Reklama

Są takie miejsca, które wydają się stworzone do tego, by naprawiać wszystko, co w życiu pękło albo zaczęło zgrzytać. Dla mnie takim miejscem od lat było Zakopane – trochę kiczowate, trochę magiczne, z zapachem oscypka wymieszanego z dymem z kominków. To miał być nasz rodzinny urlop – cudowny czas dla naszej trójki, z dala od codzienności, w której każdy z nas odgrywał swoją rolę.

Nie zamierzałam pozwolić, żeby te ferie zimowe były jak każde inne. Chciałam, żebyśmy choć przez chwilę byli znowu blisko, żebyśmy przypomnieli sobie, że można ze sobą rozmawiać, a nie tylko wymieniać logistyczne uwagi między zupą a praniem. Tyle sobie obiecywałam, gdy pakowałam walizki i zamawiałam apartament z widokiem na Giewont. Nie miałam wtedy pojęcia, że rzeczywistość postanowi rozjechać się z moim planem z takim rozmachem, że do dzisiaj nie mogę się nadziwić, jak bardzo się pomyliłam.

Nie pozostałam mu dłużna

Wyjechaliśmy z domu wcześnie rano. Mąż prowadził. Udawał, że jest skupiony na drodze, choć dobrze widziałam, że co chwila zerka na telefon. Córka była wpatrzona w szybę. Próbowałam ratować sytuację, zagajając rozmowę, ale atmosfera była ciężka jak grudniowa mgła.

– Może zagramy w coś po drodze? – rzuciłam z udawaną beztroską, starając się nie pokazać, jak bardzo mnie to wszystko drażni.

– Mamo, serio? – jęknęła córka. – Jestem już za duża na zgadywanie, ile będzie czerwonych samochodów na trasie.

– Przecież nie powiedziałam, że chodzi o samochody… Może po prostu pogadamy? – próbowałam nie tracić rezonu.

– Lepiej puść coś w radiu – burknął mąż, nawet na mnie nie patrząc. – Byle nie te twoje składanki z lat dziewięćdziesiątych.

Pokręciłam głową i przez chwilę milczeliśmy. Zakopane coraz bliżej, a w powietrzu coraz wyraźniej czuć było napięcie. Spróbowałam jeszcze raz:

– Dobrze, to zrobimy tak: kto pierwszy zobaczy owcę na polu, wybiera kolację. O co się zakładamy?

– Ja chcę pizzę – odezwała się córka, łapiąc temat.

– Nie zgadnę, ty tradycyjnie pstrąg? – rzucił z ironią mój mąż, zerkając na mnie z boku.

– A ty tradycyjnie… golonka, co? – nie pozostawałam mu dłużna.

Zakopane przywitało nas chaosem – samochody, zapachy, gwar. Wynajęty apartament był trochę mniej luksusowy niż na zdjęciach. Wchodząc do środka, poczułam dziwną ulgę – wreszcie nie musiałam już udawać, że wszystko jest perfekcyjne.

– To co, kto pierwszy rozpakowuje walizki? – rzuciłam, patrząc na nich z nadzieją, że może tu coś się zmieni.

Idę pod prysznic – oznajmił mąż, nawet nie zdejmując kurtki. – Możesz rozpakować za mnie?

– Klasyka – mruknęłam pod nosem.

Spojrzałam na niego pytająco

Podczas gdy córka z entuzjazmem rozkładała swoje rzeczy na łóżku, ja walczyłam z zamkiem w walizce. Z łazienki dobiegał szum wody – podejrzanie długi. Oparłam się o szafkę, próbując nie liczyć w myślach, ile razy to ja jestem ta „ogarnięta”. I w tego wszystkiego, aż chciało mi się płakać.

– Mamo, mogę wieczorem wyjść na Krupówki z koleżanką? – usłyszałam nagle.

– Jaką koleżanką? Przecież tu nikogo nie znasz.

– Z klasy, Ola z rodzicami też tu przyjechała, napisała do mnie, że będą tam o osiemnastej.

Zanim zdążyłam zareagować, z łazienki wyszedł mój mąż, przecierając głowę ręcznikiem, jakby właśnie wrócił z basenu, nie spod prysznica.

Co się dzieje? – rzucił, rzucając ręcznik na łóżko bez mrugnięcia okiem.

– Nasza córka pyta, czy może iść wieczorem na miasto.

Spojrzałam na niego pytająco, choć wiedziałam, że znowu to ja będę musiała podjąć decyzję.

– Zależy, o której wrócisz – powiedział, siadając na kanapie. – Tylko żadnych imprez i głupich pomysłów.

– Tato, to nie studniówka, tylko spacer po Krupówkach – przewróciła oczami córka.

– Słuchaj, ja bym cię wolała mieć przy sobie dziś wieczorem. Chciałam, żebyśmy spędzili czas razem. Może planszówki, coś obejrzymy, wyjście na lody…? – próbowałam ją przekonać, ale już widziałam po jej minie, że przegrałam.

– Obiecuję wrócić przed dziewiątą – rzuciła, zakładając już kurtkę.

Mąż odwrócił się do mnie:

Daj jej trochę luzu. Przecież nie będzie całych ferii siedzieć z nami.

Zanim cokolwiek odpowiedziałam, córka już znikała za drzwiami, a my zostaliśmy sami. Oparł się o poręcz krzesła, patrząc w okno. Chwilę milczał, w końcu rzucił:

– Możemy pogadać?

Myślałam, że żartuje

Nie lubiłam tego tonu. „Możemy pogadać?” nigdy nie oznaczało nic dobrego. Usiadłam naprzeciwko niego, czując, że żołądek mi się zaciska. Zamiast patrzeć na mnie, gapił się w zaśnieżony taras.

– Słuchaj, muszę ci coś powiedzieć – zaczął, bawiąc się zamkiem od bluzy. – I nie chodzi o jakieś pierdoły, tylko o coś poważnego.

– Wiesz, że nienawidzę takich wstępów – odpowiedziałam sucho. – Zawsze masz talent do psucia nastroju, nawet na urlopie.

Zacisnął szczękę. Przez chwilę myślałam, że się rozmyśli, ale podniósł na mnie wzrok.

– Nie mam zamiaru się z tobą kłócić. Po prostu… muszę być szczery. Od jakiegoś czasu… spotykam się z kimś.

Nie zareagowałam od razu. Przez głowę przeleciało mi sto myśli: czy dobrze usłyszałam, czy on naprawdę właśnie to powiedział, czy może to jakiś jego ponury żart.

– Co? – zapytałam chłodno.

– Wiesz, nie planowałem tego. Tak wyszło. – Spuścił wzrok na podłogę.

– No tak, „tak wyszło”. Tak się zawsze tłumaczą. Może chcesz mi jeszcze powiedzieć, że to nie jest poważne? – Uśmiechnęłam się złośliwie, choć w środku aż mnie paliło.

– Nie wiem, co ci powiedzieć. Po prostu chciałem, żebyś się dowiedziała ode mnie, a nie przez przypadek.

– Zawsze wiedziałam, że masz problem z lojalnością, ale żeby aż tak? Wiesz co, idealne miejsce wybrałeś na takie rewelacje. Zimą w Zakopanem, ferie, rodzinny apartament, tylko w tle brakuje muzyki góralskiej i świadków.

– Przepraszam – wyszeptał, ściskając dłonie.

Spojrzałam na niego i przez moment miałam ochotę rzucić wszystkim, po prostu wyjść i nigdy nie wrócić. Zamiast tego wzięłam głęboki oddech.

– Co dalej? Masz jakiś plan, co dalej?

– Nie wiem. Chciałem po prostu… żebyś wiedziała.

Czułam satysfakcję

Oparłam się o zimną framugę okna, żeby nie musiał widzieć mojej twarzy. Zakopane za szybą wyglądało bajkowo, jakby ktoś z premedytacją zrobił scenografię pod „rodzinny dramat roku”. Może właśnie tak to miało wyglądać – śnieg, światła, zdrada na ferie.

Od jak dawna? – spytałam cicho, zaskakująco spokojnym tonem.

– Kilka miesięcy – wyznał, przygryzając wargę. – To nie było nic poważnego, przynajmniej tak mi się wydawało.

– Oczywiście, zawsze „nic poważnego”. Czy ona wie, że istnieje taka rzecz jak żona i dziecko?

Zaczerwienił się. Czułam satysfakcję, że jednak nie jest mu tak wszystko jedno.

– Wie – powiedział cicho. – Przynajmniej tyle z mojej strony.

– Z twojej strony. Bo po mojej stronie… no cóż, ja się dowiaduję w najmniej spodziewanym momencie. Może mam cię pogratulować szczerości? A może żałować, że nie przyznałeś się, jak tylko zaczęło się „nic poważnego”?

– Próbowałem… nie wiedziałem, jak to powiedzieć. Zawsze było coś ważniejszego.

Parsknęłam gorzko.

– Tak, zakupy, faktury, narty, wszystko ważniejsze od powiedzenia żonie, że ma konkurencję. Zawsze myślałam, że jak już mnie zostawisz, to chociaż będzie to wyglądać efektownie. Ty nawet tu nie umiesz mnie zaskoczyć. Jesteś przewidywalny.

Nie odpowiedział, tylko patrzył gdzieś ponad moją głową, jakby liczył, że ten cały śnieg go wybawi.

Co powiesz naszej córce? – zapytałam nagle. – Myślisz, że to da się ukryć, że tu się nic nie stało?

Westchnął ciężko.

– Chciałbym, żebyśmy najpierw to przegadali we dwoje, zanim zaczniemy coś jej tłumaczyć.

– Ty byś chciał… – szepnęłam pod nosem, bardziej do siebie niż do niego.

Uśmiechnęłam się sztucznie

Siedzieliśmy tak przez dłuższą chwilę, każde pogrążone we własnych myślach. Chciałam wstać, wyjść, może wykrzyczeć mu, że zniszczył nam życie – ale nie miałam nawet siły. Ciszę przerwał dźwięk otwieranych drzwi – nasza córka wróciła z Krupówek, zadowolona, zarumieniona od mrozu.

– O, jesteście! – zawołała, ściągając czapkę i rękawiczki. – Było super, Ola pokazała mi jakieś fajne miejsce z czekoladą na gorąco. Co robicie? – rzuciła beztrosko.

Rozmawiamy – odpowiedziałam spokojniej, niż się czułam. – Może chcesz dołączyć?

Mąż wstał nagle, jakby go coś sparzyło.

Pójdę się przejść, trochę przewietrzę głowę – rzucił i zanim zdążyłyśmy zareagować, był już w przedpokoju, zakładał kurtkę z takim pośpiechem, jakby ktoś go gonił.

– Co mu jest? – spojrzała na mnie córka, niepewnie.

– Jak było? Opowiadaj – szybko zmieniłam temat, próbując zachować pozory normalności.

– No super, Zakopane jest cudowne, tylko… – zawahała się, przyglądając mi się uważnie. – Czemu jesteś taka… smutna?

Uśmiechnęłam się sztucznie, czując, jak drżą mi usta.

– Czasem życie jest po prostu trudne, wiesz? Dorośli mają swoje głupie problemy.

Córka podeszła i przytuliła się do mnie niespodziewanie mocno. Pachniała czekoladą i czymś jeszcze, co kojarzyło mi się z czasami, gdy świat był prostszy.

– Mamo, cokolwiek by się nie działo, dasz radę, okej? Ty zawsze dajesz radę.

Objęłam ją i nagle poczułam, że nie chcę jej tracić ani jej dziecięcej wiary we mnie. Czasem to jedyne, co jeszcze trzymało mnie przy zdrowych zmysłach.

– Nie martw się, kochanie. Jakoś się wszystko ułoży. Tylko nie pytaj mnie dzisiaj jak.

Chyba tylko tyle mogłam jej wtedy obiecać.

Musiałam pogodzić się z prawdą

Noc w Zakopanem była gęsta i ciężka, jakby śnieg próbował zagłuszyć wszystko, czego nie umieliśmy sobie powiedzieć. Przekręciłam się na bok, nasłuchując kroków na schodach, ale mąż nie wracał. Zastanawiałam się, czy to już ten moment, kiedy wszystko się rozpada, czy jeszcze można coś uratować. Gdy w końcu usłyszałam szuranie klucza w zamku, udawałam, że śpię. On przysiadł na brzegu łóżka, długo milczał, w końcu odezwał się cicho:

– Nie wiem, jak to naprawić. Wiem, że nawaliłem. Nie miałem odwagi być uczciwy ani wobec ciebie, ani wobec niej, ani wobec siebie.

Nie ruszyłam się, nie chciałam, żeby widział moje łzy.

– Czasem mam wrażenie, że lepiej byłoby, gdybyś po prostu wyprowadził się, zamiast ciągnąć to wszystko dalej na siłę – powiedziałam półgłosem w ciemność.

– Może właśnie tak trzeba. Może już wszystko przepadło – odparł, a w jego głosie nie było już nic z tego faceta, którego kiedyś pokochałam. Tylko zmęczenie, rezygnacja i strach.

Leżeliśmy obok siebie, oddzieleni kilometrami żalu, pod jednym dachem, w cudzym apartamencie, który miał być scenografią do bajki, a stał się dekoracją do końca czegoś, co chyba i tak już dawno się skończyło. Nad ranem spakował swoje rzeczy, wychodząc bez pożegnania. Zostawił mi tylko jedno krótkie zdanie:

„Przepraszam. I dziękuję, że próbowałaś nas uratować. Ja nie miałem tyle odwagi”.

Słowa zabrzmiały jak wyrzut i ulga jednocześnie. Zostałam w tym apartamencie z córką i z poczuciem, że czasem bajki nie mają szczęśliwego zakończenia. Zakopane nie naprawiło niczego – wręcz przeciwnie, pokazało nam prawdę, której od dawna nikt nie chciał zobaczyć.

Kalina, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama