„Zgodziłam się na remont, bo chciałam uratować nasze małżeństwo. Jednak gdy kurz opadł, miłość zniknęła bez śladu”
„W jego głosie usłyszałam entuzjazm, którego brakowało nam od lat. Rutyna zabiła bliskość, a nasze rozmowy ograniczały się do logistyki dnia codziennego. Mijaliśmy się w korytarzu jak współlokatorzy połączeni jedynie kredytem. Kiedy więc zaproponował generalny remont, wzięłam to za dobrą monetę”.

- Redakcja
Myślałam, że pęknięcia w ścianach to jedyny problem, z jakim musimy się zmierzyć. Wierzyłam, że zapach świeżej farby przykryje smród narastającej od lat obojętności, a burzenie ścian działowych sprawi, że w końcu przestaniemy się od siebie oddalać. Byłam naiwna. Kiedy ostatni robotnik wyniósł drabinę, a ja stanęłam na środku naszego wymarzonego, jasnego salonu, zrozumiałam, że zbudowaliśmy piękną scenografię do dramatu, który właśnie dobiegł końca.
Zgodziłam się bez wahania
Pamiętam ten wieczór, kiedy pomysł remontu zakiełkował w głowie Jacka. Siedzieliśmy w salonie, który pamiętał jeszcze czasy, gdy wprowadzaliśmy się tu jako młode małżeństwo z głowami pełnymi marzeń i pustymi kontami. Beżowa tapeta odchodziła w rogu przy oknie, a parkiet skrzypiał w sposób, który kiedyś nas bawił, a teraz doprowadzał do szału. Jacek odłożył tablet i spojrzał na sufit, wzdychając ciężko.
– Musimy to wszystko zmienić – powiedział, patrząc na pęknięcie biegnące nad telewizorem. – Dusimy się tutaj. Potrzebujemy przestrzeni. Światła.
W jego głosie usłyszałam entuzjazm, którego brakowało nam od lat. Rutyna zabiła bliskość, a nasze rozmowy ograniczały się do logistyki dnia codziennego. Mijaliśmy się w korytarzu jak współlokatorzy połączeni jedynie kredytem. Kiedy więc zaproponował generalny remont, wzięłam to za dobrą monetę. Pomyślałam, że chcąc naprawić dom, chce tak naprawdę naprawić nas. Zgodziłam się bez wahania. W wyobraźni widziałam nas wybierających kafelki i jedzących pizzę na podłodze wśród kartonów. Jak w komedii romantycznej. Nie przewidziałam, że demontaż starych struktur odsłoni nie tylko cegły, ale i fundamenty naszego kryzysu.
Wszystko było na mojej głowie
Rzeczywistość uderzyła nas z siłą młota pneumatycznego już w pierwszym tygodniu. Szefem ekipy był pan Mietek, starszy, małomówny fachowiec, a jego pomocnikiem młody Tomek. Kiedy zaczęli zrywać podłogi, poczułam niepokój. Wszechobecny kurz wdzierał się do oczu i osiadał na ubraniach upchniętych w workach w sypialni – jedynym ocalałym pomieszczeniu. Mieszkaliśmy na placu budowy. To był pierwszy test, którego nie zdaliśmy. Jacek, zamiast traktować to jako przygodę, stał się drażliwy.
– Nie mogę tak żyć! – krzyczał, szukając czystej koszuli. – Jak mam iść do pracy, wyglądając jak młynarz? Miałaś tego dopilnować, miało być wszystko zabezpieczone folią!
– Zabezpieczyłam – broniłam się, czując gulę w gardle. – Folia się odkleiła, kiedy pan Mietek wnosił worki z gładzią. To tylko pył, otrzepiesz się.
– Tylko pył... – mruknął z pogardą. – Całe nasze życie to teraz jeden wielki syf.
Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że ten remont to błąd. Tylko że machina już ruszyła. Ściana między kuchnią a salonem zniknęła, a my zostaliśmy z wielką dziurą w środku mieszkania i jeszcze większą przepaścią między nami. Jacek zaczął uciekać – wychodził wcześnie, wracał późno, tłumacząc się pracą, a ja zostawałam sama z panem Mietkiem, decydując o rozmieszczeniu gniazdek, o których nie miałam pojęcia.
Stracił w moich oczach
Wybór materiałów stał się koszmarem. Myślałam, że mamy podobny gust, ale okazało się, że nie zgadzamy się w niczym. Ja chciałam ciepła i drewna, Jacek uparł się na styl industrialny: beton, stal, szkło. Zimno. Punktem kulminacyjnym była wizyta w salonie łazienek. To tam zrozumiałam, że nie chodzi o kafelki, ale o dominację. Staliśmy przed ekspozycją z wielkoformatowym, czarnym gresem imitującym marmur.
– To jest to – stwierdził Jacek.
– Kochanie, na tym będzie widać każdą kroplę wody. Będę musiała to polerować codziennie – próbowałam negocjować. – Może ten beżowy? Jest cieplejszy i tańszy.
Jacek spojrzał na mnie wzrokiem, który zmroziłby wrzącą wodę.
– Znowu to robisz – syknął.
– Co robię?
– Ściągasz mnie w dół. Zadowalasz się byle czym. Przeciętnością. Ja chcę, żeby to mieszkanie wyglądało jak z apartamentowca w Nowym Jorku, a ty chcesz zrobić z niego przytulną norkę na przedmieściach. Czy ty nie masz żadnych ambicji?
Zamilkłam. To była recenzja mojej osoby, mojego charakteru i wkładu w nasze życie. Wzięliśmy czarny marmur. Jacek wygrał bitwę, ale w moich oczach przegrał. W drodze powrotnej panowała cisza. Czy naprawdę uważał mnie za kogoś bez ambicji, podczas gdy to ja pilnowałam ekipy i budżetu, byśmy nie zbankrutowali? On chciał tylko efektu, nie widząc kosztów procesu.
Poczułam ukłucie w żołądku
Pan Mietek widział więcej, niż mi się wydawało. Pewnego dnia, gdy Jacek wybiegł z domu po kłótni o kolor fug, fachowiec podszedł do mnie, gdy tępo wpatrywałam się w betonową wylewkę.
– Pani Sylwio – zagadnął, skręcając papierosa. – Ściany to się zagipsuje. Dziury zalepi. Jednak jak fundament pęka, to i złota farba nie pomoże.
– Słucham? – spojrzałam zaskoczona.
– Mówię tylko, że dom to ludzie, nie mury. Robię w tym fachu trzydzieści lat. Widziałem pary, co się kłóciły o każdy centymetr, a potem żyli długo i szczęśliwie. I widziałem takich, co im wszystko jedno było, byle szybko skończyć. U państwa jest ciszej niż przy kuciu betonu. A ta cisza jest najgorsza.
Jego słowa uderzyły mnie prosto w serce. Miał rację. Przestaliśmy rozmawiać, komunikowaliśmy się tylko SMS-ami: „Kupili grunt?”, „Przelej pieniądze”. Byliśmy menedżerami projektu, nie małżeństwem. Zaczęłam dostrzegać też inne sygnały. Moja przyjaciółka, Kaśka, wpadła zobaczyć postępy i zapytała o Jacka.
– Wymaga. To jego forma zaangażowania – odparłam gorzko.
– Bo wiesz... widziałam go wczoraj w centrum. W tej nowej kawiarni. Siedział sam, z laptopem. Wyglądał na... zrelaksowanego. A tobie mówił, że jedzie po listwy przypodłogowe na drugi koniec miasta.
Poczułam ukłucie w żołądku. Nie podejrzewałam zdrady, Jacek był na to zbyt leniwy. Mimo to była to zdrada. Na zostawił mnie samą z tym bałaganem. To bolało bardziej.
Coś we mnie pękło
Remont zbliżał się do końca. Otwarta przestrzeń z wielkimi oknami i nowoczesną kuchnią robiła wrażenie, choć czarny marmur w łazience już zbierał smugi kurzu. Jednak im piękniej było dookoła, tym brzydziej było w nas. Jacek wracał i zamiast cieszyć się efektem, szukał niedoróbek.
– Tu jest rysa – wskazywał na ścianę. – A tu panel nie dochodzi idealnie do framugi. Za co my im płacimy?
– To ręczna robota. Jest pięknie. Przestań szukać problemów – prosiłam, będąc na skraju wyczerpania.
– Ja nie szukam problemów, po prostu wymagam jakości! – wybuchał.
Zrozumiałam, że panicznie bał się końca remontu. Koniec prac oznaczał brak wymówek i konieczność spojrzenia sobie w oczy na nowej, włoskiej sofie. Tydzień przed odbiorem czara goryczy się przelała. Miałam wybrać zasłony, bo Jacek „nie miał czasu”. Kupiłam piękne, welurowe, w kolorze butelkowej zieleni, by przełamać surowość wnętrza. Kiedy je zawiesiłam, byłam dumna. Jacek wrócił wieczorem, stanął w salonie i zaczął się sucho śmiać.
– Co to ma być? – zapytał, wskazując na okno.
– Zasłony. Mówiłeś, żebym wybrała.
– Wygląda jak w teatrze dla ubogich. Zdejmij to. Natychmiast. Psuje całą koncepcję.
Coś we mnie pękło. Podeszłam do niego powoli i spojrzałam mu w oczy.
– Nie zdejmę ich. To jest też mój dom. Jeśli ci się nie podoba, możesz spać w hotelu.
Jacek zamarł. Nie spodziewał się oporu, bo przez lata ustępowałam dla świętego spokoju.
– Dobrze – powiedział cicho. – Skoro tak stawiasz sprawę.
Spakował torbę na siłownię i wyszedł. Myślałam, że wróci za godzinę. Nie wrócił przez trzy dni.
Zostawił mnie
Pojawił się dopiero w dniu, kiedy pan Mietek oddawał klucze. Mieszkanie lśniło. Jacek wszedł, nie odzywając się do mnie słowem.
– I jak, szefie? – zapytał pan Mietek. – Zadowolony?
– Technicznie bez zarzutu – odparł Jacek bez emocji. – Dobra robota.
Gdy zostaliśmy sami w wielkiej, otwartej przestrzeni, akustyka była doskonała. Każdy oddech był słyszalny. Jacek usiadł na sofie, nie zdejmując płaszcza.
– Jest idealnie – powiedział, patrząc na pustą ścianę.
– Tak. Jest pięknie – przyznałam, czując się obco we własnym domu.
– Wiesz, co jest najgorsze? – zapytał, w końcu patrząc na mnie. – Że teraz, kiedy wszystko jest tak, jak chciałem... idealne, czyste, nowoczesne... widzę, jak bardzo my tu nie pasujemy. A właściwie, jak ja tu nie pasuję. Z tobą.
Zamarłam. Spodziewałam się kłótni o pieniądze czy zasłony, ale nie tego.
– Co ty mówisz?
– Ten remont... myślałem, że jak zmienię otoczenie, to zmienię swoje życie. A czuję się gorzej. Teraz widzę, że problemem nie była stara tapeta. Problemem byliśmy my. Wypaliło się, Sylwia. Kiedy patrzę na te gładkie ściany, widzę tylko pustkę. Nie mam siły jej zapełniać.
Wstał, wyjął z kieszeni pęk kluczy i położył je na szklanym stoliku. Dźwięk metalu uderzającego o szkło był ogłuszający.
– Zostawiam ci to mieszkanie. Jest twoje. Urządź je po swojemu. Powieś te swoje zasłony, kup beżowe dywaniki. Ja nie potrafię tu mieszkać.
– Ale Jacek... dokąd pójdziesz? Przecież to był twój projekt, twoje marzenie! – krzyknęłam przez łzy.
– To była moja ucieczka. Jednak przed sobą nie ucieknę. Muszę pobyć sam. Bez remontów, bez udawania, że wszystko jest w porządku, bo kolor ścian jest modny.
Wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Nie żałowałam
Zostałam sama w mieszkaniu, które było spełnieniem marzeń architekta i koszmarem żony. Przez pierwsze tygodnie nienawidziłam tego miejsca. Czarny marmur drwił ze mnie zimnym blaskiem, a beton w salonie przypominał więzienny mur. Spaliśmy na materacach i znosiliśmy hałas, by ratować małżeństwo, a ostatecznie wyremontowaliśmy mieszkanie dla jednego lokatora. Minęło pół roku. Rozwód przebiegł sprawnie. Jacek zachował się honorowo, zostawił mi mieszkanie i spłacił swoją część kredytu. Wyprowadził się do surowej kawalerki w centrum, gdzie podobno nadal szuka swojego „idealnego życia”. A ja? Pewnego dnia wstałam i spojrzałam na ten obcy salon. Zadzwoniłam do stolarza i zamówiłam wielki, dębowy regał, który zasłonił betonową ścianę. Kupiłam wełniany dywan, a na czarnym blacie w kuchni postawiłam doniczki z ziołami. Powoli zaczęłam oswajać tę przestrzeń.
Zrozumiałam, że ten remont był potrzebny. Zburzył stary porządek, który i tak chylił się ku upadkowi, zdarł tapety iluzji i odsłonił bolesną prawdę. Dziś siedzę w moim salonie. Słońce wpada przez zielone, welurowe zasłony. Piję kawę z ulubionego kubka, który Jacek uważał za „tandetny”. Jestem sama, ale nie samotna. Kurz w końcu opadł. I choć miłość zniknęła, pojawiło się miejsce na coś nowego. Na moje własne życie, zbudowane na solidnych fundamentach.
Sylwia, 41 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Marzyłam o ciszy w Bieszczadach, ale znajomi woleli robić content w modnych ciuchach. Dawno nie najadałam się tyle wstydu”
- „Paragon grozy za pączki na tłusty czwartek pogrążył mojego męża. Odkryłam, że za nasze pieniądze udawał bogacza przed rodziną”
- „W tłusty czwartek stałam 2 godziny w kolejce do cukierni. Opłaciło się, bo wróciłam z tuzinem pączków i gorącym sercem”