„Zięć codziennie znikał bez słowa i wracał cały w skowronkach. Myślałam, że zdradza Anię, ale prawda była gorsza”
„A potem zaczął znikać. Codziennie o tej samej porze. Bez słowa. A kiedy wracał, wyglądał tak, jakby wygrał na loterii – uśmiechnięty od ucha do ucha, jakby cały świat należał do niego. Ilekroć pytałam, gdzie był, tylko machał ręką”.

- Redakcja
Nie lubię wtykać nosa w nie swoje sprawy, ale kiedy widzę, że coś się dzieje za plecami mojej córki, nie potrafię siedzieć cicho. Może po prostu zbyt mocno ją kocham, żeby patrzeć, jak ktoś robi z niej naiwną. Nie od razu miałam podejrzenia. Przez długi czas byłam przekonana, że po prostu się zakochali i wzięli ślub z miłości. On chodził rozpromieniony, nosił ją na rękach, gotował jej kolację i przynosił kwiaty bez okazji. Typowy początek.
A potem zaczął znikać. Codziennie o tej samej porze. Bez słowa. A kiedy wracał, wyglądał tak, jakby wygrał na loterii – uśmiechnięty od ucha do ucha, jakby cały świat należał do niego. Ilekroć pytałam, gdzie był, tylko machał ręką i mówił:
– Mamo, załatwiałem swoje sprawy.
A Ania... Ania mu wierzyła. Zawsze wierzyła. Bo dla niej on był ideałem – człowiekiem, który wyleczył ją z poprzednich rozczarowań. Też kiedyś byłam taka naiwna. I wiem, jak to się kończy. Dlatego zaczęłam obserwować. Jeszcze wtedy myślałam, że zięć ma romans i jak powiem córce prawdę i ona w końcu przejrzy na oczy. Prawda, którą odkryłam, była znacznie gorsza.
Coś mnie tknęło
Siedziałam przy kuchennym stole, obierając ziemniaki. Z kuchni jak zięć wracał do domu z uśmiechem. Już miałam się schować za firanką, ale coś mnie podkusiło i zawołałam.
– Paweł! – zawołałam z udawaną lekkością. – Skoczyłbyś po pietruszkę? Zupka będzie lepsza.
Zatrzymał się, wyraźnie zdziwiony.
– Mamo, dopiero co wróciłem. Zmęczony jestem, a zresztą... zupa bez pietruszki będzie lepsza?
– Lubię klasykę – odparłam. – Ania mówiła, że będziesz później, a tu niespodzianka?
– No, szybciej się wyrobiłem dzisiaj – wzruszył ramionami. – Nie pracowałam dzisiaj z biura.
– A skąd?
– A takie tam, mamo – powiedział i od razu odwrócił się na pięcie. – Idę się przebrać.
Właśnie wtedy coś mnie tknęło. Nie miał ze sobą torby z laptopem, choć mówił, że był „w pracy”. I nie pachniał drogimi perfumami. A że mój nos do zapachów działał lepiej niż niejedna aplikacja detektywistyczna, zaczęłam coś podejrzewać. Wieczorem, gdy Ania wróciła z jogi, usiadłam z nią przy herbacie.
– Kochanie, a gdzie był dzisiaj twój mąż?
– Nie mówił? W pracy chyba. Czemu pytasz?
– Bo albo nie umie kłamać, albo ja straciłam nosa do kłamstw.
Stałam w krzakach jak ostatnia idiotka
Przez kilka dni nic nie mówiłam. Obserwowałam. Znikał codziennie. Wracał do domu po pracy, a potem wychodził na „spotkanie z klientem”. Ania nie podejrzewała niczego. Kochała go za bardzo, żeby choć przez chwilę przypuścić, że coś jest nie tak. W czwartek włożyłam płaszcz i ruszyłam za nim. Śledzenie ludzi mam we krwi. Zatrzymał się przed jakimś domem na obrzeżach miasta. Elegancka willa z ogrodem. Zadzwonił domofonem, drzwi się otworzyły, wszedł. Stałam w krzakach jak ostatnia idiotka, trzęsąc się z zimna, i gapiłam się na to miejsce jak zaczarowana. Po godzinie wyszedł. Sam. Wsiadł do samochodu i odjechał.
– Co ty kręcisz... – mruknęłam pod nosem.
Następnego dnia postanowiłam zapytać go wprost.
– Paweł, ty tak codziennie gdzieś jeździsz po pracy?
– Mamo, zaczyna się... – westchnął teatralnie. – To jakieś przesłuchanie?
– Ciekawa jestem. Tyle znikać, wracać cały rozpromieniony. Człowiek się zaczyna martwić.
– Zajęcie sobie znalazłem. Dla odstresowania – powiedział, nalewając sobie herbaty. – Każdy powinien mieć hobby.
– Hobby, powiadasz... A jak się nazywa to hobby? Jolka? Marlena?
– Mamo! – oburzył się. – No naprawdę, nie przesadzaj.
Nie brzmiał przekonująco. A ja już wiedziałam, że pójdę tam jeszcze raz. Sama. I się dowiem.
Stanęłam jak wryta
W sobotę wzięłam sprawy w swoje ręce. Wsiadłam w autobus i pojechałam pod ten sam adres. Na ogrodzeniu wisiała tablica: „Fundacja Ciepła Łapa – schronisko dla zwierząt i dom tymczasowy”. Stanęłam jak wryta.
– Dzień dobry, mogę pomóc? – zagadnęła mnie młoda dziewczyna z dredami i w kaloszach, ubrudzonych błotem.
– Ja… przepraszam. Szukam Pawła. Takiego wysokiego, szczupłego, z brodą. Przychodzi tu?
– Paweł? Pewnie! Jest w boksie z Benkiem. Chce pani podejść?
Weszłam za nią, czując, jak robi mi się gorąco. W końcu zobaczyłam go – siedział na ziemi, brudny, z podartym rękawem bluzy, głaszcząc wielkiego, kulawego psa.
– Paweł?! – powiedziałam cicho, jakbym zobaczyła ducha.
– Mamo? – podniósł wzrok, zaskoczony. – Co ty tu robisz?
– Śledziłam cię – przyznałam bez ogródek. – Myślałam, że… że masz kogoś. A ty… tu?
Wstał, otrzepując spodnie.
– Nie chciałem mówić, bo bałem się, że to głupio zabrzmi. Zacząłem tu przychodzić, jak... jak zaczęło mi się robić ciasno w środku. Te zwierzaki mnie leczą, mamo.
Zamilkłam. Patrzyłam na tego mężczyznę, który tulił psa jak dziecko, i czułam, jak mięknie mi serce.
– I wracasz taki radosny, bo…?
– Bo Benek merda ogonem, kiedy mnie widzi. I bo wiem, że chociaż przez godzinę dziennie robię coś dobrego.
Pokręciłam tylko głową
Wróciłam do domu cała w emocjach. Całą drogę milczałam, a Paweł szedł obok, co chwila, zerkając na mnie, jakby się bał, że wybuchnę.
– Wiesz, mamo... – odezwał się w końcu. – Miałem ci powiedzieć. Naprawdę. Tylko... jakoś trudno mi było. Wstydziłem się.
– Czego? Że pomagasz zwierzętom? – spojrzałam na niego z ukosa.
– Nie, że tego potrzebuję. Że mnie to tak ruszyło. Że nie jestem taki twardy, jak wszyscy myślą. Ania mówiła zawsze, że jestem niezniszczalny, a ja... no cóż.
Po powrocie usiedliśmy razem w kuchni. Zaparzyłam mocnej herbaty.
– Czemu nie powiedziałeś Ani? Myślę, że byłaby dumna – odezwałam się, nie patrząc mu w oczy.
– Może i byłaby. Jednak to wszystko zaczęło się przypadkiem. Pewnego dnia zobaczyłem na poboczu rannego psa. Zabrałem go do weterynarza, a potem trafiłem na tę fundację. I już zostałem.
Pokręciłam głową i westchnęłam.
– To, czemu kłamiesz Ani, że siedzisz dłużej w pracy?
– Bo nie chcę, żeby myślała, że się obijam. Albo, że coś ukrywam. Chciałem to jakoś lepiej powiedzieć… a potem znów było za późno.
Byłam dumna z zięcia
Z dnia na dzień zaczęłam patrzeć na zięcia inaczej. Nie byłam ślepa – widziałam, jak te godziny w schronisku robią z niego innego człowieka. Spokojniejszego, bardziej cierpliwego. Zaczęłam się nawet z nim tam pojawiać. Najpierw, żeby zrozumieć. Potem… z potrzeby.
– Mamo, ty tu znowu? – zaśmiał się Paweł, kiedy któregoś dnia przyszłam z torbą starych koców i reklamówką karmy.
– No co? Może i jestem wścibska, ale nie bez serca – odpowiedziałam. – Poza tym zakochałam się w tym rudym, kulawym kocie. Jakbym własnego męża zobaczyła w młodości. Ten sam wyraz pyska.
Paweł parsknął śmiechem, a ja poczułam coś, co chyba nazywa się zgodą. Zrozumiałam, że nie wszystko muszę wiedzieć od razu. W naszej rodzinie wolontariat zięcia przestał być tajemnicą. Pewnej soboty usiedliśmy wszyscy przy stole. Wnuczek jadł makaron z taką miną, jakby miał przed sobą kawior.
– A wiecie, że pani od biologii mówiła dzisiaj o fundacjach? – rzucił między jednym kęsem a drugim. – I jak powiedziałem, że mój ojciec pracuje z bezdomnymi psami, to cała klasa pytała, czy mogą pomóc. Nawet pani się zgłosiła.
Spojrzałam na Pawła. Zawiesił widelec w powietrzu.
– Serio?
– Serio – kiwnął Filip. – Ale jak przyjdą, to się nie wygłupiaj. Nie pokazuj zdjęcia Benka z czapką świętego Mikołaja. Stracisz cały autorytet.
– Żaden problem. Pokażę swoje zdjęcie w czapce.
Roześmialiśmy się wszyscy.
Byłam spokojna
W niedzielę zaprosiłam ich oboje na obiad. Zupa ogórkowa, ulubiona Pawła, i makaron z pieczarkami, bo Ania „tylko bez mięsa, mamo, wiesz przecież”. Usiedli przy stole jak zwykle – ona z włosami w niedbałym kok, on z przymrużonymi oczami, zadowolony z życia. Widziałam, że między nimi jest teraz coś więcej niż tylko codzienność. Jakiś spokój. Jakaś prawda, która ich połączyła.
– Paweł powiedział ci w końcu? – zapytała mnie cicho Ania, gdy zmywałyśmy razem naczynia.
– O schronisku? Tak. Dowiedziałam się sama.
– Nie chciał mi mówić. Wiesz, że myślał, że się wyśmieję? Że powiem, że wstyd?
– A powiedziałaś?
– Nie. Powiedziałam, że jestem z niego dumna – odparła i na moment przestała szorować talerz. – Bo naprawdę jestem. On był przez jakiś czas zupełnie innym człowiekiem, czułam to. A teraz... jest z powrotem. Albo nawet więcej niż był. I to dzięki tym wszystkim porzuconym psom.
Usiadłyśmy potem przy stole z herbatą. Paweł właśnie wyszedł na spacer z Benkiem, którego... przygarnęli na stałe.
– Mamo, wiesz, że on chce, żebym też tam przychodziła? – powiedziała Ania z uśmiechem. – Że razem możemy prowadzić warsztaty z dziećmi o opiece nad zwierzętami. On naprawdę się w to angażuje. I... ja też chcę.
Popatrzyłam na nią. Dorosłą, mądrą kobietę. Moje dziecko.
– A ja już nic nie muszę. Bo wiem, że dobrze wybrałaś.
I chyba pierwszy raz od dawna miałam pewność, że oni naprawdę będą szczęśliwi.
Krystyna, 62 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wyskoczyłam z kochankiem na szybki weekend w Szczyrku. Beskidy miały być ratunkiem, a doszczętnie zrujnowały nam życie”
- „Zabrałam teścia na Black Friday, bo chodził w starych łachach. A ten potraktował mnie jak bankomat”
- „Babcia przepisała mieszkanie mojej siostrze, a mi zostawiła tylko starą szkatułkę. Była jednak warta dużo więcej niż myślałem”