„Zazdrościłam innym kobietom macierzyństwa. Skoro mąż nie chce dać mi dziecka, znalazłam inny sposób”
„Byliśmy małżeństwem od sześciu lat i z pozoru niczego nam nie brakowało. Z wyjątkiem jednego – dziecka. Pragnęłam zostać matką tak bardzo, że myśl o tym spędzała mi sen z powiek. Po wielu nieudanych próbach zrozumiałam, że nie jestem gotowa z tego zrezygnować. Postanowiłam zrobić coś, co kiedyś wydawało mi się nie do pomyślenia”.

- Redakcja
Zawsze mówiłam, że nie będę jedną z tych kobiet, które wariują na punkcie macierzyństwa. A potem stuknęła mi trzydziestka i nagle wszystko się zmieniło. W pracy zaczęły mnie otaczać koleżanki z brzuszkami, przyjaciółki wysyłały zdjęcia USG, a na portalach społecznościowych nie brakowało fotek różowych testów z dwoma kreskami. Za każdym razem udawałam, że się cieszę, ale w środku czułam coś zupełnie innego. Zazdrość. Tępe ukłucie, które zaczęło towarzyszyć mi każdego dnia.
– Może jeszcze przyjdzie nasz czas – powtarzał mój mąż, gdy wracałam z kolejnej wizyty u ginekologa z miną jak po pogrzebie.
Uśmiechałam się wtedy lekko, żeby go nie dobijać, ale wewnętrznie wrzałam. Czas? Ile jeszcze mieliśmy tego czasu? Trzy lata starania się o dziecko to nie była chwilowa zachcianka. Kochałam go. Naprawdę. Ale moje ciało krzyczało o coś więcej. O nowe życie, które mogłabym nosić pod sercem. I zaczęłam rozważać, czy da się oddzielić miłość od potrzeby bycia matką.
Trzy słowa, które zmieniły wszystko
To była zwykła sobota. Siedzieliśmy przy śniadaniu, on smarował tosty masłem orzechowym, a ja wpatrywałam się w kubek z zimną już herbatą. Wiedziałam, że muszę coś powiedzieć. Coś, co od dawna chodziło mi po głowie, a czego dotąd nie odważyłam się wypowiedzieć na głos.
– Potrzebuję dziecka – wyrzuciłam z siebie.
Nie spojrzał na mnie od razu. Położył nóż na talerzu, wziął głęboki oddech i dopiero wtedy uniósł wzrok. Nie było w nim złości. Raczej smutek. Taki, który zna się tylko wtedy, gdy traci się coś bardzo ważnego.
– Wiem – odpowiedział cicho. – Ja ci tego nie dam, nie chcę, przepraszam. Nie jestem gotowy.
I właśnie te trzy słowa – „ja ci tego nie dam” – wryły mi się w pamięć jak wypalona rana. Siedzieliśmy w ciszy, każde z nas z własnym ciężarem. Nie było kłótni. Nie było łez. To było najgorsze. Bo ta cisza była jak wyrok. Nie próbował mnie przekonywać, żebym zrezygnowała. Nie obiecywał cudów. I wtedy zrozumiałam, że on już się pogodził, a ja... ja nie potrafiłam.
Tej nocy długo nie spałam. W głowie zaczęłam układać plan, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej wydawałby mi się nieprzyzwoity.
Zrobiłam to w tajemnicy
Założyłam nowe konto na portalu randkowym, podałam fałszywe imię, wrzuciłam zdjęcie, na którym ledwo mnie było widać. Nie szukałam miłości. Nie chciałam romantyzmu. Interesowało mnie jedno – zdrowy, atrakcyjny mężczyzna, który nie zadawałby zbyt wielu pytań. Zaskakujące, jak wielu takich było.
Spotkałam się z nim w środę. Nazywał się Igor, miał trzydzieści pięć lat, biegał maratony i pracował w IT. Nie mówiłam mu prawdy. Powiedziałam tylko, że nie szukam niczego poważnego. On się uśmiechnął i stwierdził, że to mu bardzo odpowiada.
– Po prostu dobrze się bawmy – rzucił, gdy siadaliśmy przy barze.
Był miły. Zabawny. Nawet przystojny. Przez chwilę poczułam się winna. Jakbym zdradzała nie tylko męża, ale też samą siebie. Potem przypomniałam sobie, po co tu jestem. Nie było romantyzmu. Nie było patrzenia w oczy. Po wszystkim wzięłam prysznic, ubrałam się i wyszłam bez słowa. Igor nie zadawał pytań. Dostał dokładnie to, czego chciał. Ja też. W drodze do domu serce waliło mi jak oszalałe. Czy naprawdę właśnie to zrobiłam?
Nasza cicha umowa
Nie mówiłam mężowi od razu. Przez kilka tygodni chodziłam z poczuciem winy, jakby każdy gest, każde słowo mogło mnie zdradzić. On nie podejrzewał niczego. Nadal robił mi herbatę wieczorem, oglądał ze mną seriale, całował w czoło przed snem. A ja coraz częściej łapałam się na tym, że nie potrafię patrzeć mu w oczy.
W końcu, pewnego wieczoru, kiedy zmywał naczynia po kolacji, odważyłam się.
– Być może jestem w ciąży – powiedziałam.
Zamknął wodę. Odwrócił się powoli, jakby potrzebował chwili, by zrozumieć, co właśnie usłyszał.
– Czyli… zrobiłaś to?
Skinęłam głową. Nie było sensu kłamać. On też nie zadawał pytań. Usiadł przy stole i długo nic nie mówił.
– Czy to… było jednorazowe? – zapytał w końcu.
– Tak. Nie znam nawet jego nazwiska.
Cisza znów nas otuliła, ale była inna niż poprzednio. Mniej bolesna, bardziej… zgoda na to, co się stało. Nie padły wielkie słowa, nie było dramatycznych gestów. Tylko to jedno:
– Jeśli naprawdę jesteś w ciąży, wychowamy to dziecko razem. Nawet jeśli nie będzie moje.
To była nasza cicha umowa. Bez obietnic, bez świętości. Tylko decyzja dwojga ludzi, którzy kiedyś się kochali.
W końcu się udało!
Test ciążowy pokazał dwie kreski trzy tygodnie później. Trzymałam go w dłoni i przez długą chwilę nie mogłam uwierzyć. Miałam ochotę krzyczeć, śmiać się i płakać jednocześnie. W końcu się udało. Byłam w ciąży.
Mąż wszedł do łazienki, zobaczył mnie z testem i tylko przytulił bez słowa. Jego ręce zadrżały. Poczułam, jak na chwilę przestaje oddychać. I choć wiedział, że to nie jego dziecko, w tym uścisku było coś prawdziwego. Coś więcej niż przebaczenie – jakaś forma miłości, której wcześniej nie znałam.
Ciąża nie była łatwa. Mdłości, zmęczenie, huśtawki nastrojów. A jednak każdego dnia budziłam się z myślą, że noszę pod sercem nowe życie. I to dawało mi siłę. Mąż był przy mnie. Jeździł na badania, gotował, kiedy nie miałam siły, a wieczorami opowiadał bajki do brzucha. Nie mówił o biologii. Nie mówił o przeszłości. Dla niego to dziecko już było częścią nas.
Czasem, kiedy patrzyłam na niego z ukosa, zastanawiałam się, co naprawdę czuje. Czy żal nie wżera się w niego od środka? Czy nie ma mu dość tej roli, którą sam sobie wybrał? Ale on nigdy niczego nie wypomniał.
Nie wszystko da się zaplanować
Dziecko urodziło się zdrowe. Chłopiec. Gdy po raz pierwszy położyli mi go na piersi, świat zawirował. Czułam, jak wszystko inne traci znaczenie – przeszłość, decyzje, wątpliwości. Był tylko on. Mały człowiek, który pojawił się z potrzeby serca, nie z doskonałego planu.
Mąż był przy mnie w szpitalu. Trzymał mnie za rękę, gdy krzyczałam z bólu, i przeciął pępowinę. Lekarze nie zadawali pytań. W ich oczach byliśmy po prostu rodzicami. I przez moment naprawdę tak się czułam – jakby nic innego nie miało znaczenia.
Minęło pół roku. Nasz syn rośnie szybko, a w jego oczach jest coś znajomego, choć nie mojego. Czasem łapię się na tym, że szukam podobieństw. Czyje ma usta, czyje dłonie. A potem patrzę na męża, jak tuli go do snu, jak śpiewa mu pod nosem te same melodie, które nucił kiedyś mnie.
Nie wiem, co będzie dalej. Czy to, co zrobiliśmy, da się udźwignąć na dłuższą metę. Ale jedno wiem na pewno – czasem miłość przyjmuje inne formy, niż sobie wyobrażaliśmy. Czasem nie wszystko da się zaplanować, a mimo to wciąż może być pięknie. I prawdziwie.
Iga, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wnuki wpadły na Dzień Babci, ale tylko po pieniądze, bo przecież im się należy. Myślą, że jestem studnią bez dna”
- „Babcia znowu wciskała mi tandetę z lumpeksu, więc powiedziałam, co o tym myślę. Jej reakcja mnie zaskoczyła”
- „Mąż był duszą towarzystwa, a teraz tylko siedzi w domu i narzeka. Nie chcę tracić kolejnych lat u boku tego zrzędy”