Reklama

Zawsze uważałam, że moja córka mogła mieć lepszy gust do mężczyzn. I kiedy przyprowadziła do domu tego swojego, no jak mu tam, Przemka, to zaniemówiłam. Taki nijaki. Przez grzeczność nie komentowałam, wiadomo – matka nie powinna się wtrącać. Jednak w myślach często zadawałam sobie pytanie: czy ona naprawdę myśli, że z takim przejdzie przez życie? No ale każdy jest kowalem swojego losu. Córka wyszła za niego za mąż, a ja, choć z trudem, postanowiłam pogodzić się z tym faktem. Co nie znaczy, że przestałam mieć oczy. Ani że nie widzę, że mój zięć, delikatnie mówiąc, nie jest asem w talii.

Byłam wściekła

– Masz je podgrzać, nic więcej. Nie trzeba ich gotować drugi raz, bo się rozpadną. Wrzuć do wrzątku na dwie minuty i gotowe – powiedziałam spokojnie, choć w duchu już przeczuwałam katastrofę.

– Mamo, dam sobie radę.

Westchnęłam i zawiązałam szalik pod szyją. Musiałam skoczyć po śmietanę i cebulę, bo oczywiście zapomnieli, że do klusek śląskich najlepiej smakuje cebulka podsmażona na masełku. Wróciłam może po dziesięciu minutach. I co? W progu przywitał mnie dziwny zapach.

– Na miłość boską, co tu się wydarzyło?! – zawołałam i wbiegłam do kuchni.

A tam... dramat. Kluski nie były już kluskami. Była to masa. Jedna wielka, klejąca się masa, przyklejona do dna garnka.

Przecież mówiłam – dwie minuty we wrzątku! A nie gotować jak ziemniaki do sałatki!

– No bo... zapomniałem, że je włożyłem. Poszedłem tylko na chwilę do łazienki… – tłumaczył się, a ja czułam, jak mi ciśnienie rośnie.

– Do łazienki?! Na piętnaście minut?! Chłopie, kluski nie są z żeliwa, one się rozpuszczają! – wzięłam głęboki wdech, żeby się nie rozwrzeszczeć.

– Ale mamo, to tylko kluski...

– „Tylko kluski”?! To była ostatnia porcja z domowego ciasta. Twoja żona je lepiła godzinę! To nie „tylko kluski”. To test, który oblałeś z kretesem!

W duchu policzyłam do dziesięciu

– To ja może skoczę do sklepu po mrożone – rzucił Przemek, już z ręką na klamce.

– Mrożone? – zmrużyłam oczy. – Po tym, jak twoja żona ręcznie kulała je z ciasta, a ja specjalnie przywiozłam ziemniaki z działki?

Zatrzymał się, jakby dopiero teraz zrozumiał, co się naprawdę stało. W sumie dobrze, że stanął – bo jakby wyszedł, to chyba bym mu torbą przyłożyła.

– Mamo, no przecież nie zrobiłem tego specjalnie... – zaczął nieśmiało.

– Ty nigdy nic nie robisz specjalnie. Ty po prostu wszystko robisz… byle jak.

Usiadłam ciężko przy stole i spojrzałam na garnek, jakby patrzenie mogło cofnąć czas. Kluski przypominały kaszę mannę.

– Miałeś jedno zadanie. Jedno! Nawet nie prosiłam, żebyś zrobił surówkę, nie kazałam smażyć mięsa. Tylko te kluski. A ty?

– No ale mamo, to tylko obiad... – próbował znowu.

– Obiad, który twoja żona chciała zrobić, żebyście w końcu zjedli coś porządnego. Bo, wybacz, ale te twoje kanapki z pasztetem to raczej nie jest szczyt kulinarnej finezji.

– Chciałem pomóc... – spojrzał na mnie z miną zbitego psa.

– Nie pomagaj. Po prostu nie przeszkadzaj – odparłam cierpko. – Twoja pomoc kosztuje więcej niż klęska żywiołowa.

– Mamo...

– Co?

Może jednak... ja zamówię pizzę?

Zamknęłam oczy. W duchu policzyłam do dziesięciu. I jeszcze raz.

Córka miała do mnie żal

– Kluski gotowe? – spytała moja córka, wchodząc do kuchni.

Zrobiłam krok w bok, odsłaniając garnek. Spojrzała do środka. Zamarła.

Co to jest? – zapytała cicho.

– No… kluski – odpowiedział mój zięć z nadzieją w głosie, jakby może nie zauważy, może się uda, może to jednak jeszcze kluski.

– Kluski? Przecież to jest zupa! – wykrzyknęła. – Ty je rozgotowałeś?!

– Mama powiedziała, żeby je podgrzać, no to je zagotowałem…

Córka spojrzała na mnie z pretensją.

– Naiwnie sądziłam, że dorosły chłop potrafi włączyć kuchenkę i patrzeć na zegarek! – odparłam, rozkładając ręce.

Przemek stał za spuszczoną głową i rękami w kieszeniach.

Nie róbmy z tego afery. Zdarza się.

– Tylko tobie się ciągle wszystko zdarza. Masz wrodzony talent do psucia rzeczy – powiedziałam sucho.

– To ja może chociaż posprzątam kuchnię – bąknął.

– Nie, kochany – odpowiedziałam. – Ty siądź i poczekaj na pizzę.

Udawałam, że nic się nie stało

– Nie przesadzacie trochę? – jęknął Przemek, gdy pizza leżała już na stole.

– Nie, kochanieńki – westchnęłam. – To nie jest przesada. To jest... rozczarowanie.

Mógłbyś chociaż raz nas pozytywnie zaskoczyć – dodała córka, kręcąc głową. – Nie wiem, odkurzyć bez przypalenia kabla, albo przykręcić półkę tak, żeby nie spadła po trzech dniach.

– Ej, półka spadła, bo książki były za ciężkie – burknął Przemek.

– To była półka na przyprawy! – powiedziałam z niedowierzaniem. – Książki to tam może w twojej wyobraźni leżały.

Zrobił minę jak dzieciak, który dostał szlaban na komputer.

– Naprawdę się staram. Tylko jak człowiek czas słyszy, że wszystko źle robi...

– To może przestań wszystko robić źle? – córka rzuciła, nie patrząc mu w oczy.

Zapanowała cisza. Jedliśmy pizzę. Córka z wściekłością odrywała kawałki ciasta, ja udawałam, że mi smakuje, a Przemek... Przemek siedział jak skarcony uczeń. W końcu podniósł głowę.

– Mamo?

– No?

– A ty... lubisz mnie chociaż trochę?

Zaskoczył mnie. Odłożyłam widelec. Spojrzałam na niego. I mimo wszystko... no cóż, może trochę tak.

– Lubię cię. A jak się nie odzywasz i nie wchodzisz do kuchni, to nawet bardzo.

– Dzięki – mruknął. – Też cię lubię. Tylko mogłabyś być czasem trochę milsza.

– Jak tylko zasłużysz – odpowiedziałam i puściłam mu oczko.

Zaskoczył mnie

Następnego dnia przyszłam do nich jeszcze raz – chciałam zabrać moje naczynia i sprawdzić, czy Przemek czegoś znów nie wysadził w powietrze. Weszłam do kuchni i... zamarłam. Na blacie leżał otwarta książka kucharska, na patelni smażyła się cebulka, a w garnku... kluski. Nie, nie papka. Kluski! Piękne, białe, niepopękane, puszyste.

Co tu się dzieje? – zapytałam ostrożnie, nie wierząc własnym oczom.

Przemek odwrócił się z łopatką w dłoni, cały rozpromieniony.

– A widzisz? Tym razem się udało!

– Ty je zrobiłeś? – uniosłam brew, podchodząc bliżej.

– Od początku. Z ziemniaków, z jajkiem i mąką... Nawet minutnik ustawiłem – dumnie pokazał kuchenkę.

– I nie zapomniałeś wyłączyć gazu?

– Tym razem nie – zaśmiał się nerwowo. – Wiesz, trochę mnie wczoraj zabolało, co powiedziałaś. Ale miałaś rację.

– No proszę – mruknęłam. – Cuda się zdarzają. I jak smak?

– Chcesz spróbować? – podał mi jeden na widelcu.

Wzięłam kawałeczek na skosztowanie.

– Hm. Miękki, lekko sprężysty, nie rozlatuje się... No, powiem ci, że pierwszy raz w życiu zjadłam kluskę od ciebie i nie poczułam strachu.

– Mamo! To chyba komplement?

– Największy, jaki kiedykolwiek ode mnie dostałeś – uśmiechnęłam się. – Nie przyzwyczajaj się. Jeden sukces nie czyni cię mistrzem kuchni.

– Dobra, ale... może teraz mogę przykręcić półkę w łazience?

– Na dzisiaj wystarczy cudów.

Mogłam być z niego dumna

Minął tydzień. Przyszłam do nich z ciastem drożdżowym, bo córka miała imieniny. Przemek otworzył drzwi z takim uśmiechem, jakby właśnie dostał awans albo wygrał w totka.

– Właśnie kończę robić kluski śląskie! – powiedział z entuzjazmem.

– Aha – spojrzałam na niego podejrzliwie. – Kluski z okazji imienin żony czy bo znowu chcesz się popisać?

– Jedno i drugie – puścił mi oczko. – I obiecuję: tym razem żadna się nie rozpadnie.

Weszłam do kuchni. Faktycznie, porządek jak w laboratorium. Zlew pusty, blat suchy, garnek pełen ślicznych kluseczek czekał obok rondla z sosem. Pachniało cudnie. Córka weszła z pokoju i przytuliła mnie.

– Przemek się naprawdę stara. Wczoraj sam z siebie wstawił pranie i... nawet nie zafarbował niczego.

– Przełom cywilizacyjny – mruknęłam.

Przemek przyniósł talerze i usiadł naprzeciwko mnie.

– Mamo... a tak szczerze... to ja się cieszę, że czasem mnie zmobilizujesz do działania.

– Cieszysz się?

– Tak, bo to znaczy, że ci zależy. Jakbyś mnie tak naprawdę nie lubiła, to byś już dawno machnęła ręką.

Spojrzałam na niego, potem na kluskę, którą właśnie nakładał na mój talerz.

– Może masz rację. Tylko nie licz na taryfę ulgową.

– Nigdy – uśmiechnął się. – Jakby co, mam jeszcze pół garnka w zapasie. Na wypadek kryzysu.

– Ty to jednak jesteś... gamoń, ale może nie aż taki zły – parsknęłam śmiechem.

A potem wszyscy razem zjedliśmy przepyszny obiad.

Łucja, 67 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama