Reklama

Nie jestem typem człowieka, który zielenieje z zazdrości na widok cudzego sukcesu i rzuca złorzeczenia pod nosem. Jednak, gdy zobaczyłam ten salon Agaty... Był po prostu idealny. Ściany w odcieniu bielonej szałwii, parkiet jak tafla jeziora w bezwietrzny dzień, sofa taka, że człowiek chciałby w niej zniknąć po ciężkim tygodniu. I jeszcze te zasłony z jakiegoś materiału, co to wygląda na milion monet. Agata stała przy kominku i uśmiechała się jak Mona Lisa po liftingu. A ja? Zazdrościłam jej salonu jak z katalogu. Do czasu, aż powiedziała, ile dała za ten remont. Przysięgam, szczęka mi opadła tak nisko, że o mało nie rozbiła się o podłogę.

Myślałam, że padnę

– Wejdźcie śmiało, tylko buty zdejmijcie, bo podłoga świeżo olejowana – zaświergotała Agata, otwierając drzwi, jakby witała księcia Monako, nie mnie i mojego męża.

Spojrzałam na mojego Marka, który tylko uniósł brwi i po cichu westchnął. Już wiedziałam, że w duchu przewraca oczami.

– Wow, Aga... – powiedziałam, wchodząc do salonu i rozglądając się z miną, która miała udawać zaskoczenie, ale chyba wyszło mi bardziej: „zrobiło mi się słabo od nadmiaru luksusu”.

Podoba się? – spytała Agata, z uśmiechem, który można by opatentować jako „uśmiech kobiety, która wie, że właśnie pokonała cię na polu stylu i klasy”.

– No... Jest inaczej – rzucił Marek, zanim zdążyłam go kopnąć w kostkę.

– Inaczej? – Agata zmarszczyła czoło. – To znaczy jak?

– No, nowocześnie – ratowałam sytuację. – Tak... minimalistycznie, ale przytulnie.

– Dziękuję! Architektka mówiła, że właśnie taki efekt będzie. Wiesz, to nie chodziło o to, żeby było na bogato. Ma być z gustem – powiedziała z taką miną, jakby do tej pory sądziła, że mieszkam w kartonowym pudle po lodówce.

– Domyślam się, że sporo to kosztowało – próbowałam powiedzieć to mimochodem, jakby mnie to wcale nie interesowało.

– Och, wiesz... – machnęła ręką. – Raz się żyje. Najwięcej poszło na drobiazgi. Na przykład zasłony? Dziewięć tysięcy.

Słowo daję, musiałam się złapać oparcia, bo poczułam, jak nagle mam miękkie kolana.

Nie mogłam w to uwierzyć

– Dziewięć tysięcy? – powtórzyłam głucho. – Za zasłony

– No tak, ale to len z Włoch. Ręcznie robiony, specjalnie pod wymiar – Agata wzruszyła ramionami, jakby mówiła o bułce z masłem.

– A ja myślałem, że moje felgi były drogie – mruknął Marek, ale tak, że obie to usłyszałyśmy.

Agata zaśmiała się, jakby właśnie usłyszała najlepszy żart roku.

– Mareczku, felgi są dla facetów. Kobieta ma inne priorytety – rzuciła kokieteryjnie.

Zacisnęłam zęby. No proszę cię, kobieto.

– A te panele? – spytałam, żeby odciągnąć temat od mojego męża. – To drewno?

– Dąb bielony. Z Austrii. Przyjechał specjalny montażysta. Sześć dni im to zajęło, ale było warto.

– Nie boisz się, że dzieci zarysują? – próbowałam znaleźć jakiś punkt zaczepienia, cokolwiek, co by dowodziło, że jej salon też ma minusy.

– Nie, bo dzieci mają osobny pokój zabaw. Salon to strefa wyciszenia – odparła z rozbrajającą szczerością.

Marek spojrzał na mnie z miną: słyszałaś? Osobna strefa wyciszenia. Wiedziałam, że po powrocie do domu powie: „Ewelina, a może my też zrobimy sobie taką strefę... w piwnicy?”.

A kominek? – zagadnęłam jeszcze, mimo że widziałam, że się nie dymi.

– Ekologiczny i designerski. Wiesz, teraz tak się robi.

Zamarłam. Kominek, dąb bielony z Austrii, zasłony z Włoch... Jak tak dalej pójdzie, zaraz mi powie, że fotel przyjechał z Norwegii na grzbiecie renifera.

Byłam w szoku

– A ten stolik? – zapytałam, przyklękając przy czymś, co wyglądało jak plaster drewna na metalowych nóżkach. – Też z Austrii?

– Nie, akurat z Danii – Agata odpowiedziała. – Mają tylko dziesięć sztuk z każdej kolekcji.

– I ty jedną z tych dziesięciu masz w salonie? – spytałam, patrząc na nią spod rzęs. Już nawet nie próbowałam ukrywać złośliwości.

– No przecież nie będę mieć tego samego co pół miasta – powiedziała z uśmiechem. – Lubię unikatowe rzeczy. Wiesz, to się nazywa styl życia.

– Styl życia? – powtórzyłam i łyknęłam wina. – Ja to mam raczej styl „przetrwania do pierwszego”.

Marek zachichotał, ale momentalnie umilkł, bo Agata spojrzała na niego takim wzrokiem, jakby był dziesięcioletnim chłopcem, który właśnie się beknął przy stole.

– To kwestia priorytetów – kontynuowała. – My z Bartkiem odkładaliśmy na ten remont ponad rok. Zero wakacji, żadnych większych zakupów. Wszystko poszło tu.

Zamilkłam. Bo nagle zaczęło się składać.

– No, ale to musiało sporo kosztować, prawda? – odważyłam się zapytać. – Tak z grubsza... ile?

Agata spojrzała na mnie z uśmiechem, ale w oczach miała błysk triumfu.

– Z robocizną i wszystkim? Dwieście dwadzieścia tysięcy.

– Dwieście dwadzieścia?! – Marek o mało co się nie zakrztusił.

A ona tylko upiła łyk i poprawiła welwetową poduszkę z monogramem.

Coś mi tu nie grało

W drodze do domu milczeliśmy. Marek prowadził, ja gapiłam się przez okno, jakby świat za szybą miał mi udzielić odpowiedzi, jakim cudem ludzie mają na zasłony za takie pieniądze.

– Dwieście dwadzieścia tysięcy – powiedział nagle Marek, kręcąc głową. – Za jeden pokój. Ty zdajesz sobie sprawę, że za to można kupić kawalerkę w małym mieście?

– Albo dwa nasze samochody – rzuciłam, czując, jak wzbiera we mnie coś na kształt buntu.

– Nie chcę nikogo urazić, ale to wszystko trochę wyglądało... dziwnie – mruknął, zerkając na mnie ukradkiem.

– Co masz na myśli?

– No... oni zawsze narzekali na brak pieniędzy. Pamiętasz, jeszcze dwa lata temu remontowali łazienkę sami, a Agata płakała, że nie starcza na kafelki. A teraz kominek i zasłony za tyle, co nasz telewizor.

Zamrugałam.

Myślisz, że ściemniała?

– A nie przyszło ci do głowy, że może to nie była kasa z oszczędności? Może ktoś im dał? Albo...

– Albo? – podjęłam.

– No... kredyt. Albo coś innego. Nie wiem. Coś mi tam śmierdzi. Niby wszystko perfekcyjne, a Bartek nie odzywał się prawie wcale. Jakby był zły, że to pokazywała.

Zamyśliłam się. Bo faktycznie – Bartek cały czas kręcił się po kuchni i tylko przytakiwał. Ani razu nie wziął udziału w naszej „prezentacji”. Coś tu rzeczywiście nie grało. A ja nie lubię, jak ktoś robi ze mnie przysłowiową blondynkę.

Byłam w szoku

Następnego dnia, z czystej ciekawości, weszłam na stronę producenta stołów z Danii. Faktycznie – designerskie cudeńka, ale jeden stolik kosztował pięć tysięcy. Kliknęłam ich ostatni post i zamarłam. Komentarz pod zdjęciem: „Ten sam model stolika widziałam w hurtowni przy wylotówce, ale za trzy stówki”.

– Marek! – zawołałam. – Chodź, zobacz to!

– Co znowu? – mruknął, podchodząc z kubkiem kawy.

Pokazałam mu ekran.

– No proszę... Czyżby „unikatowy mebel z Danii” był zrobiony w Polsce?

– A może to tylko zainspirowany oryginałem? – zakpił. – Agata i jej design...

Zaczęłam szukać dalej. Kominek? Znalazłam identyczny na portalu z używanymi rzeczami. Cena: 800 zł. Dąb bielony? Panele winylowe 75 zł za metr.

– Przecież ona wszystko zmyśliła – powiedziałam powoli. – Te ich zasłony, rzekomo szyte we Włoszech? Znalazłam takie same, tylko że za dwieście złotych.

– Może chciała się przed tobą popisać – odparł spokojnie. – A ty łyknęłaś jak pelikan.

Zastanowiłam się. No tak. W sumie to dałam się nabrać.

– To, czemu ten Bartek wyglądał, jakby chciał zniknąć.

Marek uniósł brwi.

– Może dlatego, że musiał sam wszystko kleić na gorący klej i znosić fanaberie żony, która żyje jak z katalogu, tylko na pokaz.

Uśmiechnęłam się szeroko

Nie chciałam od razu konfrontować Agaty. W sumie – po co? Niech sobie żyje w swoim katalogowym świecie. Jednak pewnego dnia sama zaczęła temat.

Jak ci się podobają nasze fotele? – zapytała niby mimochodem. – Te z Norwegii, pamiętasz?

– No jasne – przytaknęłam z uśmiechem. – Widziałam, że bardzo podobne mają w hurtowni przy magazynach. Nawet ta sama tkanina. Tylko tam z rabatem.

Agata zamarła. Dosłownie na sekundę. Potem sięgnęła po kawę, udając, że nic się nie stało.

– No wiesz, teraz wszystko podrabiają – rzuciła lekko. – Tylko ja wolę oryginały. Mam wtedy spokój sumienia.

Uśmiechnęłam się szeroko.

– Jasne. Spokój sumienia to podstawa – odparłam, patrząc jej prosto w oczy.

Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale w tym momencie zadzwonił jej telefon. Mruknęła coś i się ulotniła. Zostałam przy stoliku sama, sącząc chłodną już kawę. I właśnie wtedy poczułam ulgę. Nie dlatego, że ją przejrzałam. Tylko dlatego, że pierwszy raz od dawna nie chciałam być nikim innym. Ani Agatą, ani influencerką od zasłon, ani właścicielką kominka, który tylko udaje ogień. Chciałam być sobą. Z naszym wiecznie poplamionym obrusem, psem, który gubi sierść i kanapą z przeceny.

Ewelina, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama