wódki do szklanki po kompocie. Podeszłam do babci. Objęłam ją. Była sztywna jak deska.
– Babciu… – zaczęłam, nie wiedząc, co powiedzieć.
Babcia spojrzała na mnie suchymi oczami.
– Wiedziałam – powiedziała nagle.
Zamarłam.
– Co? Wiedziałaś o niej?
– Nie o niej konkretnie, ale wiedziałam, że coś jest. Od miesięcy chował telefon. Zaczął kupować te drogie koszule. Myślałam, że może… chce spróbować odświeżyć nasze małżeństwo. Czekałam. Głupia stara baba, czekałam, aż przyjdzie do mnie w nocy. A on się szykował dla innej.
To wyznanie było zbyt intymne, zbyt bolesne. Rozrywało serce na kawałki. Moja siedemdziesięcioletnia babcia, która wciąż miała nadzieję na bliskość, została odrzucona jak stary mebel.
Byliśmy zdruzgotani
Tego wieczoru nikt nie wyszedł od babci. Zostaliśmy wszyscy. Marta położyła dzieci spać w sypialni dziadków, a my siedzieliśmy w kuchni, pijąc wino i jedząc sernik, który teraz smakował jak popiół.
Dowiedzieliśmy się więcej. Okazało się, że Monika to nie byle kto. To była córka dawnego znajomego dziadka. Kobieta z przeszłością, z dwoma rozwodami na koncie. Mama szybko zrobiła research na Facebooku. Zdjęcia z wakacji w Egipcie, zdjęcia z drogich restauracji. Na niektórych w tle widać było ramię w marynarce. Ramię mojego dziadka. Było tam od dawna. Byliśmy ślepi.
Najgorsze w tym wszystkim nie było to, że dziadek odszedł. Ludzie się rozstają. Najgorszy był styl. Dzień Dziadka, rodzinny obiad, premedytacja. Zrobił z tego spektakl, chcąc – być może podświadomie – spalić za sobą wszystkie mosty, żeby nie mieć drogi powrotu. Chciał, żebyśmy go znienawidzili, bo tak było mu łatwiej odejść.
Minęły trzy miesiące. Dziadek mieszka z Moniką w wynajętym apartamencie w centrum. Podobno chodzą do klubów, do teatru. Dziadek schudł, zapuścił brodę „na drwala” i kupił motocykl. Rodzina jest w rozsypce. Mama nie odzywa się do niego, ojciec próbuje mediować, ale bezskutecznie.
Stanęła na nogi
Babcia Krystyna zaskoczyła nas wszystkich. Przez pierwszy tydzień leżała w łóżku i patrzyła w sufit. Myśleliśmy, że to koniec. Że uschnie z tęsknoty. Ale potem wstała, spakowała wszystkie rzeczy dziadka – te, których nie zabrał – do worków na śmieci i wystawiła przed dom. Zmieniła zamki. Zapisała się na Uniwersytet Trzeciego Wieku. Wczoraj, kiedy wpadłam do niej na kawę, nie pachniało rosołem. Pachniało jakimiś orientalnymi przyprawami.
– Zamówiłam tajskie, Wioletko. Nie chce mi się gotować – powiedziała, malując usta na czerwono.
Spojrzałam na witrynkę. Figurka dziadka zniknęła. Została tylko figurka babci. Może trochę zakurzona, może z małym pęknięciem, ale wciąż stojąca prosto. Dzień Dziadka, który miał być świętem tradycji, stał się dniem, w którym runął patriarchat w naszej rodzinie. Nauczyłam się wtedy jednej rzeczy: nigdy nie jest za późno, by zniszczyć sobie życie, ale też nigdy nie jest za późno, by zacząć je na nowo. Nawet jeśli zaczyna się od zdrady przy niedzielnym rosole.
Tego dnia wróciłam do domu i zapytałam mojego partnera o hasło do telefonu. Tak na wszelki wypadek. Bo jeśli dziadek Antoni, ten wzór cnót wszelakich, potrafił prowadzić podwójne życie, to chyba nikt nie jest godny bezgranicznego zaufania.
Wioleta, 23 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Ferie w Szczyrku źle mi się będą kojarzyć. Jednego dnia straciłam tutaj 2 najważniejszych dla mnie mężczyzn”
- „Nie sądziłem, że w Dzień Dziadka poznam nową babcię. Gdy stanęła w drzwiach, wszyscy przecierali oczy ze zdumienia”
- „Mąż ciągle żył pod dyktando teściowej, aż w końcu tupnęłam nogą. Dorosły chłop nie może się trzymać maminej spódnicy”