„Zdradziłam męża na balu karnawałowym. Nie ma o niczym pojęcia, ale ja nie mogę sobie wybaczyć”
„Marek oddalił się ode mnie tak bardzo, że zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle jeszcze jesteśmy razem. Każda rozmowa była jak odklepana lista obowiązków. Czasem łapałam się na tym, że mówiłam do ściany”.

Nigdy nie sądziłam, że znajdę się w takim miejscu. Żona z dziesięcioletnim stażem, matka dwójki dzieci, kobieta, która przez większość dorosłego życia była wierna aż do przesady – i nagle to. To, co wydarzyło się tamtej nocy, wciąż wraca do mnie, kiedy zasypiam. I wtedy, gdy patrzę na Marka. Mój mąż o niczym nie wie. Nadal robi poranną kawę, odbiera dzieci ze szkoły, czasem obejrzy ze mną serial. Nic się nie zmieniło – przynajmniej na zewnątrz. Ale we mnie wszystko się rozsypało.
Od miesięcy czułam się jak mebel w naszym domu – potrzebna, ale niewidzialna. Marek oddalił się ode mnie tak bardzo, że zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle jeszcze jesteśmy razem. Każda rozmowa była jak odklepana lista obowiązków. Czasem łapałam się na tym, że mówiłam do ściany. A potem Magda – moja przyjaciółka – wyciągnęła mnie z domu na bal karnawałowy. „Musisz się odetchnąć, Karola, odżyć choć na jeden wieczór” – powiedziała. Nie miałam pojęcia, jaką cenę przyjdzie mi zapłacić za tę jedną noc.
To nie był mój pomysł
– No weź, Karola, ile można siedzieć w tym domu? – Magda stała w moich drzwiach z dwiema sukienkami na wieszaku i błyskiem szaleństwa w oczach. – To tylko jeden wieczór. Bal karnawałowy, muzyka, wino, potańcówka jak za starych czasów.
– Przecież mam dzieci, a Marek… – zaczęłam nieśmiało.
– Marek nawet nie zauważy, że cię nie ma. Poza tym masz opiekunkę i męża, który od pół roku traktuje cię jak współlokatorkę – wbiła mi spojrzenie prosto w serce. I zabolało, bo miała rację.
Zgodziłam się. Nie wiem, czy z potrzeby ucieczki, czy może dlatego, że chciałam poczuć się jeszcze raz jak kobieta. Taka, na którą ktoś patrzy z uwagą, z zachwytem, a nie tylko z pytaniem: „Gdzie są moje skarpetki?”.
Wieczór był ciepły jak na styczeń. Sala pełna, muzyka taneczna, światła migoczące jak obietnice. Wypiłam dwa kieliszki szampana i zaczęłam się rozluźniać. Magda już wirowała z jakimś bogiem salsy, kiedy nagle… zobaczyłam jego. Tomka.
– Karola? – uśmiechnął się z niedowierzaniem. – Nie wierzę. Ty się w ogóle nie zmieniasz.
Tomek. Moja pierwsza wielka miłość, chłopak ze studiów. Ostatni człowiek, jakiego spodziewałam się tu spotkać.
– Ty… tu? – wybełkotałam.
– Przyciągnął mnie los. Albo karma. Zatańczysz?
Ujęłam jego dłoń. I nagle miałam dwadzieścia lat, świeże serce i wszystko przede mną. Tańczyliśmy długo. Zbliżenia. Spojrzenia. I to uczucie, że znów jestem kobietą. Karolina, nie tylko matka i żona. W mojej głowie – chaos. W sercu – tęsknota. A między tym wszystkim – Tomek. I coś, co zaczynało się wymykać spod kontroli.
To było silniejsze ode mnie
– Zostań jeszcze chwilę – powiedział cicho Tomek, gdy bal już się kończył, a goście opuszczali salę.
– Magda już wyszła… – spojrzałam na telefon, pełen nieodebranych wiadomości. Ale żadna nie była od Marka.
– Odwiozę cię. Albo pójdziemy na spacer. Albo… po prostu pobądźmy jeszcze razem, dobrze?
Nie zaprotestowałam. Nie potrafiłam. Pojechaliśmy taksówką do hotelu. „Jeszcze tylko drink na pożegnanie” – wmawiałam sobie. Ale nie potrafiłam oderwać od niego wzroku. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie. Tomek patrzył na mnie tak, jak nikt już dawno nie patrzył. Jakby widział mnie całą – nie tylko jako matkę dwójki dzieci i żonę, ale jako kobietę, która kiedyś śmiała się głośno i pragnęła więcej.
– Wiesz, że wtedy, kiedy cię zostawiłem, byłem idiotą? – powiedział nagle. – Tyle razy chciałem zadzwonić. Ale potem widziałem twoje zdjęcia – ślub, dzieci. Wyglądałaś na szczęśliwą.
– Nie wiem, czy jestem – odpowiedziałam, patrząc w swoje dłonie. – Może tylko udaję lepiej niż inni.
Milczał. A potem podszedł, delikatnie ujął mnie za brodę i pocałował. Nie zaprotestowałam. Nie cofnęłam się. Zatonęłam w tym pocałunku, jak tonie ktoś, kto przestał walczyć o powietrze. Chciałam poczuć znów coś więcej. Pragnęłam tego. Rano obudziłam się w ciszy. Jego plecy, śpiące ciało. Spojrzałam na siebie w lustrze – rozmazany makijaż, czerwona szminka. Kobieta, która przekroczyła granicę. Cicho wstałam, ubrałam się i wymknęłam na palcach. Nie spojrzałam za siebie.
Wróciłam do swojego życia
Wróciłam tuż po siódmej rano. W domu panowała cisza, którą znałam aż za dobrze – niby zwykła, ale dziś świdrowała mnie w skroniach. Marek krzątał się w kuchni. W szlafroku, z kubkiem kawy, z tym swoim „porannym trybem robota”. Dzieci siedziały przy stole i chrupały płatki. Weszłam bez słowa.
– Cześć. Myślałem, że śpisz u Magdy – powiedział spokojnie, nie podnosząc wzroku znad tostera.
– Tak… ale wcześnie się obudziłam – skłamałam.
Usiadłam. Ręce mi się trzęsły. Dusiłam się w sobie. Z jednej strony pragnęłam, by ktoś na mnie krzyknął, wyrwał tę prawdę ze mnie, a z drugiej – bałam się, że jedno słowo zniszczy wszystko. Spojrzałam na Marka. Zaparzał herbatę dla dzieci. Nie był zły, ani obojętny – był po prostu zwykły. I to bolało najbardziej.
– Mama jest zmęczona, nie przeszkadzajcie jej – powiedział do dzieci i uśmiechnął się lekko w moją stronę.
Poczułam, jak coś się we mnie łamie. Wbiegłam do łazienki. Zamknęłam drzwi. Oparłam się o zimne kafelki. I wtedy przyszedł napad lęku, jakiego nie znałam. Krótkie oddechy, dławiące uczucie w klatce, ból. Chciałam wydrapać sobie skórę. Otworzyłam kran i patrzyłam, jak woda spływa, jakby mogła zmyć ze mnie winę.
Po południu spotkałam się z Magdą. Nic nie wiedziała. Spojrzała na mnie uważnie.
– Karola… wszystko ok?
– Jasne. Trochę zmęczona. Ten bal…
Skinęła głową, ale widziałam, że nie do końca mi wierzy. A ja milczałam. Coraz ciężej było mi oddychać pod ciężarem własnego sekretu.
Miałam wyrzuty sumienia
Czas płynął, ale nic nie łagodziło tego, co nosiłam w sobie. Przeciwnie – każdy dzień tylko mocniej wbijał mi w serce szpilkę. Nikt się nie dowiedział. Tomek nie dzwonił. Nie pisał. Jakby ta noc nigdy się nie wydarzyła. Jakby wyrwał ją z kalendarza i cisnął w ogień. A ja? Ja udawałam. Grałam swoją rolę: żony, matki. Chodziłam do pracy, gotowałam, chodziłam na zebrania w szkole, kupowałam bułki. Ale coś we mnie pękło na zawsze.
Marek zaczął coś zauważać. Pewnego wieczoru, gdy dzieci już spały, usiadł naprzeciwko mnie na kanapie. Bez pilota, bez ekranu między nami.
– Karola, co się z tobą dzieje?
Zamarłam.
– Nic. Jestem tylko… zmęczona – odpowiedziałam, może zbyt szybko.
– Nie wierzę ci – odparł cicho. – Unikasz mnie. Zasypiasz, zanim wrócę. Nie patrzysz mi w oczy. Myślałem, że coś cię martwi… ale to wygląda inaczej. Jakbyś coś ukrywała.
Ukrywałam. Całą siebie. Każdego dnia.
– Marek, nie teraz. Proszę.
Skinął głową. Nie dopytywał. Ale od tamtej pory było inaczej. Jeszcze więcej ciszy, jeszcze mniej dotyku. Z Magdą przestałam rozmawiać o rzeczach ważnych. Bałam się, że mnie przejrzy. Czułam, jakby jedno słowo mogło rozsadzić moje życie.
Zbliżenie z Markiem? Niemożliwe. Za każdym razem, gdy próbował mnie objąć, w głowie miałam tamtą noc. Tamte ręce. Tamten pocałunek. Tamten wstyd. Odsuwałam się, udawałam, że śpię, że boli mnie głowa, że jestem chora. Prawda była taka, że nie potrafiłam znieść jego bliskości. Nie po tym, co zrobiłam.
Nie potrafię się przyznać
Pewnej soboty spakowałam się bez słowa i pojechałam. Powiedziałam Markowi, że muszę pobyć sama. Nie pytał. Nawet nie zapytał dokąd. Widziałam w jego oczach rezygnację. Albo strach.
Pojechałam tam, gdzie wszystko się zaczęło. Mała kawiarnia przy starym rynku, park z ławką, na której Tomek kiedyś całował mnie, zanim jeszcze wiedzieliśmy, co znaczy odpowiedzialność. Wszystko wyglądało tak samo, ale ja czułam się inaczej. Usiadłam na tej samej ławce. Przede mną – puste alejki i zimowy chłód. I myśli, które nie dawały spokoju. W końcu powiedziałam na głos:
– Dlaczego to zrobiłaś?
Nikt nie odpowiedział. Tylko wiatr poruszył liśćmi.
– Bo byłaś samotna? Bo chciałaś poczuć się znów kochana? – pytałam samą siebie. – A może po prostu byłaś słaba?
Łzy zaczęły cieknąć ciurkiem. Jakby wszystko się wreszcie przebiło przez szczelną skorupę, którą zbudowałam. Nienawidziłam się. Za chwilę. Za wybór. Za tchórzostwo. Za to, że nie potrafię powiedzieć prawdy. Ale jeszcze bardziej bałam się, że jeśli to zrobię – zniszczę Marka. A może dzieci. A może siebie.
Wiedziałam, że nie powiem. Nie dlatego, że chcę dalej kłamać. Ale dlatego, że to, co zrobiłam, już wystarczająco boli. Moja kara? Życie z tym ciężarem. Poczucie winy, które nie mija. Które trzyma mnie nocami za gardło. Zamknęłam oczy. Zacisnęłam pięści. I po raz pierwszy nie szukałam usprawiedliwienia. Przyznałam się. Przynajmniej przed sobą.
Karolina, 40 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W ferie nici z wyjazdu w góry, bo mąż ma ważniejsze rzeczy na głowie. Zostają nam sanki i lepienie bałwana pod oknem”
- „Pieniądze zawsze były dla nas ważniejsze niż bliskość. Nasz syn dorastał bez ciepła, bo my chcieliśmy żyć w luksusie”
- „Spędziłam ferie zajmując się córką szwagierki. Przez 14 dni żyłam w piekle, by ta mogła jeść włoską pizzę”