„Gdy zbieraliśmy śliwki w sadzie, mąż za stodołą zaglądał do koszyczka sąsiadki. Nie daruję mu, że tak mnie upokorzył”
„Marek jest spokojny. I zamknięty. Mówi, że nie lubi zawracania głowy. Czyli rozmów. Emocji. Czułości. Nie pamiętam, kiedy ostatnio dotknął mnie z czułością, a nie tak, jak się sięga po widelec czy śrubokręt. Nie miałam do niego żalu. Żyliśmy, jak się żyje. Bez wzlotów, bez tragedii. Stabilnie”.

- Redakcja
Od ponad dziesięciu lat jeździmy co roku do jego rodziców na wieś, pomagać przy zbiorach śliwek. Nikt nigdy mnie nie pytał, czy mam na to ochotę, po prostu to było oczywiste, tak jak to, że śliwki z tych drzew trzeba zebrać, zanim spadną i zgniją. Śliwki zawsze były w centrum wszystkiego. Ich zapach, sok barwiący palce, plamy na kuchennym fartuchu. Nawet nasze wakacje kręciły się wokół tego, kiedy śliwki dojrzeją. Żartowaliśmy czasem, że nasze małżeństwo to też taki dobrze zorganizowany zbiór, bo każdy wie, co robić, nikt się nie wtrąca, a jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, to będzie wino. Tylko nam już dawno nic wspólnie nie fermentowało...
Marek... Marek jest spokojny. I zamknięty. Wciąż mówi, że nie lubi „zawracania głowy”. Czyli rozmów. Emocji. Czułości. Przywykłam, że nie pyta, czy dobrze spałam, że nie zauważa, kiedy płaczę w łazience pod prysznicem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio dotknął mnie z czułością, a nie tak, jak się sięga po widelec czy śrubokręt. Ale nie miałam do niego żalu. Nie wtedy. Żyliśmy, jak się żyje. Bez wzlotów, bez tragedii. Stabilnie.
Z czasem przyzwyczaiłam się do bycia tą, która nie przeszkadza. Która robi herbatę, smaży powidła, odkłada na bok własne pragnienia. Ale im ciszej w nas było, tym więcej myśli huczało mi w głowie. Tylko że zawsze, gdy próbowałam sobie coś w tej ciszy wytłumaczyć, kończyło się na tym samym: „Ale przecież nie jest źle, prawda?”. Tego lata, gdy znów jechaliśmy pomagać w sadzie, czułam... niepokój. Nie umiałam go nazwać. Coś wisiało w powietrzu. Może ja już wiedziałam, tylko jeszcze nie chciałam tego przyznać?
Marek zniknął za stodołą
Było już późne popołudnie, słońce przeświecało przez liście jakby trochę niżej niż dzień wcześniej. Pamiętam, że wzięłam dwa kubki z kawą i ruszyłam w stronę sadu, bo Marek gdzieś tam zniknął. Powiedział tylko, że musi coś sprawdzić przy starym płocie za stodołą. Niosłam te kawy ostrożnie, żeby nie rozlać, nogi miałam trochę zmęczone po całym dniu, ale i tak szłam szybciej niż zwykle. Chciałam po prostu posiedzieć z nim chwilę w ciszy. Gdy już byłam blisko stodoły, usłyszałam śmiech. Kobiecy, lekki, przeciągły. Zatrzymałam się na moment, zdziwiona, że ktoś tam jeszcze jest. Wtedy doszedł do mnie męski głos, znajomy aż do bólu.
– Ty to zawsze wiesz, jak mnie rozbawić…
– Z tobą to nic trudnego – odpowiedział Marek.
Nie podeszłam dalej. Stałam przy ścianie stodoły, z tacą w dłoniach, sercem gdzieś w gardle i takim dziwnym uczuciem, którego nie potrafiłam nazwać. Wystarczyło lekko się wychylić, żeby ich zobaczyć. Jola. Sąsiadka z naprzeciwka, ta sama, która zawsze przynosiła ciasto i śmiała się z każdego jego żartu. Teraz stała z nim bardzo blisko, rękę miał na jej biodrze, a ona coś mu szeptała do ucha. Jej dłoń powoli sunęła po jego ramieniu, jakby to było coś zupełnie naturalnego.
Obserwowałam ich przez krótką chwilę. Nie dlatego, że chciałam. Potrzebowałam tej pewności. Gdy ją dostałam, cofnęłam się o krok. Postawiłam kubki na pieńku przy ścianie i wróciłam powoli do domu. Nie słyszeli mnie. Albo nie chcieli usłyszeć. W środku było pusto. Usiadłam na krześle i patrzyłam w okno, jakby coś miało się za nim wydarzyć. Nie czułam złości. Nie czułam w ogóle nic. Może poza tym, że nagle wszystko we mnie zamarło. Jakby ktoś nacisnął przycisk stop i zostawił mnie z obrazem, którego nigdy już nie będę mogła wymazać z pamięci. To nie był pierwszy raz. Pierwszy raz tylko zobaczyłam. I już nie mogłam udawać, że nic się nie dzieje.
Zaczęłam się pakować
Wróciłam do domu dużo wcześniej, niż planowałam. Umyłam ręce, przebrałam się w dres, jak zawsze po pracy w sadzie. Wstawiłam wodę na herbatę, ale potem o niej zapomniałam. W kuchni pachniało śliwkami, które rano zostawiłam w garnku. Przestygły. Siedziałam przy stole, patrząc na obrus. Tyle lat ten sam. Tyle lat te same gesty, te same rozmowy o pogodzie, o drzewach, o tym, ile jeszcze zostało do zebrania. Zegar w kącie kuchni tykał głośniej niż zwykle. Marek wrócił, gdy słońce już całkiem schowało się za drzewami. Wszedł, jakby nic się nie stało. Od progu rzucił:
– Dziś był dobry zbiór, co? Jutro pewnie dokończymy, jak pogoda pozwoli...
Spojrzałam na niego. Stał w progu, z liśćmi we włosach, z twarzą spokojną, jakby wrócił z pola, a nie z czegoś, co rozwiało wszystko, co jeszcze próbowałam sobie tłumaczyć. Milczałam. Odwróciłam wzrok. Zrobił krok w moją stronę, może wtedy pierwszy raz zauważył, że coś jest nie tak.
– Coś się stało?
Odpowiedziałam cicho, nie patrząc na niego:
– Tak, wszystko.
Przeszłam obok niego, dotknęłam ramieniem jego ramienia. Nic nie powiedział. Nie zapytał, nie próbował zatrzymać. Poszłam do naszej sypialni i zaczęłam się pakować. Bez pośpiechu, jakbym szła na weekend. Kilka ubrań, dokumenty, telefon, ładowarka. Kosmetyczka. Spakowana cisza. Nie wiedziałam jeszcze, gdzie pojadę, ale wiedziałam, że nie zostanę. Słyszałam jak chodzi po domu, jakby czekał, aż powiem coś więcej. Jakbym to ja miała zacząć rozmowę. Jak zawsze. Nie zacznę. Wzięłam kartkę, długopis. Ręka mi drżała, ale słowa przyszły same: „Zbieraj, co chcesz. Ja już swoje zebrałam – rozczarowanie”. Położyłam ją na stole. Zgasiłam światło w kuchni. I wyszłam.
Musiałam się oddalić
Zanim wyszłam z domu, zatrzymałam się jeszcze w progu. Spojrzałam na wszystko, co znałam aż za dobrze. Kuchenny stół, na którym co roku drylowaliśmy śliwki. Wieszak przy drzwiach, gdzie zawsze wisiała jego kurtka robocza. Mała półka z kluczami, do której nigdy nie miałam cierpliwości. I ta cisza, która przez tyle lat była między nami. Dziś czułam, że w końcu ją słyszę – była głęboka, gęsta i pełna wszystkiego, czego nigdy nie powiedzieliśmy. Zostawiłam klucz w zamku. Nie zamknęłam na łańcuch. Nie chciałam, żeby to wyglądało na ucieczkę, ale też nie chciałam już wracać.
Na dworcu byłam sporo przed czasem. Bilet kupiłam bez konkretnego celu. Pociąg odchodził na południe, a ja po prostu potrzebowałam się oddalić. Od tamtego domu. Od tamtej ciszy. Od siebie sprzed kilku godzin. W przedziale było pusto. Usiadłam przy oknie, torbę położyłam na kolanach. Telefon dzwonił. Raz, drugi, trzeci. Marek. Nie odebrałam. Nie dlatego, że chciałam go karać. Po prostu nie miałam już nic do powiedzenia.
Za szybą przesuwały się łąki i drogi, znajome i obce zarazem. Przypominały mi tamte nasze początki. Gdy jechaliśmy razem na wieś, śmialiśmy się z krzywych znaków drogowych, śpiewaliśmy coś pod nosem. Mieliśmy po dwadzieścia kilka lat, niewiele pieniędzy, ale wszystko wydawało się możliwe. Wtedy też jechaliśmy na zbiory. Ja byłam podekscytowana, chciałam mu pomóc, pokazać, że umiem. On był dumny. Tamto lato miało zapach siana i soków ze śliwek, które piło się prosto z butelki. Wieczorami zasypiałam przy nim, zmęczona, ale spokojna. Teraz nie było już nic z tamtego. Ani zapachu, ani spokoju. Zamiast tego przyszło jedno zdanie, które nie chciało wyjść mi z głowy. Marek kiedyś powiedział: „Z tobą jest tak spokojnie. Czasem aż za spokojnie”. Moje milczenie cię uśpiło. A teraz cię obudzi. I tak właśnie chciałam, żeby było.
Nie byłam głupia
Telefon zadzwonił późnym wieczorem, gdy siedziałam w hotelowym pokoju i patrzyłam w ekran telewizora, którego nawet nie włączyłam. Był tam tylko mój odbity cień, trochę zamazany. Odebrałam bez sprawdzania, kto dzwoni. Wtedy jeszcze nie miałam siły się bać.
– Ewa? – usłyszałam głos, którego się nie spodziewałam.
– Tak?
– To Jola... Jola z naprzeciwka. Chciałam zapytać... Co się stało? Marek powiedział, że wyjechałaś.
Nie odpowiedziałam od razu. W słuchawce słychać było tylko jej niepewny oddech.
– Co ci powiedział? – zapytałam spokojnie.
– Że nic nie powiedziałaś. Że po prostu zniknęłaś. Że zostawiłaś mu jakąś kartkę… Ewa, ja nie wiem, co on ci nagadał, ale... To był tylko żart. Przypadek. Zawsze sobie dogadywaliśmy, wiesz o tym...
– Nie jestem głupia, Jola – przerwałam jej.
Z drugiej strony zapadła cisza. A potem zmienił się jej głos. Było w nim coś, co znałam – zniecierpliwienie podszyte pogardą.
– Naprawdę cię to obchodzi, po tylu latach? Przecież to ty byłaś tą spokojną, taką cichą. A teraz nagle wielki dramat?
Uśmiechnęłam się smutno, ale bez goryczy.
– Nie. Właśnie o to chodzi. Już mnie nic nie obchodzi.
– Ewa, nie dramatyzuj...
– Nie dramatyzuję. Po prostu dziękuję. Teraz wszystko jest jasne.
Rozłączyłam się. Wpatrywałam się przez chwilę w telefon, jakby miał mi coś jeszcze powiedzieć. Ale nie powiedział. I dobrze. Wróciłam do swojego odbicia w ekranie. Nadal było zamazane. Ale już wiedziałam, że nie przez łzy.
Nie zbieram już cudzych śliwek
Pokój był skromny. Wycieraczka przy drzwiach skrzypiała, łóżko miało zbyt miękki materac, a zza ściany dochodziły stłumione dźwięki telewizora. I właśnie w tej zwyczajności, wśród tych wszystkich drobiazgów, poczułam coś, czego nie umiałam nazwać. Ani strachu, ani spokoju. Coś pomiędzy. Siedziałam przy oknie, patrzyłam na ulicę. Mijały mnie światła samochodów i cienie przechodniów. Każdy z nich szedł gdzieś, miał jakiś cel. Ja nie miałam żadnego. I mimo to czułam się lżejsza niż kiedykolwiek wcześniej.
Przypomniałam sobie nasze pierwsze wspólne lato z Markiem. Jak jeździliśmy rowerami po polnych drogach, jak dzielił się ze mną malinami, choć sam ich nie lubił. Jak całował mnie w kark, gdy nie patrzyłam. Był wtedy kimś zupełnie innym. Albo ja byłam inna. Może oboje udawaliśmy, że jesteśmy kimś, kim nie byliśmy. W tamtym sadzie wszystko się zaczęło. I tam też wszystko się skończyło. Pomyślałam, że to nawet sprawiedliwe.
Zastanawiałam się, czy przez te wszystkie lata coś do niego jeszcze czułam. Czy naprawdę wierzyłam, że nasze milczenie to bliskość, a nie wygodne unikanie trudnych pytań. Myślę, że chciałam w to wierzyć. Bo łatwiej było tak żyć. Nie płakałam. Nie krzyczałam. Nie pisałam do nikogo, nie dzwoniłam. Przez chwilę było mi nawet żal, że nie mam komu powiedzieć, że dziś po raz pierwszy w życiu wyszłam z czegoś, co mnie zabijało po kawałku.
Nie wiem, dokąd idę. Nie mam żadnego planu, żadnego miejsca, w którym ktoś czeka z herbatą i ciepłym światłem w oknie. Ale wiem jedno, że nie wrócę do tamtego stołu, do tych śliwek, do tych rozmów, których nigdy nie było. Nie zbieram już cudzych śliwek.
Ewa, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Młody kochanek doił mnie z kasy, a ja plotłam, że miłość nie zna wieku. Odarł mnie nie tylko z pieniędzy, ale i godności”
- „Wstydziłam się swojego małego synka i udawałam przed facetem, że jestem wolną panienką. Słono zapłaciłam za ten teatr”
- „Zamieszkałam z przystojnym malarzem, bo miał wolny pokój. Zmalował mi 2 kreski na teście i nie chciał być częścią obrazka”