Reklama

Od samego początku nie miałam złudzeń co do charakteru mojego zięcia. Taki typ, co to zawsze wie, jak się ustawić, najlepiej cudzym kosztem. Niby uśmiechnięty, niby grzeczny, a jak przyszło co do czego, to zaraz kalkulował, co z tego będzie miał. Nie przeszkadzało mu to jednak udawać członka rodziny, co to by za teściową w ogień skoczył. A ja, głupia, przez lata przymykałam oko. Dla świętego spokoju, dla dobra córki, dla wnuków. Bo przecież jak mu się coś wytknęło, to od razu robił z siebie ofiarę. Urażony, biedny zięć, którego nikt nie rozumie. I przez długi czas siedziałam cicho, zaciskałam zęby i liczyłam, że może się ogarnie. Że dorośnie, zmądrzeje, nauczy się czegoś od życia. Tyle że tym razem naprawdę przesadził. I ja już nie zamierzałam milczeć.

Spojrzał na mnie z urazą

W Dzień Babci siedzieliśmy przy stole w salonie, popijając kawę z ekspresu, który – nawiasem mówiąc – dostałam od córki na urodziny. Oczywiście nie bez znaczącego udziału zięcia, bo przecież uwielbiał się chwalić, jak to „dba o rodzinę”. Tego dnia wyglądał, jakby znów coś kombinował. I nie pomyliłam się.

– Mamusiu, a może byś nam pomogła z wkładem własnym na mieszkanie? – rzucił, jakby proponował wspólny spacer, nie pożyczkę pieniędzy.

Słucham? – uniosłam brwi, odkładając filiżankę.

– Na większe mieszkanie. Dla dzieci, żeby miały własne pokoje

– A wasze mieszkanie nie wystarcza? – spojrzałam na córkę, która wbijała wzrok w stół.

– Mamo, to tylko pomoc. Oddalibyśmy. Maksymalnie w dwa lata.

– Dwa lata? – powtórzyłam z przekąsem. – Tak jak poprzedni „pożyczony tysiąc”? Też miał wrócić po miesiącu. Minęły trzy lata, nie widziałam złotówki.

Zięć zaśmiał się nerwowo.

– No bez przesady, to był inny temat. Teraz mówimy o rodzinie. O dzieciach.

– Nie, kochanieńki. Mówimy o twoim nieustannym kombinowaniu. Zawsze coś – wakacje, nowy telewizor, teraz „dla dzieci”. Dziwnym trafem te twoje potrzeby zawsze kończą się sięganiem do mojej kieszeni.

Spojrzał na mnie z urazą, jakby nie wiedział, o co mi chodzi. Córka wciąż milczała, a ja poczułam, że jeszcze jedno słowo i coś we mnie naprawdę wybuchnie.

– I tak właśnie wygląda twoje „dbanie o rodzinę”? – dodałam chłodno.

Powiedziałam, co o nim sądzę

Zięć rozparł się na krześle, jakby nadal wierzył, że mnie ugłaska.

– Mamusiu, ja tylko proszę o pomoc. Przecież nie każę ci sprzedawać mieszkania. Tylko trochę dorzucić. No, kilka tysięcy.

– Kilka tysięcy? – powtórzyłam. – Ty chyba sobie ze mnie kpisz.

– No co, przecież mówiłaś, że pieniądze z emerytury tylko leżą.

– Leżą, bo mam głowę na karku. Na czarną godzinę, rozumiesz?

– To może już teraz jest ta czarna godzina? – zażartował, ale śmiech miał nerwowy.

– Dla kogo? Dla mnie, czy dla ciebie, który znowu chcesz coś wyciągnąć?

Córka w końcu podniosła wzrok.

Mamo, nie zaczynaj... To naprawdę by nam pomogło.

– Tobie, czy jemu? Bo jakoś zawsze, kiedy on czegoś chce, ty tylko potakujesz. Jakbyś się bała, że jak powiesz „nie”, to on się obrazi.

– Nie chodzi o strach. Po prostu… chcemy lepszego życia.

– A ja chcę, żeby ktoś wreszcie zauważył, że od lat jesteście dorośli. Twojemu mężowi się wydaje, że ma w rodzinie bankomat.

Zięć skrzywił się.

– Nieładnie tak mówić, mamo.

– Jesteś interesownym cwaniaczkiem, który od lat wykorzystuje moją cierpliwość. I właśnie dziś powiedziałam: dość. Nie dam ani grosza.

Córka otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale zamknęła je bez słowa. Zięć natomiast spojrzał na mnie z takim wzrokiem, jakby to on był ofiarą.

Obrazili się na mnie

– No pięknie – mruknął zięć, kręcąc głową. – Tyle lat pomagałem, a teraz nagle się okazuje, że jestem cwaniaczkiem.

– Pomagałeś? – parsknęłam. – Ty? Komu i kiedy? Bo ja sobie przypominam tylko, jak przychodziliście do mnie po pieniądze na wózek, na remont, na wesele… Nawet na pierwsze wakacje po ślubie dałam wam połowę.

– To były inne czasy – burknął. – Wtedy sama się upierałaś, że chcesz pomóc.

– Bo wierzyłam, że to tylko chwilowe. A ty z każdej „chwili” zrobiłeś model życia.

Córka w końcu wstała z krzesła, jakby miała dość.

– Dobra, to może my już pójdziemy… – mruknęła, sięgając po torebkę.

– A co, teraz się obrazisz, bo nie daję wam pieniędzy? – zapytałam spokojnie.

– Nie, po prostu… nie chcę się kłócić – powiedziała, unikając mojego wzroku.

Zięć uniósł się z krzesła.

– To może faktycznie nie było sensu przychodzić. Wystarczyło powiedzieć od razu, że nie masz ochoty pomagać dzieciom. Tylko że takiej reakcji po rodzinie się nie spodziewałem.

– A ja się po rodzinie nie spodziewałam, że będziecie mnie traktować jak ostatnią naiwną. Bo ja was kocham, ale miłość to nie znaczy „płać za wszystko bez gadania”.

– My też cię kochamy – powiedziała cicho córka.

– To okażcie to bez proszenia o kasę – odpowiedziałam i odprowadziłam ich do drzwi.

Zamknęłam je za nimi bez słowa, z tą dobrze mi znaną mieszanką ulgi i żalu.

Zrobiło mi się słabo

Następnego dnia zadzwoniła sąsiadka z dołu.

– Byli u pani wczoraj ci młodzi, co?

– Byli – westchnęłam. – I mam nadzieję, że przez jakiś czas nie wrócą.

– Oj, coś tam u nich nie gra. Wiesz, słyszałam, jak twój zięć ostatnio przez telefon mówił, że „musi wreszcie coś z niej wyciągnąć, zanim się zorientuje”.

Zatkało mnie. Niby zawsze podejrzewałam, że zięć to wyrachowany typ, ale usłyszeć coś takiego? Poczułam, jak robi mi się słabo. Po południu zadzwoniła córka.

– Mamo, możemy porozmawiać?

– A co, przemyślałaś coś?

– Wiesz… Przykro mi, jak to wczoraj wyszło. On nie powinien tak mówić. I ty też. Wiem, że nadużywaliśmy twojej pomocy. Ja… pozwoliłam na to.

– Kochana, ty niczego nie „pozwoliłaś”. Ty się po prostu zbyt często zgadzałaś, żeby nie robić mu pod górkę.

Zamilkła. Po chwili zapytała cicho:

– A ty naprawdę uważasz, że on jest zły?

– Nie mówię, że zły. Mówię, że interesowny. I że dba o siebie bardziej niż o rodzinę.

– Myślisz, że on mnie nie kocha?

– Nie wiem. Wiem, że ktoś, kto kocha, nie stawia ciągle warunków i nie traktuje bliskich jak bankomat.

– Chyba potrzebuję trochę czasu… żeby to sobie poukładać.

– Masz czas, córciu. Ja zawsze tu jestem. Nawet jeśli nie z pieniędzmi, to z herbatą i kanapką.

Czułam, że pierwszy raz od dawna zaczyna widzieć, z kim tak naprawdę dzieli życie.

Zacisnęłam zęby

Minął tydzień. Córka wpadała częściej, zawsze sama. Bez niego. Pewnego dnia przyszła z torbą jabłek i powiedziała:

– Mamo, zrobię ci szarlotkę. Pamiętam, jak ją lubisz.

– O, to coś nowego. Zawsze piekłam ja, a ty tylko kroiłaś plasterki z wierzchu.

Czas coś zmienić – uśmiechnęła się, ale była w tym smutna nuta.

Patrzyłam, jak obiera jabłka, i czułam, że coś się dzieje. Coś ważnego.

– Mamo… myślę o separacji – powiedziała nagle. – Może chwilowej. Może na próbę.

– Sama do tego doszłaś?

– Tak. Wczoraj znów kłóciliśmy się o pieniądze. Tym razem o to, że nie chcę brać pożyczki na nowy „pomysł biznesowy”.

– I dobrze. Bo ile razy można dawać kolejną szansę?

– On się zmienił, mamo. Albo… może zawsze taki był, tylko ja tego nie chciałam widzieć. Bo myślałam, że to normalne. Że jak się kogoś kocha, to trzeba się zgadzać. Pomagać. Poświęcać.

– Pomagać – tak, ale nie dawać się wykorzystywać. Ty nie jesteś jego bankiem. Jesteś jego partnerką. A on to myli.

– Wiesz, powiedział mi ostatnio, że nie jestem już taka uległa jak kiedyś.

Zacisnęłam zęby.

– To nie twoja wina. To on ma poważny problem.

– Może masz rację… A dziś chcę po prostu posiedzieć z tobą i zjeść ciepłą szarlotkę.

I tak zrobiłyśmy. Bez niego. Wreszcie spokojnie.

Miałam go dość

Kilka dni później zadzwonił dzwonek do drzwi. Zięć. Jak zwykle z miną niewiniątka, z kwiatkiem w ręku. Szybko pojęłam, że nie przyszedł z przeprosinami.

– Mamusiu, mogę wejść?

– Możesz, ale nie gwarantuję, że ci się to opłaci – odpowiedziałam i otworzyłam szerzej drzwi.

Usiadł na fotelu i od razu przeszedł do rzeczy.

– Wiem, że ostatnio nie wyszło najlepiej. Trochę się uniosłem. Poczułem się zepchnięty na margines. Tyle robię dla tej rodziny…

– Tyle mówisz, to na pewno.

Zacisnął usta, ale kontynuował:

– Wiem, że Anka trochę się zbuntowała. Że ty jej coś nagadałaś. A ja myślę, że to nie fair. Rozwalać nam związek…

– Oho, widzę, że wciąż niczego nie zrozumiałeś. Moja córka to dorosła kobieta. Sama zaczęła widzieć rzeczy, których wcześniej nie chciała. I nie, to nie ja rozwalam wam związek. Ty sam robisz to od lat.

Zaczął coś burczeć pod nosem, ale nie dałam mu dojść do słowa.

– Powiem ci coś, czego pewnie nie usłyszysz od własnej matki, bo może też wolała przymykać oczy. Jesteś wygodny. Wchodzisz ludziom na głowę z uśmiechem, a potem się dziwisz, że ktoś w końcu mówi „dość”. Otóż ja powiedziałam. I ona też.

Wstał gwałtownie.

– No to zobaczymy, jak długo wytrzyma beze mnie.

Dłużej niż ty bez jej pieniędzy – odparłam i zamknęłam za nim drzwi.

Beata, 64 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama